Disembody
„Awakening
of Ancient Evil”
Helldprod Records 2026
Kurcze, całe pięć lat zajęło
Finom nagranie drugiego krążka, a debiut był całkiem, całkiem. Na „Awakening of
Ancient Evil” panowie kontynuują rzeźbienie w materii poczernionego thrashu i w
dalszym ciągu nawiązują do gwiazd tego gatunku z lat osiemdziesiątych. Jednakże
na najnowszym wydawnictwie mniej słychać podobieństw do Sodom, Kreator czy
Slayer, choć poruszanie się w określonej stylistyce powoduje, że pewne maniery
narzucają się same i nigdy do końca, od skojarzeń dana kapela się nie uchroni.
Disembody grzeją ostro, biczując aż puchnie, a na dokładkę wiercą dziury w
mózgu, świdrującymi solówkami, ale też sporo dusznej i przepełnionej magią
atmosfery za pomocą bliskowschodnich melodii, zesłać są mili. Finowie szyją
zaciekłe, bezlitośnie raniące riffy, podbite ostrym i lodowatym brzmieniem,
któremu nie przeszkadza w torturach wycofana sekcja rytmiczna. Całości
przygląda się, śpiewając swym chropowatym i nieprzyjaznym głosem mistrz tej
ceremonii, cedząc arogancko bluźnierstwa. Czyste, diabelskie rzępolenie,
obdarzone satanicznym jadem i mistycznym klimatem, które w sumie i w przypadku
tego duetu niczego nowego do kanonu nie wnosi. Kolejna odsłona black-thrashu z
lat osiemdziesiątych, zapodana w czasach, w których według ówczesnej kultury
samochody powinny latać i pierwsze hotele na Marsie powstawać. Niestety, czas
zatrzymał się w miejscu, przynajmniej w kwestii tego gatunku, który Disembody
na swojej drugiej płycie napierdala rzetelnie i z zaangażowaniem. Tylko po
jasną cholerę niektóre numery mają aż siedem lub osiem minut? Oprócz tego
małego zgrzytu wszystko w normie. Surowo, zgrzytliwie i mrocznie. Posłuchać nie
zaszkodzi, a fani klasyki powinni być zadowoleni.
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz