niedziela, 5 kwietnia 2026

Recenzja Fayenne “The Calling from the Depth”

 

Fayenne

“The Calling from the Depth”

Nigredo Prod. 2026

No, teraz to mi następny (po Godz ov War) Pan Wydawca podesłał niezły orzech do zgryzienia. Kolejny band, w którym trzy czwarte składu stanowią jakieś dupy, co to zamiast zająć się czymś bardziej praktycznym i pożytecznym, postanowiły grać black metal. Mało! Na dodatek, jak twierdzi Encyklopedia Metalu, pośpiewać przy tym o supremacji kobiet! O żesz kurwa twoja w dupę zapiedolona mać! Tego jeszcze nie grali. No to posłuchamy, nie? „The Calling from the Depth” to osiem numerów w klimacie nordyckiego black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Razem trzydzieści pięć minut muzyki. Zagranej całkiem poprawnie, chwilami nawet ciekawie, bo ostrzejszych riffów, także z pogranicza thrashu, a momentami i punka, czy swobodnie płynących melodii znajdziemy tu sporo. Oczywiście porównań do klasyków sceny, głównie norweskiej,  nie da się nie zauważyć, bo jest tu i Satyricon, i trochę Kvist, Sacramentum, czy pięćdziesięciu innych kapel. Jednak bez znacznych przechyłów w którąkolwiek stronę, co chyba należy uznać za plus, bo panie przynajmniej próbują mocno w garnku mieszać po swojemu (czyli, nie będzie im chłop podpowiadał, jak grać mają!). Większość płyty mieści się w tempach średnich, z raczej nielicznymi przyspieszeniami, ale, ponownie, nie śmierdzi tutaj ani powtarzalnością, ani, co najważniejsze, zwykłą nudą. Przyznam, że znajduję na tym albumie przynajmniej dwa duże plusy. Pierwszym jest brzmienie, tak klasyczne, a jednocześnie mroźne, że faktycznie mogą się przypomnieć czasy minione. Przy okazji, linie gitarowe chwilami wchodzą w bardziej atmosferyczny klimat, przez co krajobrazy pokrytych śniegiem górskich szczytów same malują się przed oczami, i można sobie pod nosem zanucić „Mother North”, żeby było w konwencji. Drugim punktem wartym uwagi są, o dziwo, wokale. Obawiałem się typowego, babskiego skrzeku, natomiast pani Andrea zdziera struny głosowe w bardzo wysokich rejestrach, a jej wrzask można by, przy odrobinie dobrej woli, określić jako żeński odpowiednik Jana Transeth’a, śpiewaka z demówki In The Woods… Tak na dobrą sprawę, to poza wspomnianym feminizmem nie ma się tu z czego ponabijać, bo panienki naprawdę dają radę. Z drugiej strony, nagrania te nie wybijają się zbytnio ponad średnią światową, stanowiąc solidny, zgrabnie poukładany materiał na kilka odsłuchów. Można zatem sprawdzić jako ciekawostkę, albo nawet zakupić, żeby mieć na półce coś z gatunku Feministyczny Black Metal. Ja tam jednak wolę Szatana. Bo to, jak by nie patrzeć, chłop. A z chłopami na tematy muzyczne dogaduję się zdecydowanie lepiej.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz