czwartek, 1 października 2026

Recenzja Deathcult „Cult of the Dog”

 

Deathcult

„Cult of the Dog”

Soulseller Records 2026

Po niemalże dziesięcioletniej przerwie, na horyzoncie pojawili się Norwedzy z Deathcult. Targają ze sobą najnowszy, trzeci krążek, który fanatyków black metalu jaki gra się w tym kraju od lat dziewięćdziesiątych, zawieść nie powinien. Panowie cały czas komponują w tradycyjnym duchu i nie zamierzają zbaczać z obranej ścieżki. To bezkompromisowa diabelszczyzna, skonstruowana z prostych riffów i tremolo, które częstują nie tylko jednostajnym tempem i złowrogimi melodiami, ale odznaczają się także zróżnicowaną dynamiką, nie skazując jej odbiorców na nudę.  Deathcult nie bawi się w żadne umizgi i siecze mizantropijnymi akordami, surowym brzmieniem i nienawistnymi wokalami. Jakby patrzeć na ich twórczość przez pryzmat prekursorów gatunku, to można by stwierdzić, że granie tego tercetu mocno zbliżone jest do Darkthrone z okresu między „Ravishing Grimness” i „Sardonic Wrath” z małymi odjazdami w kierunku jedynki Mayhem i wtrętami w stylu Taake czy Carpathian Forest. Jest tak, bo od „Cult of the Dog” wieje tym samym mrokiem, zalatuje identyczną niechęcią do świata, a wręcz przerażającą obojętnością wieje na kilometr. Norwedzy nie stosują żadnych sztuczek i napierdalają szorstko, a lodowate, lecz mocne brzmienie gitar, podkreślone prze silną sekcję rytmiczną, potęguje wpierdol. Najnowszy krążek tej grupy, to kwintesencja norweskiego black metalu. Black metalu, który pomimo pewnych podobieństw do wcześniej wymienionych brygad, posiada swój niepowtarzalny charakter, ale jest tak samo jak one, nastawiony na określony efekt bez oglądania się na trendy. Autentyczny i gniewny album, na którym podczas odsłuchu żadnych odstępstw od sztuki nie stwierdzono. Polecam, zwłaszcza purystom.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz