Master's Ashes
“How the Mighty Have Fallen”
Time To Kill 2026
Master’s Ashes to kolejny zespół z gatunku “all
stars”. W jego skład wchodzą bowiem muzycy znani z takich aktów jak Voivod,
Crisis, Crowbar, Six Feet Under czy The Convalescence. Jako iż z wymienionych,
żaden nie jest u mnie jakoś specjalnie
na piedestale (a „kultowy” Voivod znam bardzo pobieżnie, czym się zapewne w tym
momencie narażę wielu fanatykom), podszedłem do tej płyty bardzo na luzie.
Oczekując raczej muzyki na co najwyżej średnim poziomie, będącej
potwierdzeniem, że im głośniej się zespół promuje nazwiskami, tym większą gra
popelinę. Okazało się jednak, że weterani sceny mają w tym przypadku bardzo
dużo do zaoferowania. Może nie w tytule oryginalności, bo muzykę podobną do tej
w ich wykonie słyszałem w życiu z tysiąc razy, ale faktem niezaprzeczalnym
jest, iż „How the Mighty Have Fallen” wciąga niczym bagno. Po pierwszym
okrążeniu byłem „jest OK.”. Lecz każdy kolejny odsłuch zasysał mnie coraz
bardziej, aż w końcu nie mogłem się od tych piosenek oderwać. Może właśnie
dlatego, iż Master’s Ashes nie tworzą odłamu, który jest u mnie na szczycie
piramidy. To, co znajdziemy na tym albumie, to czterdzieści minut sludge / doom
/ post metalu, zagranego w bardzo ciekawy, acz, jak wspomniałem, nie odkrywczy
sposób. Najłatwiej chyba byłoby mi porównać to do Neurosis, i chyba sam zespół
by się w tym momencie nie obraził, bo przecież Amerykanie są ikoną gatunku. Acz
nie da się ukryć, że są tutaj momenty, w których wystarczyłoby tylko podmienić
wokal, i nieco zbrutalizować brzmienie, w tym przypadku utrzymane wzorowo w
sludge / doomowej estetyce, a byśmy pomyśleli, że to jakiś nowy kawałem
Obituary. Czym kupił mnie „How the Mighty Have Fallen”? Masywnymi, wkręcającymi
się stopniowo melodiami, ciężarem porównywalnym do, tak zupełnie przypadkowo,
Crowbar, oraz nieszablonowością. Sporo tutaj ciekawych smaczków. A to gdzieś w
tle pojawią się ślady klawiszy, czasami w kosmiczno futurystycznym wydaniu, a
to wyskoczą jakieś sample, albo deklamacje. To niby drobne dodatki, jednak
wiadomo, że bigos robi się z tych samych składników, lecz kwestia użytych
przypraw i dodatków potrafi zmienić danie diametralnie. Tutaj dorzucono sporo
kminku, czyli tego, co lubię najbardziej. Wokalnie mamy standardowy,
zachrypnięty krzyk, czasem jakieś schowane w tle chórki, stosowane może bez
przesadnej finezji, za to z ogromnym wyczuciem, bo często właśnie, ponownie,
drobne niuanse nadają całości dodatkowego posmaku. Wyśmienicie się tego słucha,
bo uzależnia to cholerstwo niczym heroina. Nie wiem jak będzie w przypadku
fanów wymienionych na wstępie zespołów, ale ja jestem tym krążkiem mocno
zafascynowany, i zapewne jeszcze przez dłuższy czas nie opuści on mojego odtwarzacza.
Wielkie brawa dla starszych panów, i młodszej pani, bo takowa przecież też w
składzie widnieje. Bardzo dobry album.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz