wtorek, 7 kwietnia 2026

Recenzja Relic „Crown of Flies”

 

Relic

„Crown of Flies”

Self-Release 2026

To nowy Relic z amerykańskiej ziemi, bo trochę już ich tam było, zresztą nie tylko w USA. Ten jest świeżą kapelą, która na początku kwietnia wyda własnym sumptem tą epkę. Są to cztery, krótkie pociski, którym za detonator posłużył gęsty death metal z małym pierwiastkiem „czerni”, lecz nie tylko. Od pierwszych taktów uwagę na siebie zwracają bębny, która niewyobrażalnie łomoczą, wtórując plątaninie riffów, zagranych na ciężkich gitarach, generujących brutalne akordy w stonowanym tempie. Przeradzają się one okresowo w szybsze kanonady w towarzystwie perkusyjnych blastów, ale piskliwymi, układającymi się w schizoidalne melodie zagrywkami, które niekiedy wyłaniają się z głównych tekstur, Amerykanie również potrafią zaskoczyć. Całości towarzyszą głębokie growle i szatańskie wrzaski, co oprócz śladowej na „Crown of Flies” ilości form muzycznych związanych z diabelszczyzną, ma chyba stanowić ukłon w kierunku szatańskich dźwięków. Jednakże jest to muzyka, która swoim usposobieniem jednoznacznie kojarzy się z brutalnym metalem śmierci. W tym przypadku to mozolne i monumentalne rzępolenie, które miażdży żylastym brzmieniem i niszczy, rzadko przełamywaną jednostajnością. To potężny monolit, który został zarejestrowany w laboratoryjny sposób i niestety dzięki temu, wybrzmiewa nieco sztucznie. Poza tym, mocno mi tu zalatuje nowoczesnym detem, z którego niekiedy wyłażą modne, death-core’owe naleciałości. Mało brudu, nikły stopień diaboliczności, za to mnóstwo krwistego mięcha, a jak mi się wydaje, nie taki był zamiar, tak przynajmniej wynika z notki informacyjnej dołączonej do tego materiału. Cóż pierwszy krok bywa trudny, choć to dziwne, ponieważ wykonali go starzy wyjadacze. Może dalej będzie lepiej: czytaj [mroczniej i po diabelsku uwodzicielsko].

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz