Vomitory
„In Death Throes”
Metal Blade Rec. 2026
Pamiętam jak dziś… W drugiej połowie lat
dziewięćdziesiątych szwędałem się ze znajomym po giełdzie w Lubinie, bo chłop
szukał jakiejś części do samochodu czy coś. Było tam malutkie, niepozorne
stoisko, na którym można było zanabyć płyty kompaktowe. Głównie disco polo i
inne gówna. Nie wiem nawet, z jakiego powodu zacząłem koszyk przeglądać, i
nagle wpadła mi w oko okładka z metalowym logo, i leżącymi na glebie upapranymi
krwią zwłokami. Oczywiście kupiłem w ciemno, gdyż nazwa Vomitory nic mi wtedy
nie mówiła. Wróciłem do domu, odpaliłem, i… dosłownie wyrwało mnie z kapci.
Głównie z powodu, że szwedzki death metal można było grać, mimo wszystko, nieco
inaczej niż cała masa naśladowców Dismember i Entombed. Od tamtej chwili
upłynęło trzydzieści lat. A bracia Gustafsson nadal nieugięcie stoją na
posterunku, w twierdzy zwanej Swedish Death Metal, wypluwając właśnie swój
jubileuszowy, dziesiąty album. Nie będę kłamał. Niektóre z ich płyt gdzieś mi
po drodze umknęły, jednak po kilku rundach z „In Death Throes” stwierdzam
jedno. U chłopaków nic się nie zmieniło. Ich muzyka nadal ma to samo
pierdolnięcie, za które ich pokochałem. Nowe kawałki to ostra jazda z koksem,
najczęściej na wysokich obrotach, z zachowaniem tego idealnego balansu między
brutalnością a melodią, naturalną swobodą wyrażania myśli, tak muzycznie, jak i
poprzez głębszy niż średnia statystyczna, a jednocześnie dość czytelny, wokal.
Nie ma co prawda na tym albumie niczego, co przez Szwedów nie zostało zagrane
wcześniej, jednak szacunek za te nagrania mają u mnie ogromny. Dlaczego? Bo nie
są zespołem pokroju Cannibal Corpse, zjadającym własny ogon, czy Deicide,
starający się kopiować samych siebie, z marnym zresztą skutkiem. Vomitory nadal
jest Vomitory, tak samo naturalnym, jak za czasów pierwszych płyt. Takiego
death metalu po prostu chce się słuchać. Te ciężkie harmonie, te wpuszczające
do utworów nieco powietrza solówki, ten, że tak to nazwę, instynkt, dzięki
któremu muzyka zespołu potrafi powalić słonia, a chwilami nieźle rozbujać, to w
zasadzie znak firmowy chłopaków z Karlstad. Dziesięć płyt. Nie każdy zespół
potrafi nagrać aż tyle, nie tracąc po drodze ani odrobiny wigoru i pasji dla
własnej twórczości. Vomitory potrafią, czego dowodem te trzydzieści siedem
minut, nomen omen, wymiocin. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Odpowiedź na każde
z nich jest jedna. Szwedzki, kurwa death metal!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz