Deathcult
„Cult
of the Dog”
Soulseller Records 2026
Po niemalże dziesięcioletniej
przerwie, na horyzoncie pojawili się Norwedzy z Deathcult. Targają ze sobą
najnowszy, trzeci krążek, który fanatyków black metalu jaki gra się w tym kraju
od lat dziewięćdziesiątych, zawieść nie powinien. Panowie cały czas komponują w
tradycyjnym duchu i nie zamierzają zbaczać z obranej ścieżki. To
bezkompromisowa diabelszczyzna, skonstruowana z prostych riffów i tremolo,
które częstują nie tylko jednostajnym tempem i złowrogimi melodiami, ale
odznaczają się także zróżnicowaną dynamiką, nie skazując jej odbiorców na nudę.
Deathcult nie bawi się w żadne umizgi i
siecze mizantropijnymi akordami, surowym brzmieniem i nienawistnymi wokalami.
Jakby patrzeć na ich twórczość przez pryzmat prekursorów gatunku, to można by
stwierdzić, że granie tego tercetu mocno zbliżone jest do Darkthrone z okresu
między „Ravishing Grimness” i „Sardonic Wrath” z małymi odjazdami w kierunku
jedynki Mayhem i wtrętami w stylu Taake czy Carpathian Forest. Jest tak, bo od
„Cult of the Dog” wieje tym samym mrokiem, zalatuje identyczną niechęcią do
świata, a wręcz przerażającą obojętnością wieje na kilometr. Norwedzy nie
stosują żadnych sztuczek i napierdalają szorstko, a lodowate, lecz mocne
brzmienie gitar, podkreślone prze silną sekcję rytmiczną, potęguje wpierdol. Najnowszy
krążek tej grupy, to kwintesencja norweskiego black metalu. Black metalu, który
pomimo pewnych podobieństw do wcześniej wymienionych brygad, posiada swój
niepowtarzalny charakter, ale jest tak samo jak one, nastawiony na określony
efekt bez oglądania się na trendy. Autentyczny i gniewny album, na którym
podczas odsłuchu żadnych odstępstw od sztuki nie stwierdzono. Polecam,
zwłaszcza purystom.
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz