Sznur
„Cwel”
Godz ov War 2026
Bardzo obawiałem się piątej płyty wałbrzyskiego
Sznura. Głównie dlatego, że chłopaki, zwłaszcza na poprzedniej płycie, zaczęli
poniekąd popadać w pewnego rodzaju schemat, tudzież powtarzalność. Obawami tymi
podzieliłem się zresztą z wydawcą, który powiedział mi jedno. „Posłuchaj, a
zobaczysz”. Też mi odkrycie. Jednak w tym przypadku, już po jednorazowej
konsumpcji „Cwela”, wiedziałem, co człowiek miał na myśli. Nie, nie to, że
muzyka Sznura uległa jakimś drastycznym przepoczwarzeniom. To nadal, w głównej
mierze, ten sam, miejski black metal, ze swoim charakterystycznym obliczem.
Wykreowanym, nie odtworzonym, czyniącym Sznura zespołem oryginalnym i
rozpoznawalnym. Co zatem na „Cwelu” jest nowego, a co pozostało niezmienne?
Zacznijmy od drugiej części pytania. Nadal jest to muzyka oparta na
skandynawskim black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Wciąż jest zdecydowanie niestandardowa,
wystawiająca środkowy palec współczesnej scenie, zwłaszcza tej „prawdziwej”. Maniera
wokalna także pozostała niezmienna, bo słowa wypluwane są tu w identyczny
sposób jak w piosenkach dotychczas poznanych. Także same teksty, nawiązujące
do doświadczeń ZerO z wszechogarniającą patologią. Co się zmieniło? Przede
wszystkim „Cwel” jest krążkiem jeszcze bardziej skocznym i tanecznym.
Oczywiście mówimy tu o standardach nie wymykających się drugiej fali,
podkreślam, black metalu. Gdybym miał być bezczelnie prostolinijny, to
powiedziałbym, że nowe nagrania zespołu są taką wariacją na temat późniejszego
Satyricon, bo odwołań do twórczości Satyra słyszę tutaj na potęgę. Oczywiście
nie są to patenty powielane metodą dźwiękonaśladownictwa, ale jednak słyszalne.
Poza tym, Sznur jakby więcej wlał w swoje utwory, co się poniekąd łączy z
poprzednim porównaniem, nawiązań do tradycyjnego thrash metalu. Niektóre riffy,
gdyby tylko obedrzeć je z północnego brzmienia, mogłyby być synami filarów
rzeczonego gatunku z lat osiemdziesiątych. No i jeszcze jedna rzecz.
Mianowicie, zdaje mi się, że Sznur albo celowo, albo naturalnie, mają coraz
bardziej wyjebane na ogólnoprzyjęte standardy. I chyba każdy, kto posłucha
„Cwela” będzie wiedział o co mi chodzi. No chuj, muszę zjeby dotyczące zespołu
(które już sobie w głowie pomalutku układałem) odłożyć na następny album, bo
tego materiału skrytykować nie potrafię. Sznury dały radę, i to mocno, bo
„Cwel” jest na pewno lepszym krążkiem niż „Ludzina”. I chyba to styknie za
podsumowanie.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz