Hajduk
„Хвърковата
чета”
Amor Fati 2026
Teraz
będzie trochę lokalnej egzotyki. Lokalnej, bo ten jednoosobowy projekt pochodzi
z Europy, a egzotyki, bo z kraju, gdzie kiedyś nasi „lepsi” rodacy udawali się
na słoneczne wakacje do Złotych Piasków, czyli Bułgarii. Hajduk istnieje od
2019 roku i po kilku epkach i jakimś tam splicie, zdecydował się w końcu na
wydanie debiutanckiej płyty. To sześć kawałków black metalu, który wypływa z
drugiej fali tego gatunku, zatem tremolo, trochę thrashujących riffów, w tym
przypadku dobrze słyszalny bas i delikatnie wycofana perkusja o niemiłosiernie
szeleszczących talerzach. Aha, byłbym zapomniał o wokalach w formie zajadłych
wrzasków, które kaleczą uszy. Całość lekko ociera się o odmianę „raw”, ponieważ
czasami trzeszczy tu, rzęzi i szumi, ale czytelnie i zrozumiale. Nadaje to
muzie ostrości i zdecydowanego charakteru, pomimo dość dużej melodyjności,
która w pełni korzysta z bałkańskich dobrodziejstw kulturalnych, kierując ten
album w strony folkowe. Nic dziwnego, bo Hajduk tym materiałem opowiada o życiu
i walce bułgarskiego rewolucjonisty Georgija Benkowskiego, przenosząc (podobno,
głowy nie dam) poezję i pieśni ludowe na black metal. Wyszło to nawet nieźle,
owocując chwytliwą, ale i zadziorną diabelszczyzną, która płynie w zmiennych
tempach, chłoszcząc i rozmarzając na przemian. Strukturalnie, przypomina mi to
trochę naszą Mgłę, gdyż tutaj również można zetknąć się z wyraźnymi i
przygnębiającymi harmoniami, które zsyłają spore pokłady upiornej melancholii,
lecz i agresją odznaczyć się umieją, jak i sypnąć szronem, bądź piaskiem
(czarnym nie złotym) potrafią. Robią to podobnie do Krakowian, gdyż z
sentymentem i butą, hipnotyzując z wprawą. Melodyjny i zarazem szorstki krążek,
który odkrył przede mną jak dotąd nie znaną mi bułgarsko-black metalową duszę.
Warto czy nie warto, oceńcie sami. Według mnie jest przyzwoicie.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz