wtorek, 13 października 2026

Recenzja Sorcery „The Immaculate Sin”

 

Sorcery

„The Immaculate Sin”

Xtreem Music 2026

Wiecie jaka jest różnica? Ogromna. A, no ale w czym? Ano w tym, że istnieją zespoły, które w podobnym okresie nagrały debiutanckie płyty, obie zajebiste zresztą. Potem zespoły te zniknęły na dobre dwie dekady ze sceny, reaktywowały się, i teraz od dłuższego czasu nagrywają kolejne albumy. Mam na myśli bohaterów dzisiejszego tematu, oraz pewnych panów ze szwedzkiego Sala, których zespół na liście telefonicznej znajdowałby się gdzieś na szarym końcu. Sorcery mieli w swojej karierze wzloty i lekkie dołowania, ale, kurwa mac! Chłopaki grają już niemal cztery dekady, i właśnie wysmażyli album, który mógłby być wyznacznikiem tego, ile szwedzkiego death metalu można nosić w sercu przez tak długi okres czasu. Nie, żebym zaraz chciał, po raz nie wiem który, napisać, że to wszystko już było, i że odgrzewany, choć solidnie, kotlet. Bo fakt, szwedzizna to to jest, w całej okazałości, i z pełnym inwentarzem. Są i d-beaty, i charakterystyczne melodie, chropowate wokale, typowe przejścia, rytmy… Nic w tym dziwnego, bo przecież Sorcery w zasadzie współtworzyli ten pierwszy etap rozwoju metalu śmierci z północy. Słuchając ich nowej płyty nie odnoszę jednak wrażenia, że odcinają kupony od nazwy, jak w przypadku tamtego drugiego zespołu, że nie oklapnęli na fotelu przed telewizorem, tylko grają nadal to, co czują , i robią to szczerze. Nie powiem, że cała płyta jest typowym miazgatorem, bo trafiają się na niej utwory średnie, ale podoba mi się coś innego. Choćby to, że muzycy dość ostentacyjnie ubierają, albo „wplatają”, elementy szkoły zamorskiej (choćby pod tytułem Incantation) do swojego repertuaru, i bynajmniej nie tworzą przy tej okazji żadnego dysonansu gatunkowego. Ja naprawdę chciałbym, żeby każdy zespół z takim stażem nagrywał tak solidne płyty, nie będące jedynie powielaniem schematu, ale przynajmniej jakąś próbą jego rozwinięcia. Sorcery ta sztuka się, przynajmniej moim skromnym zdaniem, udała, a „The Immaculate Sin” jest ich chyba najlepszym krążkiem od czasu „Arrival at Six”. Co ja będę dłużej pierdolił, ode mnie duże oklaski!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz