Blasart
„Depravatus Christianis
Sacris”
Lavadome Prod. 2026
Blasart to brygada z Chile. Chłopaki powołali swój
twór do życia zdrowo ponad dwie dekady temu, ale jakoś pracowici w temacie nie
byli. Może dlatego, że poza Blasart udzielali się też w innych projektach, a
może po prostu nigdzie się im nie spieszyło. W każdym bądź razie, po czasie,
który starcza na wychowanie, i wykopanie w dorosłe życie pełnoletniego dziecka,
chłopaki powracają z nowym krążkiem, przynoszącym black metal w liczbie minut
odpowiadającym wiekowi zbawiciela świata, tego świata, w chwili kiedy to
ostatecznie dokonał żywota przybity do krzyża. Panowie mniej więcej o takich
historiach śpiewają, bo pana boga nie lubią, a wręcz czuja do niego srogą
odrazę. Ja tam do samego Pana Stwórcy żalu nie noszę (bo w sumie fajny, brodaty
kolo), za to jego followersów posyłałbym niekiedy pod piotrową bramę w trybie
pilnym. I to najchętniej w rytmach właśnie serwowanych przez Blasart. Kapela
niby z Chile, ale za chuj po ichniemu nie brzmiąca. Bardziej bym ich parował z
Europą, i to niekoniecznie w każdej chwili ze Skandynawią, nawet jeśli
elementów wspólnych i z tym rejonem świata chłopaki maja chyba najwięcej.
Generalnie, powrotny album Blasart to takie klasyczne połączenie agresji,
lodowatych akordów ze szwedzka melodyką. Czyli zazwyczaj jest szybciej niż
wolniej, jest sporo zrywów i zmian akcji, ale u kogoś, kto mocno trzyma się
krzesła zawrotów głowy nie przewiduję. Słychać chwilami inspiracje Dissection,
w innej chwili Dawn, krok dalej wczesnym Enthroned. Ale i tak wszystko jest tu
ładnie przemieszane, niczym cement z piaskiem, tworząc mieszankę o którą łeb
sobie można zdrowo rozwalić. Innowacyjności tutaj nie uświadczycie. Całość zamknięta
jest w sztywnych ramach gatunku, tak pod względem muzycznym, jak i
brzmieniowego przyodzienia. Jest też bardzo równa i trzyma wysoki poziom, bo
nie znajduję na tej płycie jakichś fragmentów dołujących. Taki to w sumie bardzo
niepozorny krążek, ale powiem wam, jak w niego wejdziecie, i kilka rundek
zrobicie, to tak niemożebnie się wbija w głowę, że nie da rady wcisnąć „stop”. Tego
rodzaju albumy cenię sobie najbardziej. Klasyka, staroszkolne standardy, zero
awangardy, czysty black metal. Kurwa, no oczywiście, że polecam. Nie wypada
inaczej.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz