Bewitched
„Diabolical Death Mass”
Osmose Prod. 2026
Patrzcie, patrzcie, kto to się obudził! Szwedzki Bewitched
po dwóch dekadach niebytu wydaje właśnie nowy, szósty w dyskografii album,
wracając jednocześnie pod skrzydła Osmose Productions. Jako iż praktycznie od „Pentagram Prayer”
straciłem zespół z radaru (to co jednych uchem słyszałem, od razu wylatywało
drugim), a powroty zazwyczaj mnie ciekawią, postanowiłem sprawdzić, czy zespół
faktycznie ma coś do powiedzenia, czy po prostu reaktywował nazwę dla odrobiny
poklasku i brzęku srebrników. „Diabolical Death Mass” trwa nieco ponad pół
godziny, a stylistycznie raczej nie odbiega zbytnie od nagrań najstarszych.
Mamy tutaj zatem mieszankę thrash metalu (na tej płycie w zdecydowanej
przewadze) i bleka. Przyznać muszę, ze proporcje utrzymane na tych jedenastu
numerach (no dobra dziesięciu, bo intro się nie liczy) są, przynajmniej dla
mnie, idealne. Bo prym wiodą niemiecko - brytyjskie melodie, podkręcone tempo,
jadowite wokale, i, przede wszystkim, niesamowita chwytliwość. Nic, że riffy
wychodzące spod palców gitarzystów to klasyki, odgrzewane kotlety, „znów to
samo” (zwijcie to sobie jak chcecie), bo aż się chce przy takich starych i
lubianych chwytach potańczyć. Niektóre fragmenty są tak fantastyczne, że
człowieka aż rozrywa od środka, a łezka nostalgii kręci się w oku. Nie, żebym
jakoś szczególnie szukał, ale pierwszy z brzegu „(Fear the) Revenge of the
Ripper” to absolutny killer. Natomiast zwolnienie w „The Witch Spell” wręcz
zmusza do przyklęknięcia i wygrażania własnemu glanowi pięścią. W zasadzie ta
płyta to sam oldskul, zagrany, o dziwo, bez żadnej napinki, bo czuć tutaj
szczerość i dobrą zabawę. Szwedzi traktuj, klasykę w podobny sposób jak czynią
to Aura Noir, Desaster czy Nocturnal Breed. Odkręcamy gałki na maksa, zakładamy
koszulki Venom, i jedziemy z koksem, ubierając efekt twórczy w starodawne
brzmienie, i strącając kalendarz ze ściany. No i musowo śpiewany o Szatanie, bo
przecież stary metal to nie gospel. Jestem autentycznie zaskoczony, jak ten
krążek chłopakom z Bewitched pięknie wyszedł. Z jednym tylko malutkim „ale”. Solówka
w utworze tytułowym jest bezapelacyjnie do wyjebania! Może to i szukanie dziury
w całym ale zwłaszcza podczas pierwszego odsłuchu, drastycznie rzuciła mi się w
uszy. Przesłodzona w chuj. Poza tym – miodzio. W tym przypadku warto jednak
było sięgnąć po „batonik Mars”, gdyż smakuje niemal dokładnie tak samo, jak
pierwszy tego rodzaju łakoć przywieziony przez babcię z eReFeN w latach
osiemdziesiątych. Warto sprawdzić.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz