poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Recenzja Vomitory „In Death Throes”

 

Vomitory

„In Death Throes”

Metal Blade Rec. 2026

Pamiętam jak dziś… W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych szwędałem się ze znajomym po giełdzie w Lubinie, bo chłop szukał jakiejś części do samochodu czy coś. Było tam malutkie, niepozorne stoisko, na którym można było zanabyć płyty kompaktowe. Głównie disco polo i inne gówna. Nie wiem nawet, z jakiego powodu zacząłem koszyk przeglądać, i nagle wpadła mi w oko okładka z metalowym logo, i leżącymi na glebie upapranymi krwią zwłokami. Oczywiście kupiłem w ciemno, gdyż nazwa Vomitory nic mi wtedy nie mówiła. Wróciłem do domu, odpaliłem, i… dosłownie wyrwało mnie z kapci. Głównie z powodu, że szwedzki death metal można było grać, mimo wszystko, nieco inaczej niż cała masa naśladowców Dismember i Entombed. Od tamtej chwili upłynęło trzydzieści lat. A bracia Gustafsson nadal nieugięcie stoją na posterunku, w twierdzy zwanej Swedish Death Metal, wypluwając właśnie swój jubileuszowy, dziesiąty album. Nie będę kłamał. Niektóre z ich płyt gdzieś mi po drodze umknęły, jednak po kilku rundach z „In Death Throes” stwierdzam jedno. U chłopaków nic się nie zmieniło. Ich muzyka nadal ma to samo pierdolnięcie, za które ich pokochałem. Nowe kawałki to ostra jazda z koksem, najczęściej na wysokich obrotach, z zachowaniem tego idealnego balansu między brutalnością a melodią, naturalną swobodą wyrażania myśli, tak muzycznie, jak i poprzez głębszy niż średnia statystyczna, a jednocześnie dość czytelny, wokal. Nie ma co prawda na tym albumie niczego, co przez Szwedów nie zostało zagrane wcześniej, jednak szacunek za te nagrania mają u mnie ogromny. Dlaczego? Bo nie są zespołem pokroju Cannibal Corpse, zjadającym własny ogon, czy Deicide, starający się kopiować samych siebie, z marnym zresztą skutkiem. Vomitory nadal jest Vomitory, tak samo naturalnym, jak za czasów pierwszych płyt. Takiego death metalu po prostu chce się słuchać. Te ciężkie harmonie, te wpuszczające do utworów nieco powietrza solówki, ten, że tak to nazwę, instynkt, dzięki któremu muzyka zespołu potrafi powalić słonia, a chwilami nieźle rozbujać, to w zasadzie znak firmowy chłopaków z Karlstad. Dziesięć płyt. Nie każdy zespół potrafi nagrać aż tyle, nie tracąc po drodze ani odrobiny wigoru i pasji dla własnej twórczości. Vomitory potrafią, czego dowodem te trzydzieści siedem minut, nomen omen, wymiocin. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Odpowiedź na każde z nich jest jedna. Szwedzki, kurwa death metal!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz