środa, 22 kwietnia 2026

Recenzja Mezzrow „Embrace the Awakening”

 

Mezzrow

„Embrace the Awakening”

ROAR! / Rock of Angels Rec. 2025

Nazwa Mezzrow gdzieś mi w głowie świta. Prawdopodobnie spotkałem się z nią w okolicach wydania przez zespół pierwszej płyty. Nie był to jednak chyba żaden diament, skoro ewidentnie poszła w niepamięć. Zresztą jak sam zespół, który to po wydaniu rzeczonego „Then Came the Killing” zniknął z powierzchni ziemi na długie dekady, by powstać z grobu dopiero pięć lat do tyłu od teraz. „Embrace the Awakening” jest ich drugą płytą poreaktywacyjną nagraną w bardzo przewietrzonym, względem oryginału, składzie. Owo odświeżenie chyba wyszło zespołowi na dobre, bo przyznać trzeba, że materiał ten stoi na naprawdę wysokim poziomie, a na pewno jest lepszy niż debiut. Mamy tu niespełna trzydzieści osiem minut rasowego, klasycznego thrashu. Bogatego w środki, bowiem poza momentami zagranymi na pełnym speedzie, panowie serwują chwilami fragmenty bardziej melodyjne, przeplatane riffami do rytmicznego moshu („The Moment to Arise”), a także nie stronią od wycieczek w kierunku heavymetalowym. Wszystko to bardzo zgrabnie, i co najważniejsze, logicznie, poskładane. Oczywiście awangardy na tym krążku zero, za to odnośników do bardziej znanych nazw co nie miara, żeby wymienić choćby Testament, Exodus czy Annihilation albo Napalm. Podobnie jak sama muzyka, równie oldskulowe są na tym krążku wokale. Poza czystym śpiewem, sporo chórków, zwłaszcza w refrenach, co sprawia, że nic tylko łapać zimnego browara w dłoń, i dołączać. Tym bardziej, że chwilami można odnieść wrażenie, że Mezzrow to taki nieco bardziej jadowity Running Wild. No i solówki. W nich słychać, że panowie w instrumenty potrafią, a metal znają nie od przedwczoraj. Pod względem brzmienia za bardzo nie ma się czego czepiać. Jest klarowne, mocne, takie … Testamentowe. Mimo iż wolę jednak tą najbardziej wkurwioną wersję thrash metalu (acz takowych momentów i tu nie brakuje, tylko szkoda, że tak mało), trzeci album Szwedów to naprawdę niezłe granie. A na pewno fani gatunku powinni być nim ukontentowani. Jeśli zatem kochacie klasyczny thrash, a jakoś „Embrace the Awakening” wam umknął, to cofnijcie się do końcówki zeszłego roku, i sprawdźcie tą pozycję. Moim zdaniem warto.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz