czwartek, 29 października 2026

Recenzja Disembody „Awakening of Ancient Evil”

 

Disembody

„Awakening of Ancient Evil”

Helldprod Records 2026

Kurcze, całe pięć lat zajęło Finom nagranie drugiego krążka, a debiut był całkiem, całkiem. Na „Awakening of Ancient Evil” panowie kontynuują rzeźbienie w materii poczernionego thrashu i w dalszym ciągu nawiązują do gwiazd tego gatunku z lat osiemdziesiątych. Jednakże na najnowszym wydawnictwie mniej słychać podobieństw do Sodom, Kreator czy Slayer, choć poruszanie się w określonej stylistyce powoduje, że pewne maniery narzucają się same i nigdy do końca, od skojarzeń dana kapela się nie uchroni. Disembody grzeją ostro, biczując aż puchnie, a na dokładkę wiercą dziury w mózgu, świdrującymi solówkami, ale też sporo dusznej i przepełnionej magią atmosfery za pomocą bliskowschodnich melodii, zesłać są mili. Finowie szyją zaciekłe, bezlitośnie raniące riffy, podbite ostrym i lodowatym brzmieniem, któremu nie przeszkadza w torturach wycofana sekcja rytmiczna. Całości przygląda się, śpiewając swym chropowatym i nieprzyjaznym głosem mistrz tej ceremonii, cedząc arogancko bluźnierstwa. Czyste, diabelskie rzępolenie, obdarzone satanicznym jadem i mistycznym klimatem, które w sumie i w przypadku tego duetu niczego nowego do kanonu nie wnosi. Kolejna odsłona black-thrashu z lat osiemdziesiątych, zapodana w czasach, w których według ówczesnej kultury samochody powinny latać i pierwsze hotele na Marsie powstawać. Niestety, czas zatrzymał się w miejscu, przynajmniej w kwestii tego gatunku, który Disembody na swojej drugiej płycie napierdala rzetelnie i z zaangażowaniem. Tylko po jasną cholerę niektóre numery mają aż siedem lub osiem minut? Oprócz tego małego zgrzytu wszystko w normie. Surowo, zgrzytliwie i mrocznie. Posłuchać nie zaszkodzi, a fani klasyki powinni być zadowoleni.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz