środa, 22 kwietnia 2026

Recenzja Stalemate of Wills „Existence Denied”

 

Stalemate of Wills

„Existence Denied”

FFTC Rec. 2026

Czasem, kiedy sięgam po muzykę teoretycznie nie z mojej bajki, trafiam na prawdziwą perełkę gatunku. Tak bywa w przypadku technicznego death metalu, progresywnej awangardy, post metalu, czy nawet hardcore’a. To dlaczego nie miałoby się tak zdarzyć w przypadku Stalement of Wills, zespołu, który według notki prasowej gra amalgamat doom / sludge / hard coreo’wy z naleciałościami death metalu lat dziewięćdziesiątych. Zabrzmiało to nawet zachęcająco. Skończyło natomiast… niemal zaśnięciem. Cóż ja biedny mogę na temat tego, krótkiego, bo trwającego niecałe pół godziny, materiału napisać? Z pozytywami będzie ciężko. Ani tu nie ma hardcore’owej skoczności, ani tym bardziej pierdolnięcie, ani sludge’owego bujania (no, może troszkę na początku „Two Worlds”, ale jak zaraz wchodzi ta solówka pasująca niczym pięść do nosa, to już mi się bujać nie chce), że o odjazdach w narkotyczne klimaty nie wspomnę. Ani rzeczonego death metalu, bo za wpływy owego trudno chyba nagrać wokale zbliżone do growla. Pod tym względem przecież metal śmierci nie ma wyłączności. Doom? No tak, możemy doomem nazywać królujące tutaj tempa wolniejsze, ubrane w ołowiane brzmienie, z miarowymi uderzeniami w struny, ale ja bym to raczej nazwał bliżej niezidentyfikowanym usypiaczem. Bo najgorsze w tej płycie jest to, że tutaj nie ma na czym ucha zawiesić. Każdy następny numer jest tak samo przepitolony, i tak samo bezbarwny. Na dobrą sprawę, już po czterech kompozycjach zacząłem nerwowo spoglądać na zegarek, a to przecież dopiero kwadrans. Chwilę potem pojawiło się coś jeszcze gorszego. Śpiewane wokale. Ja pierdolę, jaka tragedia! Choć z drugiej strony wyjaśnia ona słowo „niemal” z pierwszych linijek mojego tekstu. Bo ja zasypiać z uczuciem mdłości, mimo wszystko, nie potrafię. Dobrnąłem jakoś do końca, ale przysięgam… nigdy więcej „Existence Denied” nie włączę, a do Stalemate of Wills, cokolwiek by nagrali, nie wrócę. Zespół bez grama potencji, bez odrobiny polotu czy zdrowego wyczucia. Nuda w chuj. Omijać szerokim łukiem.

- jesusatan




Recenzja Pure Wrath „Bleak Days Ahead”

 

Pure Wrath

„Bleak Days Ahead”

Debemur Morti Productions 2026

Z czwartym albumem powraca indonezyjski specjalista od brutalnego deta, który w ramach Pure Wrath realizuje się na poletku atmosferycznego black metalu. Na najnowszej płycie zamieścił pięć, niekrótkich kawałków, w których oprócz tradycyjnego dla tego gatunku instrumentarium użył także mellotronu, fortepianu i saksofonu. Niewątpliwie wzbogaciło to zwyczajowe tremolo i klasyczne kostkowanie, które często wpada w dysonansowe nuty. Podobnie jest z wokalami, bo obok tradycyjnych powarkiwań, używa się tu także gardłowego, niezwykle klimatycznego śpiewu, który występuje tutaj w różnych odcieniach. To black metal, który dla odmiany nie posiada hipnotycznego charakteru, choć takie chwile w nim występują, ale przede wszystkim koncentruje się na dramatyzmie, ponieważ jest muzycznym obrazem, przedstawiającym coraz bardziej przygniatające życie. Tak więc mamy tutaj do czynienia z egzystencjalnym ujęciem, które rozbebesza lub jak kto woli rozkłada na czynniki pierwsze, życie ludzkie, skonfrontowane z brutalnością istnienia. Diabelszczyzna o melancholijnym, refleksyjnym i depresyjnym obliczu, która częstuje nostalgicznymi akordami, przechodzącymi niekiedy w mocniejsze uderzenia. Całościowo, jest to nowoczesne i momentami wpadające w rejony „post”, czarcie muzykowanie, o wygładzonym usposobieniu. Skupione na ludzkich uczuciach, którym naprzeciwko wychodzi proza życia codziennego, czyli wszystko co kochamy najbardziej. Industrializacja, robota, zmęczenie, niespełnione i niemożliwe do spełnienia marzenia oraz niepewność i rozczarowanie. Black metal dla intelektualistów, którym nie obce są dzieła Heideggera, Camusa czy Kierkegaarda.

shub niggurath




Recenzja Mezzrow „Embrace the Awakening”

 

Mezzrow

„Embrace the Awakening”

ROAR! / Rock of Angels Rec. 2025

Nazwa Mezzrow gdzieś mi w głowie świta. Prawdopodobnie spotkałem się z nią w okolicach wydania przez zespół pierwszej płyty. Nie był to jednak chyba żaden diament, skoro ewidentnie poszła w niepamięć. Zresztą jak sam zespół, który to po wydaniu rzeczonego „Then Came the Killing” zniknął z powierzchni ziemi na długie dekady, by powstać z grobu dopiero pięć lat do tyłu od teraz. „Embrace the Awakening” jest ich drugą płytą poreaktywacyjną nagraną w bardzo przewietrzonym, względem oryginału, składzie. Owo odświeżenie chyba wyszło zespołowi na dobre, bo przyznać trzeba, że materiał ten stoi na naprawdę wysokim poziomie, a na pewno jest lepszy niż debiut. Mamy tu niespełna trzydzieści osiem minut rasowego, klasycznego thrashu. Bogatego w środki, bowiem poza momentami zagranymi na pełnym speedzie, panowie serwują chwilami fragmenty bardziej melodyjne, przeplatane riffami do rytmicznego moshu („The Moment to Arise”), a także nie stronią od wycieczek w kierunku heavymetalowym. Wszystko to bardzo zgrabnie, i co najważniejsze, logicznie, poskładane. Oczywiście awangardy na tym krążku zero, za to odnośników do bardziej znanych nazw co nie miara, żeby wymienić choćby Testament, Exodus czy Annihilation albo Napalm. Podobnie jak sama muzyka, równie oldskulowe są na tym krążku wokale. Poza czystym śpiewem, sporo chórków, zwłaszcza w refrenach, co sprawia, że nic tylko łapać zimnego browara w dłoń, i dołączać. Tym bardziej, że chwilami można odnieść wrażenie, że Mezzrow to taki nieco bardziej jadowity Running Wild. No i solówki. W nich słychać, że panowie w instrumenty potrafią, a metal znają nie od przedwczoraj. Pod względem brzmienia za bardzo nie ma się czego czepiać. Jest klarowne, mocne, takie … Testamentowe. Mimo iż wolę jednak tą najbardziej wkurwioną wersję thrash metalu (acz takowych momentów i tu nie brakuje, tylko szkoda, że tak mało), trzeci album Szwedów to naprawdę niezłe granie. A na pewno fani gatunku powinni być nim ukontentowani. Jeśli zatem kochacie klasyczny thrash, a jakoś „Embrace the Awakening” wam umknął, to cofnijcie się do końcówki zeszłego roku, i sprawdźcie tą pozycję. Moim zdaniem warto.

- jesusatan




Recenzja Aversio Humanitatis „To Become the Endless Static”

 

Aversio Humanitatis

„To Become the Endless Static”

Debemur Morti Productions 2026

Aversio Humanitatis to kapela z Madrytu, gdzie komponuje od 2010 roku. Obecnie wydają trzeci album „To Become the Endless Static”, który zawiera sześć numerów w black metalowym tonie. Jeśli tak, to jest to dość grubo ciosany bleczur, który sowicie został podrasowany sękatym brzmieniem rodem z metalu śmierci, ale nic to. Szybkie riffy i tremolo czeszą wzorcowo swym nieco zmodyfikowanym temperamentem, który przypomina mieszańca zrodzonego z Francuza i Islandki, co wydało na świat bękarta, drącego się wpiekłogłosy. Mordę to drze niemiłosiernie, wydobywając ze swojej gardzieli mknące szybko formy dla diabelszczyzny właściwe, a ich hipnotyczność przełamuje małymi dysonansami i nieco połamanymi przejściami między poszczególnymi frazami. Atakuje ostro, bez pardonu, ale atmosferyczności mu odmówić nie można, ponieważ Hiszpanie lubią od czasu do czasu zwolnić i przydusić ciężkimi rytmami o ezoterycznym charakterze. To muza szalona i gęsta, wyraźnie nastawiona na „brutalistyczny rytualizm”, w którym siermiężne, lecz i wielowarstwowe nawałnice są równie ważne, co śmierdzące na odległość kosmicznym mistycyzmem i smutną refleksją nad światem, pokręcone i atonalne zjazdy w dołujące akordy, zapętlające się, kłębiące niczym żmije i zaciskające swoje pazury wokół szyi. Aversio Humanitatis tworzy ponury, dysonansowy black metal, który chwilami przechodzi w kaskadowe i zimne uderzenia na podobę islandzkich produkcji, które często łączą ujęcie francuskie z własnym, aranżując zwarte i wielopoziomowe utwory. Tak też poczyna sobie ta czwórka Madrytczyków, która kreuje współczesny styl black metalu. Jest mrocznie, dusznie i smołowato, a i okultystycznej aury tu nie brakuje. Jak dla mnie, „To Become the Endless Static” jest kolejną odsłoną eksperymentowania z black metalowym konceptem, której wizja w wykonaniu tej grupy, nowa nie jest i ociera się o pewną typowość, jeżeli chodzi o dźwięki w stylu Deathspell Omega, które zblendowano z dajmy na to Misþyrming. Siłę wyrazu i jednoznaczną wymowę posiada. Dla fanów tego typu grania jak najbardziej.

shub niggurath




wtorek, 21 kwietnia 2026

Recenzja Consecration „Exanimis”

 

Consecration

„Exanimis”

Nuclear Winter Rec. 2026

Często jest tak, że nie. A potem coraz częściej jest tak, że nie. A potem jest zwykle tak, że nie. A potem zostaje już samo nie. Tak sobie pozwolę na początek zacytować tekst Nihila z ostatniej płyty Blindead. A czynię to, gdyż jest on w tym przypadku wyjątkowo adekwatny. Często pozycje z gatunku death / doom (odłamu nastawionego na klimat, a nie ciężar) są u mnie na nie. Bo są cholernie powtarzalne, bez wyrazu. Na nowy Consecration skusiłem się wyłącznie dlatego, że wydaje ich Nuclear Winter, a spod ich skrzydeł wyszło kilka zajebistych pozycji. Zatem przypuszczać mogłem, iż i tym razem mnie zaskoczą, choć nazwy Consecration wcześniej nie znałem, a „Exanimis” to przecież już ich czwarty pełniak, co budziło pewne wątpliwości. Niestety, zostały one bardzo szybko potwierdzone. Brytole to banda chuja, która po raz kolejny udowadnia mi, że w rzeczonym gatunku niewiele jest dla mnie wydawnictw wartych uwagi. Teoretycznie, i technicznie, wszystko się na tym krążku zgadza. Są powolne riffy, jakaś tak dawka melodii, nawet melancholii ubranej w ołowiany kaftanik, taki co się przyodziewa do prześwietlenia zęba. Ciężko. Ciężko chłopaki grają, ale i ciężko się tego słucha. Przede wszystkim dlatego, że te osiem kompozycji cechują dwie, niestrawne dla mnie składniki. Pierwszym z nich jest totalna przewidywalność. Nie ma na tym albumie niczego, podkreślam niczym Kononowicz, niczego, co by mnie zaskoczyło, czy przykuło uwagę. Wszelkie stosowane przez zespół środki to odgrzewana po raz trzeci zupa, którą zresztą ktoś przechowywał w lipcu na balkonie, myśląc, że ten zabieg jest tak skuteczny jak w grudniu. Po drugie, co się poniekąd z pierwszym łączy, muzyka Consecration jest tak cholernie wtórna, że w zasadzie kiedy dany kawałek się zaczyna, można wskazać palcem, w którym kierunku pójdzie, i jak się zakończy. Jest w encyklopedii takie określenie jak „męczenie buły”, i nowy album Consecration idealnie pasowałby za soniczną definicję tegoż. Trzeba chyba być maniakalnym maniakiem kapel pokroju Novembers Doom, Swallow the Sun czy Evoken (tak se strzelam nazwami z kapelusza) by się „Exanimis” zachwycać. Dla mnie jest to niestrawne, i dwa odsłuchy, których bohatersko dokonałem, będą mi teraz zalegać przez cały wieczór na żołądku. Nie ratuje tej płyty nic, nawet Paradajsowy „Domain of Despair”, będący popłuczynami po i tak wtórnych płytach Holmes’a i spółki z ostatnich lat. Szkoda czasu i energii.

- jesusatan




Recenzja Lago „Vigil”

 

Lago

„Vigil”

Everlasting Spew Records (2026)

 


Pochodzący z Arizony kwartet Lago działa na muzycznym padole od ponad półtora dekady i dał się poznać światu z dobrej strony za sprawą dwóch pełniaków i kilku mniejszych wydawnictw. Zwłaszcza wydany w 2018 roku w barwach Unique Leader Records „Sea of Duress” zaskarbił sobie moją przychylność, bo choć daleki byłem od peanów pochwalnych i stawiania Lago na piedestał, to zdecydowanie było w ich warsztacie coś ponadprzeciętnego. Kontrolowany chaos i ulceratowe dysonanse rezonujące z bezduszną motoryką Hate Eternal zostały podane w całkiem przystępnej dla słuchacza formie. „Vigil” to najnowsza propozycja Amerykanów i pomimo że dałem temu materiałowi trochę czasu by mnie do siebie przekonał, to muszę z przykrością stwierdzić, że to się nie zadziało. Na swoim trzecim wydawnictwie Lago nie robi żadnej rewolucji, ale na pewno możemy mówić o ewolucji w stosunku do wcześniejszych materiałów. Nagrana cechuje bardzo duża kliniczność brzmieniowa potęgująca aurę bezduszności i automatyzacji. Pomimo, że dysonansowe meandry są wciąż obecne da się zauważyć, że akcenty zostały mocniej przesunięte z obszaru Gorguts / Ulcerate w kierunku Immolation / Hate Eternal. I pewnie nie miał bym z tym problemu, gdyby to hulało. A niestety nie hula. Jest w tym graniu coś beznamiętnie topornego, pozbawionego życia, odegranego bez serca, a przez to nieangażującego. W wolniejszych fragmentach jest tu po prostu nudno. Sprawnie warsztatowo, precyzyjnie, ale nudno i bez charakteru. Absolutnie żadna z kilkunastu podjętych prób nie zakończyła się większym zaangażowaniem mnie jako słuchacza w ten materiał. Czy jest więc coś w tym materiale, co mi się podoba i mnie przekonuje? Tak – solówki. Jeśli ktoś lubi gitarowe sola, niebanalne, nieperliste, pomysłowe, to tutaj jest ich pod dostatkiem i w tym aspekcie jest to na pewno jedno z najlepszych wydawnictw jakie słyszałem w ostatnich latach. Jeśli ktoś nie lubi solówek i uważa, że to relikt czasów minionych ten będzie miał kolejny powód do narzekań. Ja lubię, więc mam chociaż jeden powód, aby wskazać atuty tego wydawnictwa. Umiejętności muzyków i potencjał stojący za tymi dźwiękami finalnie jawi się jako niespełniona obietnica. Wielka szkoda, bo już kiedy pokazali, że stać ich na dużo. Może kiedyś „Vigil” do mnie trafi, ale póki co jest inaczej.

                                                                                                                          Harlequin




poniedziałek, 20 kwietnia 2026

A review of Baphomet's Blood “Satanic Metal Attack”

 

Baphomet's Blood

“Satanic Metal Attack”

Dying Victims Prod. 2026

 


Damn, I love this label! Well, sort of, since their pure heavy metal releases don’t always hit the spot for me, but when it comes to speed, thrash, or death metal, you can buy their stuff with your eyes closed. And while you’re at it, you can learn some history, because every now and then Florian digs up bands out of the devil’s ass that I’ve never heard of before, but which were an essential part of the metal scene a few decades ago. Take the Italian band Baphomet’s Blood, for example. A band that recorded their debut album exactly twenty years ago. They went on to record three more, but it’s that first one that’s the subject of today’s text. Holy shit, if the band is named what it’s named, the album title is unambiguous, and the songs are titled “Satanic Commando,” “Speed Metal Warrior,” “Blood, Vomit and Satan,” or, above all, “Satanic Beerdrinkers,” does anyone here even doubt that these Italians know what real oldschool metal is? The guys play like there’s no tomorrow, drawing heavily on the legacy of Venom and other classics, using riffs that are cliché (at least from today’s perspective). Cliché, but, for the hundredth time, so catchy that you simply can’t sit still to this music! “Satanic Metal Attack” is music played for the thousandth time to the same old tune, following the rules of the ’80s, sung mainly in clean vocals, with classic forays into higher registers and the obligatory backing vocals. And as clear proof of their nod to oldschool metal, there’s the cover of Fingernails’ “Heavy Metal Forces” included at the end of the album. There’s no point in rambling on about releases like this, because you either love this kind of music or you hate it. I’m soaking up this gem, which I somehow overlooked on my metal journey, like a sponge soaks up water. And I’m asking for more of these throwbacks to the past. A fantastic album.

- jesusatan




Recenzja Gouge „Pure Deathfuck”

 

Gouge

„Pure Deathfuck”

Hells Headbangers 2026

Gouge to duet z Norge, który rzępoli już od 2011 roku, jednakże nie nagrali zbyt wiele, bo oprócz tej epki mają jeszcze jedną i debiut sprzed jedenastu lat. Na zdjęciach wyglądają niepozornie, trochę jak dwóch, metalowych nerdów w kraciastych koszulach, ale napierdalają taki oldskul, że pięty urywa przy samej dupie. To mieszanka thrash i death metalu ze szczyptą grindu, która formą oraz brzmieniem w pełni nawiązuje do, gdzieś tak, połowy lat osiemdziesiątych. Muzę ubierają w surowe i uwierające brzmienie, dopełnione basem, „młotkową” perkusją i flejtuchowatymi wokalami. Proste akordy, mnóstwo punkowych d-beatów, żwawe i średnie tempo, pojebane solówki wraz z niedbałymi wrzaskami, tworzą hybrydę, która w szybkich atakach przypomina Repulsion. Gdy ich dzikie galopady dochodzą do apogeum, przeobrażając się w bardziej konwulsyjne uderzenia, zaczyna zalatywać Terrorizer. Kiedy Norwedzy zdecydują się zwolnić i zapodać odrobinę akordów w średnim tempie, to śmierdzi tutaj wczesnym Autopsy, ale kilka podobieństw do Death również da się wychwycić. Na szczególną uwagę zasługują drugi wałek „Sadist” i czwarty „Maggoteyes”, które nieco odbiegają od reszty, bo wyraźnie romansują z muzyką dwóch, pewnych panów z Oslo, a ich rozpoznaje się już od pierwszych taktów więc podpowiadać nie będę. Zresztą te wszystkie porównania czy skojarzenia nie mają większego sensu, ponieważ nie o to tu chodzi. Metal serwowany przez Gouge, to brudna, niezwykle naturalnie zagrana fuzja thrash i death metalu, który okresowo dostaje szału i zapierdala jak dzieciak z ADHD zaprawiony amfą. Efektowne i pomimo swej szorstkości, łatwo wpadające do ucha riffy, ostre popisy solowe, mordercza agogika, a także duszny i jebiący wilgocią klimat, to kwintesencja metalu jaki kocham. Nieskomplikowana łupanka, która leci prosto z serca i trafia jako cios, centralnie w splot słoneczny. Długo nie mogłem się po nim pozbierać i w nagrodę przesłuchałem „Pure Deathfuck” już kilkadziesiąt razy. Jeśli nie znacie, proponuje zaopatrzyć się w wersję CD, która jako bonus zawiera pierwszą epkę Gouge z 2012 roku „Doomed to Death”. Ten dodatkowy materiał także kurewsko daje radę, częstując obok innych, także speed metalowymi rytmami, z których wyłowić można coś, co mocno pachnie początkami Slayer. Niebywała kapela, która maltretuje na całego i robi to we wspaniałym stylu. Dzisiaj mało kto gra tak regresywnie, a może już nikt. Ogień! Pełna rekomendacja.

shub niggurath




niedziela, 19 kwietnia 2026

Recenzja Master's Ashes “How the Mighty Have Fallen”

 

Master's Ashes

“How the Mighty Have Fallen”

Time To Kill 2026

Master’s Ashes to kolejny zespół z gatunku “all stars”. W jego skład wchodzą bowiem muzycy znani z takich aktów jak Voivod, Crisis, Crowbar, Six Feet Under czy The Convalescence. Jako iż z wymienionych, żaden  nie jest u mnie jakoś specjalnie na piedestale (a „kultowy” Voivod znam bardzo pobieżnie, czym się zapewne w tym momencie narażę wielu fanatykom), podszedłem do tej płyty bardzo na luzie. Oczekując raczej muzyki na co najwyżej średnim poziomie, będącej potwierdzeniem, że im głośniej się zespół promuje nazwiskami, tym większą gra popelinę. Okazało się jednak, że weterani sceny mają w tym przypadku bardzo dużo do zaoferowania. Może nie w tytule oryginalności, bo muzykę podobną do tej w ich wykonie słyszałem w życiu z tysiąc razy, ale faktem niezaprzeczalnym jest, iż „How the Mighty Have Fallen” wciąga niczym bagno. Po pierwszym okrążeniu byłem „jest OK.”. Lecz każdy kolejny odsłuch zasysał mnie coraz bardziej, aż w końcu nie mogłem się od tych piosenek oderwać. Może właśnie dlatego, iż Master’s Ashes nie tworzą odłamu, który jest u mnie na szczycie piramidy. To, co znajdziemy na tym albumie, to czterdzieści minut sludge / doom / post metalu, zagranego w bardzo ciekawy, acz, jak wspomniałem, nie odkrywczy sposób. Najłatwiej chyba byłoby mi porównać to do Neurosis, i chyba sam zespół by się w tym momencie nie obraził, bo przecież Amerykanie są ikoną gatunku. Acz nie da się ukryć, że są tutaj momenty, w których wystarczyłoby tylko podmienić wokal, i nieco zbrutalizować brzmienie, w tym przypadku utrzymane wzorowo w sludge / doomowej estetyce, a byśmy pomyśleli, że to jakiś nowy kawałem Obituary. Czym kupił mnie „How the Mighty Have Fallen”? Masywnymi, wkręcającymi się stopniowo melodiami, ciężarem porównywalnym do, tak zupełnie przypadkowo, Crowbar, oraz nieszablonowością. Sporo tutaj ciekawych smaczków. A to gdzieś w tle pojawią się ślady klawiszy, czasami w kosmiczno futurystycznym wydaniu, a to wyskoczą jakieś sample, albo deklamacje. To niby drobne dodatki, jednak wiadomo, że bigos robi się z tych samych składników, lecz kwestia użytych przypraw i dodatków potrafi zmienić danie diametralnie. Tutaj dorzucono sporo kminku, czyli tego, co lubię najbardziej. Wokalnie mamy standardowy, zachrypnięty krzyk, czasem jakieś schowane w tle chórki, stosowane może bez przesadnej finezji, za to z ogromnym wyczuciem, bo często właśnie, ponownie, drobne niuanse nadają całości dodatkowego posmaku. Wyśmienicie się tego słucha, bo uzależnia to cholerstwo niczym heroina. Nie wiem jak będzie w przypadku fanów wymienionych na wstępie zespołów, ale ja jestem tym krążkiem mocno zafascynowany, i zapewne jeszcze przez dłuższy czas nie opuści on mojego odtwarzacza. Wielkie brawa dla starszych panów, i młodszej pani, bo takowa przecież też w składzie widnieje. Bardzo dobry album.

- jesusatan




Recenzja Grond „The Temple”

 Grond

„The Temple”

Xtreem Music 2026

Grond pochodzi z Rosji, gdzie powstał w 2002 roku, ale zapewne wszyscy fani death metalu to wiedzą, bo to solidne i chyba znane granie, czerpiące z najlepszych wzorców lat dziewięćdziesiątych, lecz w żadnym razie nie podszywające się, bo elementy własne posiada. To maszyna śmierci, która swoimi mocarnymi i miarowymi uderzeniami przypomina wojenne muzykowanie spod znaku Bolt Thrower, do którego dokłada sporo gęstej szwedzizny i niepokojącego klimatu od siebie. Ten ostatni pierwiastek zalatuje lovecraftowską atmosferą i odpowiada za duszne zjazdy w dół, tajemnicze, wysokotonowe zagrywki i przerażające solówki, co w połączeniu z batalistycznymi kanonadami oraz mieleniem na „dużych oczkach” w stylu Grave, robi całkiem niezłe wrażenie. To mroczna i nieustępliwa płyta, zbudowana na ciężkim brzmieniu, wzmocnionym przez masywne linie basu, przysadzistą perkusję i głębokie growle wokalisty, i założyciela tej kapeli, Kista. Całość oparta jest na dwóch konceptach, z których pierwszy przedstawia historię niemieckiego kapitana łodzi podwodnej, zaś drugi jest zainspirowany opowiadaniem Lovecrafta „Świątynia”. Zatem mamy tu do czynienia ze światem podwodnym, który doskonale odwzorowuje muzyka Moskwiczan. To klaustrofobiczny i straszny death metal, który zaciska się wokół szyi, pozbawiając powietrza, aby w szybszych momentach gruchotać kości. Robi to brutalnie, niczym kruszarka do gruzu. Ponure i gęste jak smoła wydawnictwo, które zmęczyć swymi rytmami potrafi, ale siłę przyciągania niewątpliwie posiada znaczną. Kwintesencja posępnego i gruboziarnistego metalu śmierci, który sączy się przez niemalże pięćdziesiąt minut jak ropa i napawa strachem. Polecam.

shub niggurath





piątek, 17 kwietnia 2026

Recenzja Ignobleth „Manor of Primitive Anticreation”

 

Ignobleth

„Manor of Primitive Anticreation”

Caligari Rec. 2026

Zaufanie do Caligari Records mam dość spore, zatem naturalną sprawą było, że postanowiłem sprawdzić debiutujący pod ich banderą Ignobleth. To trójka Włochów Z Moderny, mających dotychczas na swoim koncie jedynie wydaną dwa lata temu EP-kę. „Manor of Primitive Anticreation” to faktycznie granie dość prymitywne, a na pewno nie przełomowe. Album ten przynosi czterdzieści cztery minuty deathmetalowej naparzanki, o lekko blackującym zabarwieniu. Przynajmniej w kwestii sposobów riffowania, bo wokalnie, brzmieniowo i melodycznie oscylujemy bardziej w tematyce gruzowej, chwilami przenikającej się z wojenną. Koła nikt tu na nowo nie wymyśla, podobnie jak nie tworzy specjalnie zapadających w pamięć melodii. Włosi skupiają się raczej na bezpośredniej anihilacji, czyli błyskawicznym starciu przeciwnika z powierzchni ziemi. Stąd też większość ich kompozycji utrzymanych jest w tempie przyspieszonym, które dyktują dość jednolicie dudniące beczki, a towarzyszy im w zasadzie klasyczny, charczący growl. Można też wspomnieć o pewnego rodzaju schematyczności samych kompozycji, bo bardzo często pojawiają się tu chwile zwolnienia niemal do zera, po czym atak w postaci siermiężnych akordów jest kontynuowany. Panowie robią sobie też po drodze przerwy na przeładowanie broni, w postaci instrumentalnych interludiów. Całość jest dość tłusta, przeznaczona raczej dla mniej wybrednych smakoszy, którzy po prostu lubią jak im rzuci trochę błota, łusek po nabojach, poda brudne sztućce i napluje w talerz. Słucha się tego bez znużenia, ale też z drugiej strony niewiele w głowie zostaje. Ot, taki solidny, drugoligowy przedstawiciel wspomnianego na początku gatunku. Oczywiście nazw, które mogły stanowić dla Ignobleth inspiracje można by tu wymieniać bez liku, zarówno z Europy jak i zza oceanu, ale po co? Starczy powiedzieć, że jest to album deathmetalowy przeznaczony dla deathmetalowych maniaków grania w starym stylu, bez udziwnień i nowoczesnych nowinek. Kto chce, niech się częstuje, na pewno nie zaszkodzi.

- jesusatan




Recenzja Battlegrave „Enslavement”

 

Battlegrave

„Enslavement”

Independent 2026

Battlegrave to australijski duet, który pogrywa sobie od 2017 roku i razem z „Enslavement”, posiada na koncie trzy krążki. Na rzeczonym i najnowszym znajduje się dziesięć utworów muzyki metalowej, którą można określić jako mieszankę thrashu i death metalu z mocnym pierwiastkiem groovu. Ten ostatni element niewątpliwie nadaje muzie Battlegrave odrobiny core’owego sznytu, przez co w niektórych momentach materiał ten przypomina późniejszego Slayer’a, albo Pro-Pain, tyle że w szybszym i brutalniejszym wydaniu. Nie zagłębiając się w szczegóły, to nowoczesna napierdalanka o zwartym brzmieniu i rzęsiście płynących riffach, która oprócz wyżej wymienionych brygad może trochę kojarzyć się z takimi tworami jak chociażby Decapitated. To współczesny brutalizm i jego połamane formy, które uderzają ze zmienną agogiką. Dobrze gniecie, zasypuje kaskadowymi akordami i buja skocznie. Potrafi także zesłać trochę ponurego klimatu, sącząc mroczne akordy i niepokojące melodie jak w ósmym numerze „Marked by Evil”. Panowie sprawnie prowadzą swoje instrumenty i często zmieniają kierunek oraz rytmikę kostkowania, co okraszają niezłymi solówkami i piskliwymi zawijasami. Za atut muzyki Australijczyków można uznać jej dynamizm, który podbijają niemalże przez cały czas, chodzące, ztriggerowane centralki i skondensowane brzmienie, które w połączeniu z gęsto bijącą perkusją, i dwojakimi wokalizami, stanowi o zwartej strukturze kompozycji i ich sile uderzeniowej. Najnowszy album od Battlegrave jest modernistycznym ujęciem agresywnego grania, które może się podobać, ale nie musi. Żywiołowa, pełna energii płyta, skierowana do lubującego się w zmodernizowanych nutach odbiorcy.

shub niggurath




czwartek, 16 kwietnia 2026

Recenzja Necromorbid „Ceremonial Demonslaught”

 

Necromorbid

„Ceremonial Demonslaught”

Godz ov War 2026

Zespoły pokroju Necromorbid są w zasadzie kurewsko przewidywalne, co ma oczywiście swoje wady i zalety. Zanim jeszcze zobaczyłem oficjalną zapowiedź nowego, trzeciego już krążka Włochów, wiedziałem, co, mniej więcej, znajdzie się na okładce. Mogłem snuć przypuszczenia dotyczące tytułów piosenek, strzelać z dokładnością do pięciu minut odnośnie czasu trwania płyty, a zanim włączyłem ją po raz pierwszy, dokładnie określić jej zawartość. I nawet gdybym napisał recenzję, że tak to nazwę, „z powietrza”, to zapewne niewiele by się ona różniła od tego, co mam do powiedzenia po kilku rundach z „Ceremonial Demonslaught”. Bo faktycznie, mamy tutaj trzydzieści siedem minut ostrego, antychrześcijańskiego ostrzału. Necromorbid kontynuują swoją krucjatę, po raz kolejny serwując to, czego każdy maniak zespołu oczekuje. I to jest wspomniana zaleta. Bo jak mam ochotę na mieszankę Angelcorpse z kultem pewnego cmentarza, jazdę na trzysta trzydzieści bipiemów (przynajmniej w przeważającej większości, i to, dla „metalowych pacyfistów” może stanowić minus nie do przetrawienia), rzygający lawą wokal, proste, acz nie pozbawione wojennej chwytliwości harmonie, to włączę sobie dokładnie tą płytę. Nie ma na niej cackania się z wrogiem, jest śmierć, pożoga i fruwające w powietrzu porozrywane zwłoki. Dzieje się wojna, zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. A wojna, przynajmniej w tak otwartej formie w jakiej wypowiedzieli chrześcijańskiemu bogu Makaroniarze, zawsze wygląda podobnie. Za co należy album ten chwalić, a co w przypadku jego autorów jest już poniekąd tradycją, to jednak za unikanie dosłownego kopiowania klasyków gatunku, i wyjątkowo pasujące do muzyki brzmienie. Organiczne, a zarazem w pełni czytelne, masywne i idealnie wyważone. No i mimo wszystko za melodie, bo ich tu w żadnym wypadku nie brakuje. Ciężkie jak dobrze naoliwiona lokomotywa z wiersza Tuwima, wgryzające się w zwoje mózgowe niczym kleszcz, i siejące tam niezłe spustoszenie. Kto zna, i lubi, poprzednie wydawnictwa Necromorbid, nowe łyknie bez zadawania pytań. Kto nie zna, a serce szybciej mu bije przy wojennym death / black metalu, sprawdzić powinien. Bezwarunkowo.

- jesusatan




Recenzja Atronos „Gram”

 

Atronos

„Gram”

Purity Through Fire 2026

Po trzech latach przerwy, wraca niemiecki Atronos. Tym razem, to dziesięć utworów, które przez blisko pięćdziesiąt minut wylewają na głowę teutońską zaprawę. Na dobrą sprawę u Atronos od ostatniego albumu nic się nie zmieniło. Tercet ten w dalszym ciągu rzeźbi melodyjny black metal, w który wplata mnóstwo pogańskich naleciałości, objawiających się w po germańsku, podniosłych akordach, podbitych tu i ówdzie, syntezatorowym tłem. Cały czas jest to chwytliwa diabelszczyzna, zapodana na dość nisko, jak na ten gatunek, nastrojonych gitarach, które okresowo potrafią z siebie wydusić zimne tremolo, a moc i zdecydowany charakter riffów podkreśla silna sekcja rytmiczna i złowrogie wokale Baptist’a. Black metal od Atronos niezmiennie generuje dźwięki, ukierunkowane na niemiecki patos, czyli na wszystko, co związane jest z uwielbieniem ojczystej ziemi. Owocuje to takim „black metalowym Heimatmelodie”, które w delikatniejszych momentach przypominać mogą wykastrowany Rammstein, bo bardziej przebojowy i dużo przaśniejszy, ale podobnie, wyraźnie romansujący z mechanicznymi rytmami. Najnowsza płyta tej trójki artystów, to niemiecki romantyzm i heroizm w metalowym wydaniu 3.0. Barbarzyńsko-folkowy bleczur, którego po raz czwarty chyba nie zniosę, ponieważ na dłuższą metę cholernie nudzi i po woli staje się banalny. Niemniej jednak powinien bez problemu wejść fanom melodyjnego i dobrze wyprodukowanego ujęcia. Epickość, pogaństwo, patriotyzm i melancholia w niemieckim, black metalowym wydaniu.

shub niggurath




Recenzja Galibot „Catabase”

 

Galibot

„Catabase”

Les Acteurs de l’Ombre Productions 2026

 


Reedycję debiutanckiego krążka Galibot przedstawiałem wam jakiś czas temu, zatem teoretycznie powinniście być w temacie. Dla przypomnienia jednak, zespół ten para się black metalem o tematyce kopalnianej. Konkretniej, zgłębia historię, często tragiczną, kopalń północnej Francji. Jeśli mowa o black metalu z Francji, to zapewne z założenia pojawią się u was myśli skierowane w stronę Deathspell Omega czy Blut Aus Nord. Spieszę zatem, by wyprowadzić was z błędu, bo muzyce Galibot bliżej jednak do bardziej tradycyjnego grania z okresu drugiej fali, niż etapu późniejszego. Co stanowi podstawę „Catabase”, a jednocześnie jest największą zaletą tej płyty, to jej pokryta kolcami melodyjność. Pod tym względem muzycy naprawdę wypracowali złoty środek, bowiem ich kompozycje, zazwyczaj utrzymane w szybszym tempie, naprawdę potrafią wkręcić się mocno pod kopułę, kusząc co chwilę mocno bujającym motywem, jednocześnie będącym niczym zatrute jabłko. Pełnym jadu. Mnóstwo na tym krążku harmonii opartych na lodowatych tremolo o skandynawskim rodowodzie, choć jednocześnie zespół nie gubi po drodze swojego rodowodu, nawiązując z lekka do sceny rodzimej. Rzecz w tym, że nawet jeśli przez chwilę złapiemy ich na czerpaniu z konkretnego wzorca, dosłownie kilka chwil później owo porównanie staje się nieadekwatne, lub nieaktualne. Bo bogactwem pomysłów Francuzi mocno zaskakują, (w samym tylko „Voreux” znalazłem odniesienia od Bathory po Dissection), nie wciskając jednocześnie do swoich utworów niczego na siłę. Wspomniane melodie wypływają tutaj z siebie naturalnie, naturalnie się zmieniają i uzupełniają w taki sposób, by napięcie ani na chwilę nie spadało, a płyta trzymała nas przy sobie do ostatniego dźwięku. Powiem szczerze, że słuchając „Catabase” mam silne skojarzenia z naszą Furią (tą wczesną) i Mgłą, bo sposób w jaki Francuzi budują atmosferę swoich nagrań mocno przypomina naszych klasyków. Że już nie wspomnę, ileż to razy w przeciągu tych czterdziestu dwóch minut zostałem zmuszony do poderwania się z krzesła, bo przy serwowanych akordach po prostu nie byłem w stanie usiedzieć. Pochwalić też należy śpiewającą tu panią. Growl Diffamie jest co prawda rozpoznawalnie żeński, ale emocje, które laska z siebie wylewa, są ponadprzeciętnie prawdziwe i przeszywające. I pod tym względem nie drażnią mnie nawet czyste, pojawiające się w kilku miejscach zaśpiewy. Bo raz, że zostały zastosowane z umiarem, a dwa, bez nich opowieść Galibot byłaby najwyraźniej niekompletna. Przyznać muszę, że od bardzo obiecującej „Euch’mau Noir”, zespół faktycznie poszedł do przodu. Niby stylistycznie wielkich zmian nie ma, ale za to kompozycyjnie „Catabase” postawiłbym o półkę wyżej. Nie przeoczcie tego krążka, bo jest cholernie dobry!

- jesusatan




środa, 15 kwietnia 2026

Recenzja Black Revelation „No Light Upon Us All”

 

Black Revelation

„No Light Upon Us All”

Nine Records 2026

To kapela z Niemiec, która działa od 2016 roku i ma na koncie debiutancką płytę sprzed sześciu lat, i jednego demosa, którego trzy kawałki znalazły się na najnowszym krążku tego kwartetu „No Light Upon Us All”. Black Revelation rzeźbi w doom metalowym materiale, wykuwając z niego pięć długich, mozolnych utworów plus cover Saint Vitus. To dość duszna i narkotyczna odmiana tego gatunku, który w cięższych i mroczniejszych fazach kojarzy mi się trochę z toruńskim Magiem, bo dominują wtedy przysadziste, wlekące się smętnie akordy, roztaczając wraz z wokalistą przytłaczającą, ale i wypełnioną magią atmosferę. Jednak nie tylko gęstym i hipnotycznym riffowaniem Black Revelation stoi, ponieważ od czasu do czasu Niemcy, kierują swoje aranżacje w klasyczne rejony, dopuszczając do głosu stonerowe wpływy i tym samym, nawiązując do twórczości takich tuzów doom metalu jak chociażby Pentagram, czy też wspomniany wyżej Saint Vitus. Wtedy, w roztaczany wcześniej mrok, wkraczają heroinowe opary, które wprowadzają nieco psychodelii, częstując odurzającymi bujankami i neurotycznymi solówkami. Całościowo, to słoniowata i zwarta muzyka, o specyfice pełnej napięcia i bolesnej melancholii. Ci czterej muzycy generują ją za pomocą surowych, ale i chwytliwych riffów, potężnej sekcji rytmicznej i fantastycznych wokali. Niekiedy może wydawać się zbyt monotonna i męcząca, ale to wina bardzo długich kompozycji, które bez problemu mogłyby być krótsze. Siła oddziaływania byłaby chyba wtedy większa, a uwaga odbiorcy bardziej skupiona. Pomijając ten mały zgrzyt, to bardzo przyzwoite i interesujące wydawnictwo doom metalowe, które wejdzie bez popitki niejednemu fanowi takich dźwięków. Polecam.

shub niggurath




wtorek, 14 kwietnia 2026

Recenzja Zadushka „Wielkhi Tydzień”

 

Zadushka

„Wielkhi Tydzień”

Nuclear Forest 2023

A teraz kapka retrospekcji. Materiał ten ukazał się co prawda zdrowo ponad dwa lata temu, jednak, jako iż zespół będzie niedługo gościł w moim mieście z pokazami artystycznymi, postanowiłem sprawdzić, kto zacz. Na tak zadane, przynajmniej dosłownie, pytanie, odpowiedź nie jest trudna, bo pierwsze skrzypce w Zadushce gra Pan J, znany choćby ze Sznura. Natomiast muzycznie… Sam zespół określa swoją twórczość jako „Necrodoom Metal”. Hmm… Skoro tak, to niech im będzie. Czym zatem ów Necrodoom jest? Mocno połamaną i pokombinowaną wariacją, happeningiem, performensem... Nie brak na „Wielkhim Tygodniu” elementów psychodelicznego rocka, rocka progresywnego, metalu w bardzo, ale to bardzo szerokim spektrum, a nawet elementów ludowych w krzywym (albo nawet potłuczonym) zwierciadle. I chyba łatwiej byłoby mi rzucić tutaj nazwami pokroju Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi, Furia czy Kobong, niż rozbierać wszystko na czynniki pierwsze. Choćby z tego powodu, że wachlarz zastosowanych rozwiązań jest w przypadku Zadushki naprawdę nieszablonowy i bogaty. Na tyle, że nawet przytoczone przed chwilą nazwy nie są do końca wyznacznikiem tworzonej przez trio muzyki. Zdaje się ona być komponowaną na totalnego spontana, bez oglądania się na jakiekolwiek ramy, i to nie tylko muzyczne. Pod względem samego konceptu (zaczynając nawet od pisowni nazwy projektu i tytułu utworów), jak i tekstów, mamy tutaj twórczość totalnie bez kija w dupie, o tragikomicznym zabarwieniem. No bo jak tu poważnie odbierać tekst typu „Kostucha Ściga Cię, Członków tęskliwa jest, Niczym Baba Stara, Wyżre Cię z gara”. Na tym krążku bezwzględnie króluje teatralność, a „Wielkhi Tydzień” mógłby być ścieżką dźwiękową do jakiegoś upiornego przedstawienia, bo bez wizualizacji całość zdaje mi się poniekąd niepełną. To nie jest łatwy w odbiorze materiał. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, on na początku najzwyczajniej zniechęca, odpycha, nawet irytuje. Jako jednak, że lubię wyzwania, a ponadto coś wciąż szeptało mi do ucha, by do Zadushki wrócić, dałem tym pięciu piosenkom drugą, trzecią, i piątą szansę. I nadal do końca nie potrafią się określić, bo chwilami ogarnia mnie zachwyt, a za chwilę zastanawiam się, czy to aby nie jest jeden wielki, zrobiony dla jaj kicz, ściema jakaś. Jedno natomiast jest pewne. Ten album jest na pewno czymś nietuzinkowym, czego nie znajdziecie na każdej sklepowej półce. On ma swoje własne, kompletnie odmienne od utartych standardów oblicze i na współczesnej scenie wyróżnia się niczym albinos w stadzie niedźwiedzi brunatnych. I tylko kwestia, czy wy go w swoim otoczeniu zaakceptujecie, czy pogonicie gdzie raki zimują… wróć… gdzie pieprz rośnie! Ja się od ostatecznego werdyktu wstrzymuję, ale jednego jestem pewny. Muszę (!) to zobaczyć na żywo. Bo to zapewne będzie czynnik przeważający w jedną, albo drugą stronę.

- jesusatan




Recenzja Grief Collector „The Death of All Dreams”

 

Grief Collector

„The Death of All Dreams”

Nine Records 2026

Grief Collector to amerykańska grupa, która gra doom metal w klasycznej jego formie, co też zawiera ich najnowszy, trzeci krążek. Na pierwszym albumie śpiewał Robert Lowe i jestem ciekaw jak to wyszło, ale od drugiego albumu mikrofon trzyma niejaki Julian Küster, którego głos odznacza się niebywałym ładunkiem emocjonalnym, lecz brzmi mocno hard rockowo i telewizyjnie. W przypadku twórczości Amerykanów to nie przeszkadza, a nawet bardzo dobrze się wpisuje w muzykę, gdyż ma ona charakter bardziej balladowy i nie ma raczej nic wspólnego z energetycznymi i ciężkimi galopadami w stylu Solitude Aeturnus czy Candlemass. Grief Collector stawia na spokojne i rozmarzone nuty, które leniwie płyną przed siebie, zsyłając senną atmosferę. Na „The Death of All Dreams” usłyszycie mnóstwo nastrojowych melodii, takich też solówek, dźwięków na gitarze akustycznej czy smyczków. Wszystkie te elementy stanowią trzon muzyki tego zespołu, a jeśli panowie zdecydują się już trochę mocniej przygrzać, to stanowi to, niejako dodatek do lirycznych treści tego materiału. Nie można powiedzieć, że się źle tego słucha, bo i chwytliwości tu nie brakuje, a i progresywne rozwiązania oraz przebojowe zrywy, przyciągnąć do siebie uwagę potrafią. Doom metal w tradycyjnym wydaniu, który koncentruje się na budowaniu melancholijnej atmosfery, którą od czasu do czasu tercet ten, rozładowuje agresywniejszym uderzeniem. Robi się wtedy energiczniej i mroczniej jak chociażby w kawałkach „Cosmic Loneliness” czy „Funeral World”. Wszystko dobrze zaaranżowane, wyprodukowane i okraszone koronkowymi zagrywkami robi naprawdę dobrze, o ile oczywiście ktoś gustuje w takich nutach. Mnie się nawet podoba, choć za często po taką muzę nie sięgam, a fanom klasycznego doom metalu z pewnością również nie zalegnie na żołądku.

shub niggurath




poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Recenzja Impure Declaration “Of Veins, Tendons and Bones”

 

Impure Declaration

“Of Veins, Tendons and Bones”

Old Temple 2026

“No, kurwa, nareszcie!”, aż chciałoby się zawołać. Pomału już zacząłem tracić nadzieję, że debiutancki krążek Impure Declaration w ogóle się ukaże. Zespół obecny jest bowiem na scenie już niemal dekadę, i o ile na początku w miarę regularnie przypominał o swoim istnieniu, tak przez ostatnie pięć lat panowała w ich obozie całkowita cisza. Nic dziwnego zatem, że kiedy „Of Veins, Tendons and Bones” w końcu znalazła się w mojej skrzynce odbiorczej, rzuciłem się na nią niczym wilk na zagubioną owieczkę. Że będzie to bardzo dobry materiał byłem spokojny. Bo czy ludzie, którzy w międzyczasie zachwycili mnie wydawnictwami swoich innych projektów, że wymienię tylko Hag, Mental Funeral, Forbannet czy Nihilvm, byliby w stanie zejść poniżej określonego poziomu? Wolne żarty! Nie tylko nie zeszli, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej docisnęli śrubę, bo pełniak Impure Declaration to prawdziwy potwór. Stylistycznie nic się tutaj, w porównaniu choćby do wczesnych EP-ek, nie  zmieniło. Poznaniacy nadal tworzą niezwykle gęstą mieszankę death, doom i black metalu, zabójczo duszną i gruzową. Słychać jednak, że przez tą dekadę, jako muzycy, zdecydowanie dojrzeli i udoskonalili swój warsztat, przez co ich kompozycje są jeszcze bardziej masywne i dopracowane. Bez wchodzenia w niepotrzebne szczegóły, i rozkładania tego albumu na czynniki pierwsze, tym bardziej, że stanowi on twardą i zbitą niczym korund bryłę, powiem tak… Na początku „Terminatora” jest taka scena, kiedy maszyna w przyszłości rozjeżdża leżące na ziemi czaszki. I chyba nie muszę kontynuować. Dokładnie to samo robi ze słuchaczem „Of Veins, Tendons and Bones”. To nieco ponad trzy kwadranse gęstego jak lawa dźwięku, który zalewa ze wszystkich stron, pali i niszczy, unicestwia wszystko, czego dosięgnie. W przeważającej większości Impure Declaration obracają się w tempie niespiesznym, dbając o to, by tonaż kolejnych akordów sięgał czubka skali, powietrze wokół gęstniało do konsystencji smoły, a nasze kości zostały zmiażdżone na miazgę. Jedynie chwilami panowie, i pani, nagle przyspieszają, jakby drapieżca znudził się pastwieniem truchłem dawno pozbawionej życia ofiary, i łapczywie rzucił się na inną. Nie znaczy to, że płyta ta jest monotonna, bowiem same harmonie często się zmieniają, przywołując na myśl sposób budowania aranży na zasadzie Nekus czy Swallowed (tak, żeby nie używać klasycznych, znanych i wyświechtanych nazw). Także sposób riffowania to nie jedynie siermiężne uderzenia w struny, ale i kostkowanie bardziej klasycznie deathmetalowe, czy nawet  przyprawiane blackmetalowy tremolo. No i do tego te opętańcze wokale. Głównie w postaci głębokiego growla, z miejscowymi dodatkami wrzasków w wyższych rejestrach, czy nawet przeraźliwego wycia (przy okazji fantastycznie zinterpretowanego coveru „Bewitched” Candlemass na zakończenie). Podsumuję zatem krótko. Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiej sceny gruzowej powrócił z materiałem, który bardzo wysoko stawia poprzeczkę konkurencji, i to nie tylko na scenie krajowej, bo „Of Veins, Tendons and Bones” to bez dwóch zdań poziom światowy. Czuję się pożarty, przetrawiony i wysrany.

- jesusatan