Rito Profanatorio
„Rameras del Diablo”
Iron, Blood and Death Corporation 2026
Rito Profanatorio. Fajna nazwa, a po hiszpańsku
brzmi jeszcze lepiej niż jej tłumaczenie. No i zwiastuje, że będzie dobrze, tym
bardziej, że zespół pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie z Peru. To już
ich trzeci album. Poprzednich nie znam, ale, kurwa jego mać, muszę koniecznie
nadrobić. Będzie krótko, i na temat. Ci kolesie czują starego ducha black /
death metalu! Po krótkim introsie walą w ryj schematycznym (acz w pozytywnym
tego słowa znaczeniu), dość prymitywnym, za to na wskroś agresywnym napierdolem,
który od pierwszych chwil może kojarzyć się z takimi legendami lat
osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych jak Sarcofago, Masacre, czy rodzimy
autorom Mortem. Przede wszystkim, z tej muzyki bucha, niczym płomień w kotle
starej węglowej lokomotywie, maksymalny wkurw. Wkurw bardzo mocno
charakteryzujący wspomniany zakątek globu, wkurw, za który tamtejsze granie
cenię najbardziej. I o ile często trafiają mi się zespoły z Chile, Peru,
Kolumbii czy Ekwadoru, które kultywują tamtejsze tradycje na bardzo wysokim
poziomie, tak Rito Profanatorio jest chyba najdobitniejszym, najdokładniejszym
przedstawicielem wszystkiego, co w tamtejszej scenie najlepsze. Ja pierdolę,
jaki to jest rozjeb. Jak to wszystko płynie prosto z serducha, jak mnie
rozkłada na cząstki pierwsze! Ten teoretyczny chaos gitarowy, te wściekłe riffy
tasujące się na przemian, mające swoją genezę zarówno w pierwowzorach thrash,
death jak i black metalu. To brzmienie, które jest klasycznym przykładem
surowizny sprzed circa czterdziestu lat, te wokale… Nie tylko wyrzygujące całą,
zalegającą żółć, plujące w twarz Nazareńczykowi i bluźniące na religię
chrześcijańską, ale też chwilami totalnie spontanicznie przechodzące w te
typowe dla lat osiemdziesiątych wysokie rejestry, nazywane przez niektórych
pisakami. Perka… No kwadrat, kwadrat na sterydach, nakurwianie z taką siłą, że
pewnie paluchy podczas sesji nagraniowej ostro krwawiły. Wspomniałem o
prostocie, ale nie mylcie jej z brakiem umiejętności. Ci kolesie
niejednokrotnie na ”Rameras del Doablo” udowadniają, że w instrumenty potrafią,
a stosowane przez nich oszczędne środki są tutaj aplikowane z pełną
świadomością i zamiarem bezpośrednim. Odpowiedni klimat robią też wplatane
miejscowo mroczne interludia w postaci rytualnych szeptów, kazań szamańskich
czy kozich odgłosów. Ha! Standard,
powiecie. Może i tak, ale jeszcze raz powtórzę. I podkreślę. Ten album to
kwintesencja południowoamerykańskiej sceny zamknięta w trzydziestu trzech
minutach. Jak komuś taka rekomendacja nie robi, to niech spierdala. Dla mnie
absolutny cios!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz