Vér
„A Féreg Pusztulása”
Me Saco un Ojo Rec. 2026
Tak sobie myślę, że dobrze, iż panowie postanowili
nazwać zespół w swoim narodowym języku, bo Blood’ów było już przynajmniej
kilka. A tak tamy „krew” po węgiersku. Zresztą nie tylko krew, bo i wszystko
inne. Z kraju naszych bratanków zbyt wielu klasyków się na przestrzeni dekad
nie doczekaliśmy. Owszem, wypada wymienić tutaj choćby kultowy Tormentor, ale na
podobny poziom jakoś nikt inny z kraju nad Dunajem się nie wspiął. Nie wespnie
się też pewnie Vér, ale akurat tym załogantom wypada oświęcić przynajmniej
kilka słów. Dlaczego? Bo mimo iż nowinek w ich twórczości nie uświadczymy, to
debiutancki album owego zespołu naprawdę niejednemu może sprawić mnóstwo
radości. Panowie obracają się w klimatach staroszkolnego death metalu, czerpiąc
inspiracje z klasyków lat dziewięćdziesiątych. Nie obierają jednak azymutu na
jeden konkretny cel, a rozglądają się w zasadzie na wszystkie strony świata.
Dzięki temu możemy na „A Féreg Pusztulása” usłyszeć echa kilku ekip ze Stanów
(od Incantation po Massacre), Europy (Morgoth), po zakątki północne (w bardziej
klimatycznych momentach Utumno, czy Gorement). To oczywiście takie szybkie
skojarzenia, i trochę rozbieranie twórczości Węgrów na czynniki pierwsze, bo te
pół godziny to, jako całość, solidna podróż w przeszłość, ale na własnych,
ustalonych przez zespół zasadach. To coś na kształt czytania młodemu adeptowi sztuki
metalurgistycznej definicji z pożółkłej księgi, przedstawiającej środków, za
pomocą których starzy nauczyciele, dziś najczęściej czeszący posiwiałą brodę,
tworzyli gatunek wiecznie żywy, nawet jeśli zwierający słowo „śmierć” w nazwie.
Nasze bratanki w sposób wzorowy kultywują tradycje lat minionych, stosując
naprawdę kolorowy wachlarz środków bezpośrednich, albo bardziej wyszukanych
(jak na tamte czasy) trików. Ciężko się na tej płycie doszukiwać jakichś
wybijających się ponad poziom fragmentów, bo całość jest cholernie spójna i
równa. Biorąc natomiast pod uwagę fakt, iż materiał ten został opatrzony
organicznym brzmieniem, niczym nie ustępującym najlepszym współczesnym naśladowcom
starego stylu (przecież nie napiszę, że to Floryda z roku dziewięćdziesiątego
pierwszego, bo mnie ktoś śmiechem zabije), to tym piosenkom nie da się
kompletnie nic zarzucić. Te nagrania to, po raz kolejny, odgrzanie kotleta na
mój ulubiony sposób. „A Féreg Pusztulása” wyjdzie na świat dopiero w pierwszych
dniach grudnia, i normalnie poczekałbym z tą recenzją jeszcze jakiś czas.
Biorąc jednak pod uwagę, że chłopaki niedługo zagrają u nas koncert,
postanowiłem opublikować te kilka słów nieco wcześniej. I, nie, wcale nie
dostanę za to darmowej wejściówki, czy nawet gratisowego piwa od organizatora. Szczerze
zachęcam do zapoznania się z muzyką Węgrów, bo chłopaki mają smykałkę do
starych piosenek. Jestem przekonany, że na żywo będzie to cios wagi ciężkiej.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz