piątek, 24 kwietnia 2026

Recenzja Bewitched „Diabolical Death Mass”

 

Bewitched

„Diabolical Death Mass”

Osmose Prod. 2026

 


Patrzcie, patrzcie, kto to się obudził! Szwedzki Bewitched po dwóch dekadach niebytu wydaje właśnie nowy, szósty w dyskografii album, wracając jednocześnie pod skrzydła Osmose Productions.  Jako iż praktycznie od „Pentagram Prayer” straciłem zespół z radaru (to co jednych uchem słyszałem, od razu wylatywało drugim), a powroty zazwyczaj mnie ciekawią, postanowiłem sprawdzić, czy zespół faktycznie ma coś do powiedzenia, czy po prostu reaktywował nazwę dla odrobiny poklasku i brzęku srebrników. „Diabolical Death Mass” trwa nieco ponad pół godziny, a stylistycznie raczej nie odbiega zbytnie od nagrań najstarszych. Mamy tutaj zatem mieszankę thrash metalu (na tej płycie w zdecydowanej przewadze) i bleka. Przyznać muszę, ze proporcje utrzymane na tych jedenastu numerach (no dobra dziesięciu, bo intro się nie liczy) są, przynajmniej dla mnie, idealne. Bo prym wiodą niemiecko - brytyjskie melodie, podkręcone tempo, jadowite wokale, i, przede wszystkim, niesamowita chwytliwość. Nic, że riffy wychodzące spod palców gitarzystów to klasyki, odgrzewane kotlety, „znów to samo” (zwijcie to sobie jak chcecie), bo aż się chce przy takich starych i lubianych chwytach potańczyć. Niektóre fragmenty są tak fantastyczne, że człowieka aż rozrywa od środka, a łezka nostalgii kręci się w oku. Nie, żebym jakoś szczególnie szukał, ale pierwszy z brzegu „(Fear the) Revenge of the Ripper” to absolutny killer. Natomiast zwolnienie w „The Witch Spell” wręcz zmusza do przyklęknięcia i wygrażania własnemu glanowi pięścią. W zasadzie ta płyta to sam oldskul, zagrany, o dziwo, bez żadnej napinki, bo czuć tutaj szczerość i dobrą zabawę. Szwedzi traktuj, klasykę w podobny sposób jak czynią to Aura Noir, Desaster czy Nocturnal Breed. Odkręcamy gałki na maksa, zakładamy koszulki Venom, i jedziemy z koksem, ubierając efekt twórczy w starodawne brzmienie, i strącając kalendarz ze ściany. No i musowo śpiewany o Szatanie, bo przecież stary metal to nie gospel. Jestem autentycznie zaskoczony, jak ten krążek chłopakom z Bewitched pięknie wyszedł. Z jednym tylko malutkim „ale”. Solówka w utworze tytułowym jest bezapelacyjnie do wyjebania! Może to i szukanie dziury w całym ale zwłaszcza podczas pierwszego odsłuchu, drastycznie rzuciła mi się w uszy. Przesłodzona w chuj. Poza tym – miodzio. W tym przypadku warto jednak było sięgnąć po „batonik Mars”, gdyż smakuje niemal dokładnie tak samo, jak pierwszy tego rodzaju łakoć przywieziony przez babcię z eReFeN w latach osiemdziesiątych. Warto sprawdzić.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz