wtorek, 7 kwietnia 2026

Recenzja Sznur „Cwel”

 

Sznur

„Cwel”

Godz ov War 2026

Bardzo obawiałem się piątej płyty wałbrzyskiego Sznura. Głównie dlatego, że chłopaki, zwłaszcza na poprzedniej płycie, zaczęli poniekąd popadać w pewnego rodzaju schemat, tudzież powtarzalność. Obawami tymi podzieliłem się zresztą z wydawcą, który powiedział mi jedno. „Posłuchaj, a zobaczysz”. Też mi odkrycie. Jednak w tym przypadku, już po jednorazowej konsumpcji „Cwela”, wiedziałem, co człowiek miał na myśli. Nie, nie to, że muzyka Sznura uległa jakimś drastycznym przepoczwarzeniom. To nadal, w głównej mierze, ten sam, miejski black metal, ze swoim charakterystycznym obliczem. Wykreowanym, nie odtworzonym, czyniącym Sznura zespołem oryginalnym i rozpoznawalnym. Co zatem na „Cwelu” jest nowego, a co pozostało niezmienne? Zacznijmy od drugiej części pytania. Nadal jest to muzyka oparta na skandynawskim black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Wciąż jest zdecydowanie niestandardowa, wystawiająca środkowy palec współczesnej scenie, zwłaszcza tej „prawdziwej”. Maniera wokalna także pozostała niezmienna, bo słowa wypluwane są tu w identyczny sposób jak w piosenkach dotychczas poznanych. Także same teksty, nawiązujące do doświadczeń ZerO z wszechogarniającą patologią. Co się zmieniło? Przede wszystkim „Cwel” jest krążkiem jeszcze bardziej skocznym i tanecznym. Oczywiście mówimy tu o standardach nie wymykających się drugiej fali, podkreślam, black metalu. Gdybym miał być bezczelnie prostolinijny, to powiedziałbym, że nowe nagrania zespołu są taką wariacją na temat późniejszego Satyricon, bo odwołań do twórczości Satyra słyszę tutaj na potęgę. Oczywiście nie są to patenty powielane metodą dźwiękonaśladownictwa, ale jednak słyszalne. Poza tym, Sznur jakby więcej wlał w swoje utwory, co się poniekąd łączy z poprzednim porównaniem, nawiązań do tradycyjnego thrash metalu. Niektóre riffy, gdyby tylko obedrzeć je z północnego brzmienia, mogłyby być synami filarów rzeczonego gatunku z lat osiemdziesiątych. No i jeszcze jedna rzecz. Mianowicie, zdaje mi się, że Sznur albo celowo, albo naturalnie, mają coraz bardziej wyjebane na ogólnoprzyjęte standardy. I chyba każdy, kto posłucha „Cwela” będzie wiedział o co mi chodzi. No chuj, muszę zjeby dotyczące zespołu (które już sobie w głowie pomalutku układałem) odłożyć na następny album, bo tego materiału skrytykować nie potrafię. Sznury dały radę, i to mocno, bo „Cwel” jest na pewno lepszym krążkiem niż „Ludzina”. I chyba to styknie za podsumowanie.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz