Temple
Nightside
„Cenotaph Severance”
Iron Bonehead Prod. 2026
Tak się zastanawiałem, jaki będzie następny album
Temple Nightside po oczyszczeniu składu z człowieka, którego niestety znałem
osobiście, a który okazał się przywołującym mdłości zboczeńcem z gatunku tych,
którymi brzydzę się najbardziej. Jeszcze przed wyjściem szydła z worka ów
członek (że tak to delikatnie ujmę) zapewniał mnie, iż spora część muzyki
Temple Nightside jest jego autorstwa. Słuchając „Cenotaph Severance” muszę
stwierdzić, że albo, opcja pierwsza, tym razem nie kłamał, albo Bjornowi, o ile
to jednak on jest głównym riffotwórcą, przetasowały się standardy. Piąty krążek
Australijczyków jest bowiem mocno inny od poprzednich. Nie dość że inny, to też
nierówny. Zmieniło się sporo. Przede wszystkim niemal całkowicie wywieziono
gruz, którego na tym krążku są zaledwie ostatki. Przy okazji wyczyszczono
brzmienie i skierowano azymut bardziej na tradycyjny, północny black metal.
Może nie do końca, ale wyraźnie. Ponadto wpuszczono w nowe kompozycje
zdecydowanie więcej melodii, która już totalnie kłóci mi się z tym, za co
Temple Nightside kochałem. Owe melodie mają czasami wyraz nawet nieco thashowy,
gdzie indziej typowo nordycki, a chwilami nawet amerykański (są tu momenty
kapkę zajeżdżające Immolation). Jakby jednak na to nie patrzeć, są to
kompozycje bardziej przystępne i uczesane. Tak naprawdę, to słuchając tej płyty
cały czas drapię się w głowę i zastanawiam, co tutaj się podziało. Bo przyznać
trzeba, że momenty są, jak choćby w „The Slow Embalming of the Will”, gdzie
gnieceni jesteśmy niezłym walcem (choć, znów, w mocno wysterylizowanej z brudu
formie), ale już taki „Within Sepulchral Walls” to kawałek oparty na
trzecioligowym, nudnawym riffie osiedlowego zespołu dopiero rozpoczynającego
swoją przygodę z death / black metalem, który takim wyjadaczom jak Temple
Nightside splendoru bynajmniej nie przynosi. A biorąc pod uwagę iż rzeczony
kawałek w drugiej części przechodzi w typową skandynawską tremolandę, tylko
potęguje mój niesmak. Wokale… Także one są na tym wydawnictwie pozbawione mocy.
Są poprawne, ale łagodniejsze, przeplatane szeptami, bynajmniej nie kryptowymi,
kompletnie nie pasujące mi do obrazu Kangórów. Kurwa, no rozczarowany jestem, i
to mocno. Oczekiwałem lawy, przynajmniej smoły, kapiącej z trzęsącego się w
posadach sufitu. Dostałem poprawny, średniej jakości black / death z momentami.
Dla mnie za mało.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz