poniedziałek, 5 października 2026

Recenzja The Lovecraft Sextet „Penance”

 

The Lovecraft Sextet

„Penance”

Debemur Morti 2026

 


The Lovecraft Sextet to twór teoretycznie leżący poza moim zasięgiem zainteresowań. Teoretycznie, bowiem jeśli ktoś uważny, spostrzeże, że ów projekt Jasona Köhnena pojawiał się uprzednio na Apocalyptic Rites już dwukrotnie, i zawsze oceniany był przeze mnie w samych superlatywach. No ale jakże mogłoby być inaczej, skoro facet, nawet stosując niekonwencjonalne środki, trafia mnie w czuły punkt. Projekt ten jest o tyle ciekawy, że za każdym razem swoje wydawnictwa opiera o konkretną inspirację. I tak, był już Psalm 51, opowieści H.P. Lovecrafta, czy stare kino. Tym razem nadszedł czas na czerpanie pomysłów z obrazu. A konkretnie siedemnastowiecznego malowidła Jana de Baena, przedstawiającego zmasakrowana ciała braci De Witt. Muzycznie płyniemy nadal w podobnym kierunku, a kompozytor bynajmniej nie ułatwia nam zadania. „Penance” to nadal muzyka złożona, niekonwencjonalna, chwilami przypominająca czystą improwizację (zwłaszcza we fragmentach bardziej intensywnych, w których pojawiają się także elementy black metalu, choć w bardzo ogólnym tego gatunku pojęciu). Z drugiej strony, to chyba najbardziej emocjonalne wydawnictwo jakie się pod rzeczonym szyldem ukazało. Mnóstwo tutaj wolnych partii, pełnych lamentu, pogłębianego przez dźwięk trąbki, która zawsze jakoś wpływała na mnie dołująco. Bardzo dużo też kobiecych, monumentalnych wokali, za które odpowiada sopranistka Lilian Tong. Zaprawdę powiadam wam, jej głos potrafi oczarować. I dodać płycie czegoś na kształt rytualnego obrządku, czy religijnego uniesienia. Piąty album The Lovecraft Sextet to album może nie będący redefinicją dark jazzu, jednak chyba najbardziej ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw zachowany w jego klimacie. Jeśli gustujecie w muzyce niestereotypowej, będącej mieszanką różnych stylistyk, mrocznej a jednocześnie podniosłej, to ten krążek jest dla was. I rozkładanie poszczególnych jego partii na czynniki pierwsze nie ma sensu, bowiem stanowi on jednolita całość, tak samo jak wspomniany obraz, którym został zainspirowany. Rzadko się zdarza, że zanurzam się głębiej w okołomuzycznej otoczce, jednak dźwięki „Penance” skłoniły mnie do bardziej kulturalnego riserczu. Zatem nie dość, że odbyłem pewnego rodzaju mentalną podróż (którą chętnie niejednokrotnie powtórzę), a nawet swoisty reset mózgu, to kilku ciekawych rzeczy się nauczyłem. Bardzo wartościowe wydawnictwo, bez dwóch zdań.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz