The
Bleeding
„Godless
Communion”
Redefining Darkness 2026
„The Bleeding”
to czwarty album Cannibal Corpse. Tak się akurat składa,
że londyński The Bleeding wydaje swoją czwartą płytę (a pierwszą, z którą się
stykam). Ot taka koincydencja, zupełnie nie mająca nic wspólnego z zawartością
albumu, który właśnie się u mnie kręci. Choć, stop! Coś ma, ale o tym za
chwilę. Brytole grają wspólnie od piętnastu lat, a ich twórczość określić można
jako amalgamat death i thrash metalu, z niewielkim naciskiem na człon pierwszy.
„Godless Communon” to dziesięć kawałków niezłego mordobicia mającego swoje
inspiracje w klasyce obu gatunków z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Trzeba przyznać, że panowie bardzo zgrabnie łączą ze sobą śmiertelne zagrywki z
thrashową prędkością i ostrością. Bo nie można powiedzieć, że jest to granie
typu proto-death, także przecież mocno skażone thrashem, lecz świadome
przeplatanie wspomnianych odłamów. Niech dowodem na to będą choćby pierwsze dwa
numery na „Godless Communion”. W pierwszym z nich otrzymujemy po mordzie w
bardziej florydzkim stylu (kłania się tutaj Deicide czy Death), by zaraz potem
panowie nieco przyspieszyli, i zaczęli serwować klasykę pod Sepulturę czy Demolition
Hammer. I tak jest na całej płycie. Ciężkie akordy, niejednokrotnie
przypominające ekipę Bentona, czy nawet Treya z wczesnych lat, idealnie miksują
się z jadem i buchającą energią klasyków gatunku wcześniejszego. Nie brak na
tej płycie blastów, nie brak wysokiej jakości solówek, plującego wściekłością
wokalu, czy też eksplodującej w kolejnych kompozycjach czystej energii. Sposób
w jaki panowie budują swoje kompozycje zdaje mi się stuprocentowo naturalny,
swobodny i umiejętny. Nie sposób bowiem zarzucić im próby naśladowania
kogokolwiek, mimo naprawdę licznych, słyszalnych inspiracji. Dlaczego? Bo ta
muzyka po prostu spuszcza niezły wpierdol, ma niezły groove, i nie nudzi. A
czegoś takiego na siłę, czy dla poklasku, nagrać się nie da. Mało na tym krążku
zwolnień, ale jest za to numer akustyczny, całkiem zresztą fajny. No i jest
wspomniany Cannibal Corpse. Może nie jako przewijający się w akordach duch, ale
jako cover. Na zakończenie panowie serwują bowiem „Born in a Casket” z debiutu
Amerykanów. Dobra to płyta. Pełna autentycznej pasji i oddania starej szkole.
Jeśli nie znacie kapeli, to nadróbcie zaległości. Myślę, że warto.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz