Capa Preta
“Em Nome de Vossa Santidade
Maioral de Todos os Infernos”
Black Flame Rebellion 2026
Coś mam chyba zły tydzień. Przed chwilą
polemizowałem z innym wydawcą na temat zawartości jednej z wypuszczanych przez
niego pozycji, a dziś licytowałem się na argumenty z Krzysztofem z Black Flame
Rebellion. Nie wiem, może ja słyszę „inaczej”, ale pewnych sloganów reklamowych
po prostu nie ogarniam. Debiut Capa Preta, zespołu, w którego skład wchodzą
starzy wyjadacze, ale nie będę tu żadnych nazw przytaczał, bo w odniesieniu do
tejże płyty i tak nie są relatywne, reklamowany był jako „Sarcofago
worshippers”. Panie! Po czymś takim spodziewałem się prostego jak równik black / thrash / death metalu, z surowym
brzmieniem i totalnym południowoamerykańskim wkurwem. Co dostałem? Kupę…
zajebistego, skandynawskiego black metalu! Zresztą już pierwsze sekundy, i to
buzujące w tle portugalskich deklamacji tremolo, wspomaganych meczeniem kóz,
wyjaśniło sprawę. Bo nie ma na tej płycie o przydługawym tytule niczego, co by
mi się kojarzyło z Bello Horizonte, czy nawet okolicami. Jest za to w chuj
Szwecji, takiej Nifelheimowej, z wcześniejszego okresu, momentami nawet
podchodzącej lekko pod Dissection, oraz sporo kombinowania. Nie pod tytułem
„łamiemy riffy i zmieniamy się jak kalejdoskop”, ale raczej przemieszczania się
między melodiami trochę na haju. Czerpania głównie ze spuścizny black, a nawet
i death metalu, z lekkim odjazdem od sztywnych ram obu gatunków. Trochę może w
tym momencie być pomocna nazwa Alchemyst, ale także Lantern czy nawet Negative
Plane. Ten ostatni głównie we fragmentach wyraźnie czerpanych z pierwszej fali,
tudzież z protoplastów blacmetalu. Oczywiście inspiracje te nie są podstawione
słuchaczowi bezpośrednio pod nos, tylko zostały bardzo sprytnie wplecione w
całokształt siedmiu kompozycji. Jednak uważne ucho skauta wychwyci to, co
autorom w sercu grało. Prawdą niezaprzeczalną jest, że materiałowi temu
towarzyszy owa pierwotna wściekłość, jadowitość i zadziorność, którą, gdyby
tylko muzycy byli nieco młodsi, można by przypisać młodzieńczemu buntowi. Bo
momentów odpoczynku w trakcie tych trzydziestu pięciu minut raczej nie
uświadczycie. Mnóstwo tu za to chwytliwych melodii, budowanych głównie przez
klasyczne tremolo, a podsycanych ostrym jak brzytwa blacmetalowym krzykiem (we
wspomnianym wcześniej języku, co na pewno dodaje całości odrobiny odmienności).
Zatem… z początkowego, ale jedynie chwilowego rozczarowania, że zamówione danie
nie jest tym, co przedstawiał obrazek w menu restauracji Czarny Płomień, „Em
Nome de Vossa Santidade Maioral de Todos os Infernos” okazał się albumem wyjątkowo
dobrym. Z każdym kęsem smakującym coraz bardziej, aż by się poprosiło o
dokładkę. Zwłaszcza skoro ostatni gryz to tak wariackie wokale, że się człowiek
zakrztusić może z zachłanności. Mój brzuszek na takie potrawy mówi zdecydowane
tak!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz