Sabotør
„Første Aksjon”
Dark Essence Rec. 2026
Panie i panowie, browar w dłoń! Oto z Norwegii
nadchodzi debiutancki album Sabotør, do którego bez złocistego napoju
przysiadać nie wypada. Dwie trzecie składu odpowiedzialnego za ten materiał
udzielało się wcześniej w deathmetalowym Haalbuaer (wszyscy znamy, prawda?
Hehe!), ale zapuściło wąsa (albo dopiero im wyrósł z pełną siłą, bo to na oko
bardzo młode chłopaki), założyło katany, i się zaczęło. Venomy, nie Venomy,
pierwsza fala black metalu, alkohol, panienki… Tak sobie można to wyobrazić,
bowiem tych młodzieńców całkowicie okres lat osiemdziesiątych pochłonął. Ta
płyta jest cudowna w swojej prostocie, a jednocześnie stanowi swoiste
kompendium owego wspomnianego okresu. Poza riffowaniem z pogranicza heavy i
thrash metalu (takiego z rodzaju później nazywanym „black”), nie brak na tym
albumie punkowego sznytu (w sumie to jest go w chuj i jeszcze troszkę), czy
nawet zaglądania na heavymetalowe podwórko. O chwytaniu za butelkę wspomniałem
nie tylko dlatego, że przy bursztynowym zajebiście się tego słucha, ale też
niektóre numery brzmią jak przyśpiewki wracających z ostrej biby, narąbanych
metalowców. Kojarzycie „Antichristian Hooligans”? Coś w ten deseń. Tylko że,
kurwa, po norwesku. Mnóstwo tu chwytliwych riffów, prostych co prawda jak
konstrukcja cepa, a przy okazji na wskroś archaicznych, przy których
przypominają mi się lata, kiedy to poza Darkthrone, równie dobrze można było na
domówce włączyć Sedes, i wszyscy się doskonale bawili, bez zwracania uwagi na
to, czy dany zespół gra metal, czy punk. Fantastyczne jest brzmienie tego
krążka. Niby czytelne, ale jednocześnie tak przesiąknięte garażem, że momentalnie
włącza się „wehikuł czasu”. No i najważniejsze. Kolesie z Sabotør czują to co
grają, świetnie się przy tym bawią, a ich radość tworzenia piosenek na starą
modłę proporcjonalnie przenosi się na słuchacza. Może i się powtarzam, ale ten
materiał jest tak nośny, że chciałoby się zrobić coś głupiego, na przykład
ściągnąć gacie, i przebiec na golasa najbardziej ruchliwą ulicą miasta, sikając
przypadkowemu kierowcy na maskę i śpiewając refreny z „Første Aksjon” (no
dobra, to by było trudne, ale nie takie rzeczy się po pijaku robiło). Co tu
snuć historie… Łapcie browar, odpalajcie tego płytonga, i bawcie się, jakby
jutro nigdy nie maiło nadejść. Ależ przaśne granie!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz