Impure Declaration
“Of Veins, Tendons and
Bones”
Old Temple 2026
“No, kurwa, nareszcie!”, aż chciałoby się zawołać. Pomału
już zacząłem tracić nadzieję, że debiutancki krążek Impure Declaration w ogóle
się ukaże. Zespół obecny jest bowiem na scenie już niemal dekadę, i o ile na
początku w miarę regularnie przypominał o swoim istnieniu, tak przez ostatnie
pięć lat panowała w ich obozie całkowita cisza. Nic dziwnego zatem, że kiedy
„Of Veins, Tendons and Bones” w końcu znalazła się w mojej skrzynce odbiorczej,
rzuciłem się na nią niczym wilk na zagubioną owieczkę. Że będzie to bardzo
dobry materiał byłem spokojny. Bo czy ludzie, którzy w międzyczasie zachwycili
mnie wydawnictwami swoich innych projektów, że wymienię tylko Hag, Mental
Funeral, Forbannet czy Nihilvm, byliby w stanie zejść poniżej określonego
poziomu? Wolne żarty! Nie tylko nie zeszli, a wręcz przeciwnie, jeszcze
bardziej docisnęli śrubę, bo pełniak Impure Declaration to prawdziwy potwór.
Stylistycznie nic się tutaj, w porównaniu choćby do wczesnych EP-ek, nie zmieniło. Poznaniacy nadal tworzą niezwykle
gęstą mieszankę death, doom i black metalu, zabójczo duszną i gruzową. Słychać
jednak, że przez tą dekadę, jako muzycy, zdecydowanie dojrzeli i udoskonalili
swój warsztat, przez co ich kompozycje są jeszcze bardziej masywne i
dopracowane. Bez wchodzenia w niepotrzebne szczegóły, i rozkładania tego albumu
na czynniki pierwsze, tym bardziej, że stanowi on twardą i zbitą niczym korund
bryłę, powiem tak… Na początku „Terminatora” jest taka scena, kiedy maszyna w
przyszłości rozjeżdża leżące na ziemi czaszki. I chyba nie muszę kontynuować.
Dokładnie to samo robi ze słuchaczem „Of Veins, Tendons and Bones”. To nieco
ponad trzy kwadranse gęstego jak lawa dźwięku, który zalewa ze wszystkich stron,
pali i niszczy, unicestwia wszystko, czego dosięgnie. W przeważającej
większości Impure Declaration obracają się w tempie niespiesznym, dbając o to,
by tonaż kolejnych akordów sięgał czubka skali, powietrze wokół gęstniało do
konsystencji smoły, a nasze kości zostały zmiażdżone na miazgę. Jedynie
chwilami panowie, i pani, nagle przyspieszają, jakby drapieżca znudził się
pastwieniem truchłem dawno pozbawionej życia ofiary, i łapczywie rzucił się na
inną. Nie znaczy to, że płyta ta jest monotonna, bowiem same harmonie często
się zmieniają, przywołując na myśl sposób budowania aranży na zasadzie Nekus
czy Swallowed (tak, żeby nie używać klasycznych, znanych i wyświechtanych
nazw). Także sposób riffowania to nie jedynie siermiężne uderzenia w struny,
ale i kostkowanie bardziej klasycznie deathmetalowe, czy nawet przyprawiane blackmetalowy tremolo. No i do
tego te opętańcze wokale. Głównie w postaci głębokiego growla, z miejscowymi
dodatkami wrzasków w wyższych rejestrach, czy nawet przeraźliwego wycia (przy
okazji fantastycznie zinterpretowanego coveru „Bewitched” Candlemass na
zakończenie). Podsumuję zatem krótko. Jeden z najważniejszych przedstawicieli
polskiej sceny gruzowej powrócił z materiałem, który bardzo wysoko stawia
poprzeczkę konkurencji, i to nie tylko na scenie krajowej, bo „Of Veins,
Tendons and Bones” to bez dwóch zdań poziom światowy. Czuję się pożarty,
przetrawiony i wysrany.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz