poniedziałek, 5 października 2026

Recenzja The Bleeding „Godless Communion”

 

The Bleeding

„Godless Communion”

Redefining Darkness 2026

„The Bleeding” to czwarty album Cannibal Corpse. Tak się akurat składa, że londyński The Bleeding wydaje swoją czwartą płytę (a pierwszą, z którą się stykam). Ot taka koincydencja, zupełnie nie mająca nic wspólnego z zawartością albumu, który właśnie się u mnie kręci. Choć, stop! Coś ma, ale o tym za chwilę. Brytole grają wspólnie od piętnastu lat, a ich twórczość określić można jako amalgamat death i thrash metalu, z niewielkim naciskiem na człon pierwszy. „Godless Communon” to dziesięć kawałków niezłego mordobicia mającego swoje inspiracje w klasyce obu gatunków z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Trzeba przyznać, że panowie bardzo zgrabnie łączą ze sobą śmiertelne zagrywki z thrashową prędkością i ostrością. Bo nie można powiedzieć, że jest to granie typu proto-death, także przecież mocno skażone thrashem, lecz świadome przeplatanie wspomnianych odłamów. Niech dowodem na to będą choćby pierwsze dwa numery na „Godless Communion”. W pierwszym z nich otrzymujemy po mordzie w bardziej florydzkim stylu (kłania się tutaj Deicide czy Death), by zaraz potem panowie nieco przyspieszyli, i zaczęli serwować klasykę pod Sepulturę czy Demolition Hammer. I tak jest na całej płycie. Ciężkie akordy, niejednokrotnie przypominające ekipę Bentona, czy nawet Treya z wczesnych lat, idealnie miksują się z jadem i buchającą energią klasyków gatunku wcześniejszego. Nie brak na tej płycie blastów, nie brak wysokiej jakości solówek, plującego wściekłością wokalu, czy też eksplodującej w kolejnych kompozycjach czystej energii. Sposób w jaki panowie budują swoje kompozycje zdaje mi się stuprocentowo naturalny, swobodny i umiejętny. Nie sposób bowiem zarzucić im próby naśladowania kogokolwiek, mimo naprawdę licznych, słyszalnych inspiracji. Dlaczego? Bo ta muzyka po prostu spuszcza niezły wpierdol, ma niezły groove, i nie nudzi. A czegoś takiego na siłę, czy dla poklasku, nagrać się nie da. Mało na tym krążku zwolnień, ale jest za to numer akustyczny, całkiem zresztą fajny. No i jest wspomniany Cannibal Corpse. Może nie jako przewijający się w akordach duch, ale jako cover. Na zakończenie panowie serwują bowiem „Born in a Casket” z debiutu Amerykanów. Dobra to płyta. Pełna autentycznej pasji i oddania starej szkole. Jeśli nie znacie kapeli, to nadróbcie zaległości. Myślę, że warto.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz