poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Recenzja Impure Declaration “Of Veins, Tendons and Bones”

 

Impure Declaration

“Of Veins, Tendons and Bones”

Old Temple 2026

“No, kurwa, nareszcie!”, aż chciałoby się zawołać. Pomału już zacząłem tracić nadzieję, że debiutancki krążek Impure Declaration w ogóle się ukaże. Zespół obecny jest bowiem na scenie już niemal dekadę, i o ile na początku w miarę regularnie przypominał o swoim istnieniu, tak przez ostatnie pięć lat panowała w ich obozie całkowita cisza. Nic dziwnego zatem, że kiedy „Of Veins, Tendons and Bones” w końcu znalazła się w mojej skrzynce odbiorczej, rzuciłem się na nią niczym wilk na zagubioną owieczkę. Że będzie to bardzo dobry materiał byłem spokojny. Bo czy ludzie, którzy w międzyczasie zachwycili mnie wydawnictwami swoich innych projektów, że wymienię tylko Hag, Mental Funeral, Forbannet czy Nihilvm, byliby w stanie zejść poniżej określonego poziomu? Wolne żarty! Nie tylko nie zeszli, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej docisnęli śrubę, bo pełniak Impure Declaration to prawdziwy potwór. Stylistycznie nic się tutaj, w porównaniu choćby do wczesnych EP-ek, nie  zmieniło. Poznaniacy nadal tworzą niezwykle gęstą mieszankę death, doom i black metalu, zabójczo duszną i gruzową. Słychać jednak, że przez tą dekadę, jako muzycy, zdecydowanie dojrzeli i udoskonalili swój warsztat, przez co ich kompozycje są jeszcze bardziej masywne i dopracowane. Bez wchodzenia w niepotrzebne szczegóły, i rozkładania tego albumu na czynniki pierwsze, tym bardziej, że stanowi on twardą i zbitą niczym korund bryłę, powiem tak… Na początku „Terminatora” jest taka scena, kiedy maszyna w przyszłości rozjeżdża leżące na ziemi czaszki. I chyba nie muszę kontynuować. Dokładnie to samo robi ze słuchaczem „Of Veins, Tendons and Bones”. To nieco ponad trzy kwadranse gęstego jak lawa dźwięku, który zalewa ze wszystkich stron, pali i niszczy, unicestwia wszystko, czego dosięgnie. W przeważającej większości Impure Declaration obracają się w tempie niespiesznym, dbając o to, by tonaż kolejnych akordów sięgał czubka skali, powietrze wokół gęstniało do konsystencji smoły, a nasze kości zostały zmiażdżone na miazgę. Jedynie chwilami panowie, i pani, nagle przyspieszają, jakby drapieżca znudził się pastwieniem truchłem dawno pozbawionej życia ofiary, i łapczywie rzucił się na inną. Nie znaczy to, że płyta ta jest monotonna, bowiem same harmonie często się zmieniają, przywołując na myśl sposób budowania aranży na zasadzie Nekus czy Swallowed (tak, żeby nie używać klasycznych, znanych i wyświechtanych nazw). Także sposób riffowania to nie jedynie siermiężne uderzenia w struny, ale i kostkowanie bardziej klasycznie deathmetalowe, czy nawet  przyprawiane blackmetalowy tremolo. No i do tego te opętańcze wokale. Głównie w postaci głębokiego growla, z miejscowymi dodatkami wrzasków w wyższych rejestrach, czy nawet przeraźliwego wycia (przy okazji fantastycznie zinterpretowanego coveru „Bewitched” Candlemass na zakończenie). Podsumuję zatem krótko. Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiej sceny gruzowej powrócił z materiałem, który bardzo wysoko stawia poprzeczkę konkurencji, i to nie tylko na scenie krajowej, bo „Of Veins, Tendons and Bones” to bez dwóch zdań poziom światowy. Czuję się pożarty, przetrawiony i wysrany.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz