niedziela, 12 kwietnia 2026

Recenzja Blasart „Depravatus Christianis Sacris”

 

Blasart

„Depravatus Christianis Sacris”

Lavadome Prod. 2026

Blasart to brygada z Chile. Chłopaki powołali swój twór do życia zdrowo ponad dwie dekady temu, ale jakoś pracowici w temacie nie byli. Może dlatego, że poza Blasart udzielali się też w innych projektach, a może po prostu nigdzie się im nie spieszyło. W każdym bądź razie, po czasie, który starcza na wychowanie, i wykopanie w dorosłe życie pełnoletniego dziecka, chłopaki powracają z nowym krążkiem, przynoszącym black metal w liczbie minut odpowiadającym wiekowi zbawiciela świata, tego świata, w chwili kiedy to ostatecznie dokonał żywota przybity do krzyża. Panowie mniej więcej o takich historiach śpiewają, bo pana boga nie lubią, a wręcz czuja do niego srogą odrazę. Ja tam do samego Pana Stwórcy żalu nie noszę (bo w sumie fajny, brodaty kolo), za to jego followersów posyłałbym niekiedy pod piotrową bramę w trybie pilnym. I to najchętniej w rytmach właśnie serwowanych przez Blasart. Kapela niby z Chile, ale za chuj po ichniemu nie brzmiąca. Bardziej bym ich parował z Europą, i to niekoniecznie w każdej chwili ze Skandynawią, nawet jeśli elementów wspólnych i z tym rejonem świata chłopaki maja chyba najwięcej. Generalnie, powrotny album Blasart to takie klasyczne połączenie agresji, lodowatych akordów ze szwedzka melodyką. Czyli zazwyczaj jest szybciej niż wolniej, jest sporo zrywów i zmian akcji, ale u kogoś, kto mocno trzyma się krzesła zawrotów głowy nie przewiduję. Słychać chwilami inspiracje Dissection, w innej chwili Dawn, krok dalej wczesnym Enthroned. Ale i tak wszystko jest tu ładnie przemieszane, niczym cement z piaskiem, tworząc mieszankę o którą łeb sobie można zdrowo rozwalić. Innowacyjności tutaj nie uświadczycie. Całość zamknięta jest w sztywnych ramach gatunku, tak pod względem muzycznym, jak i brzmieniowego przyodzienia. Jest też bardzo równa i trzyma wysoki poziom, bo nie znajduję na tej płycie jakichś fragmentów dołujących. Taki to w sumie bardzo niepozorny krążek, ale powiem wam, jak w niego wejdziecie, i kilka rundek zrobicie, to tak niemożebnie się wbija w głowę, że nie da rady wcisnąć „stop”. Tego rodzaju albumy cenię sobie najbardziej. Klasyka, staroszkolne standardy, zero awangardy, czysty black metal. Kurwa, no oczywiście, że polecam. Nie wypada inaczej.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz