środa, 14 października 2026

Recenzja Rito Profanatorio „Rameras del Diablo”

 

Rito Profanatorio

„Rameras del Diablo”

Iron, Blood and Death Corporation 2026

Rito Profanatorio. Fajna nazwa, a po hiszpańsku brzmi jeszcze lepiej niż jej tłumaczenie. No i zwiastuje, że będzie dobrze, tym bardziej, że zespół pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie z Peru. To już ich trzeci album. Poprzednich nie znam, ale, kurwa jego mać, muszę koniecznie nadrobić. Będzie krótko, i na temat. Ci kolesie czują starego ducha black / death metalu! Po krótkim introsie walą w ryj schematycznym (acz w pozytywnym tego słowa znaczeniu), dość prymitywnym, za to na wskroś agresywnym napierdolem, który od pierwszych chwil może kojarzyć się z takimi legendami lat osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych jak Sarcofago, Masacre, czy rodzimy autorom Mortem. Przede wszystkim, z tej muzyki bucha, niczym płomień w kotle starej węglowej lokomotywie, maksymalny wkurw. Wkurw bardzo mocno charakteryzujący wspomniany zakątek globu, wkurw, za który tamtejsze granie cenię najbardziej. I o ile często trafiają mi się zespoły z Chile, Peru, Kolumbii czy Ekwadoru, które kultywują tamtejsze tradycje na bardzo wysokim poziomie, tak Rito Profanatorio jest chyba najdobitniejszym, najdokładniejszym przedstawicielem wszystkiego, co w tamtejszej scenie najlepsze. Ja pierdolę, jaki to jest rozjeb. Jak to wszystko płynie prosto z serducha, jak mnie rozkłada na cząstki pierwsze! Ten teoretyczny chaos gitarowy, te wściekłe riffy tasujące się na przemian, mające swoją genezę zarówno w pierwowzorach thrash, death jak i black metalu. To brzmienie, które jest klasycznym przykładem surowizny sprzed circa czterdziestu lat, te wokale… Nie tylko wyrzygujące całą, zalegającą żółć, plujące w twarz Nazareńczykowi i bluźniące na religię chrześcijańską, ale też chwilami totalnie spontanicznie przechodzące w te typowe dla lat osiemdziesiątych wysokie rejestry, nazywane przez niektórych pisakami. Perka… No kwadrat, kwadrat na sterydach, nakurwianie z taką siłą, że pewnie paluchy podczas sesji nagraniowej ostro krwawiły. Wspomniałem o prostocie, ale nie mylcie jej z brakiem umiejętności. Ci kolesie niejednokrotnie na ”Rameras del Doablo” udowadniają, że w instrumenty potrafią, a stosowane przez nich oszczędne środki są tutaj aplikowane z pełną świadomością i zamiarem bezpośrednim. Odpowiedni klimat robią też wplatane miejscowo mroczne interludia w postaci rytualnych szeptów, kazań szamańskich czy  kozich odgłosów. Ha! Standard, powiecie. Może i tak, ale jeszcze raz powtórzę. I podkreślę. Ten album to kwintesencja południowoamerykańskiej sceny zamknięta w trzydziestu trzech minutach. Jak komuś taka rekomendacja nie robi, to niech spierdala. Dla mnie absolutny cios!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz