Desecresy
„The Secret Of Death”
Xtreem Music (2026)
Tommi
Grönqvist ciągnący samodzielnie, od blisko dekady wózek pod nazwą Desecresy
(wcześniej będący duetem) powraca z kolejnym już, dziewiątym albumem opatrzonym
tą logówką. Muzyka Desecresy nigdy nie cechowała się ani finezyjnością ani
innowacyjnością, ale niejednokrotnie udowadniała swoją skuteczność. Zdarzały
się płyty lepsze (np. „The Doom Skeptron”, „Unveil In The Abyss”) jak i gorsze
(np. „The Mortal Horizon”), ale w przypadku tych drugich mój zarzut był
przeważnie ten sam – za nudne, za toporne. W przypadku „The Secret Of Death”
prawda leży gdzieś pośrodku, bo choć trudno mi o niej mówić jako o topornej czy
nudnej, to ewidentnie brak tutaj błysku, który towarzyszył Finowi nie tak dawno
na wspomnianym „Unveil In The Abyss”. Nie da się ukryć, że formuła muzyczna,
która przyświecała Desecresy już dawno się wyczerpała i o wszystkim raczej
decyduje dyspozycja dnia, produkcja i dyspozycja odbiorcy. Tommi tłucze to
swoje ciężkie, grubo ciosane riffy do przodu na oślep przetaczając się jak
walec bez zastanawiania się nad pomysłowością i kierunkiem, w którym zmierza,
cel jest jeden – zmiażdżyć posuwistym ruchem. I „The Secret Of Death” to robi
serwując wypadkową Bolt Thrower i Cianide w wersji „Made in Finland”. To co
podoba mi się mniej to wokale – głęboki growl został pogrzebany gdzieś w mixie,
a pogłos na niego nałożony niestety nie pomaga. W efekcie najnowsza propozycja
Desecresy trochę wydaje się dudnić, jest zbyt zbasowana i finalny odbiór nie
był najbardziej przyjemny. Nie ukrywam, że trochę mnie ta płyta zmęczyła i
znudziła. Może, gdyby produkcja była trochę inna patrzyłbym na to wydawnictwo
bardziej przychylnym uchem. Wiadomo, zagorzali fani Desecresy pewnie narzekać
nie będą, bo muzycznie to typowe „Desecresy”, ale osobiście wskazałbym innych
faworytów w ich dorobku i do nich się ograniczył.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz