piątek, 3 kwietnia 2026

Recenzja Mughtasib „Invictus”

 

Mughtasib

„Invictus”

Rex Diaboli Death Syndicate 2026

Mughtasib to jednoosobowy projekt z Meksyku wykonujący muzykę określaną, przez twórcę oczywiście, jako “Anty - abrahamowy wojenny metal”. I żeby było ciekawiej, we wkładce do kasety wcale nie mamy płonącego kościoła, a zbombardowane miasto z dymiącym meczecikiem. Tak dla odmiany, żeby tak zwani „obrońcy wiary chrześcijańskiej” nie mogli w tym przypadku użyć swojego koronnego argumentu z aluzją do odwagi tych, co ich rzekomo atakują i obrażają. No dobra, ale przejdźmy do samej muzyki. „Invictus” to drugie demo Supreme Fornicatora (dojebana ksywka!), zawierające cztery kompozycje, o łącznym czasie piętnastu minut. I przyznać muszę, że wspomniane określenie „wojenny metal” pasuje tu jak ulał. Całość otwiera krótki wstęp noise’owy, po czym rozpoczyna się atak w stylu piwnicznym, chamskim, niewyszukanym. Mughtasib, że tak się posłużę może konkretnymi skojarzeniami, to mieszanka kultu Ross Bay, indyjskiego death metalu (choćby Tetragrammacide, by wymienić nazwę chyba najbardziej kojarzoną) z industrialnym posmakiem Mysticum. O ile tych pierwszych składników wykładać na tacy nie trzeba, bo każdy sobie mieszankę napiedolu i ledwo ujarzmianego chaosu powinien być w stanie wyobrazić, to ów industrial przejawia się głównie w pracy automatu perkusyjnego, wybijającego odhumanizowane rytmy rodem z taśmy produkcyjnej w fabryce broni. Z tym charakterystycznym beatem często kontrastuje nisko strojony bas, bo gitarowe tornado często chowa się trochę na drugim planie, acz doskonale spełnia tam swoją rolę. Jeśli spojrzymy na to z dystansu, i dodamy do całości wściekle charczące wokalizy, chwilowe zejścia do tempa marszowego, i ogólny brud brzmieniowy, to faktycznie oczom naszym powinien ukazać się wspomniany na samym początku obrazek. Bo „Invictus” to soniczna zagłada, totalna anihilacja i spadający z nieba grad bomb. Jednocześnie war metal w całkiem świeżym i oryginalnym, jak na sztywne ramy gatunku, ujęciu. Jest tylko jedna rzecz, która wydaje się na tym demo zbędna, a przynajmniej niepotrzebne rozciągnięta. Chodzi mi o „Bestial Matanzal”, trzeci na liście, niemal czterominutowy utwór czysto noise’owy, dość mocno wybijający z klimatu całości. Można by go skrócić do kilkunastu sekund, bądź też umieścić na końcu, ewentualnie wyjebać w pizdu, bo kompletnie nic się w nim nie dzieje. Poza tym jednym potknięciem, nie mam większych uwag. W zasadzie nie mam ich wcale. Zdecydowanie warto sięgnąć po tę kasetkę.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz