Fayenne
“The Calling from the Depth”
Nigredo Prod. 2026
No, teraz to mi następny (po Godz ov War) Pan
Wydawca podesłał niezły orzech do zgryzienia. Kolejny band, w którym trzy
czwarte składu stanowią jakieś dupy, co to zamiast zająć się czymś bardziej
praktycznym i pożytecznym, postanowiły grać black metal. Mało! Na dodatek, jak
twierdzi Encyklopedia Metalu, pośpiewać przy tym o supremacji kobiet! O żesz
kurwa twoja w dupę zapiedolona mać! Tego jeszcze nie grali. No to posłuchamy,
nie? „The Calling from the Depth” to osiem numerów w klimacie nordyckiego black
metalu z lat dziewięćdziesiątych. Razem trzydzieści pięć minut muzyki. Zagranej
całkiem poprawnie, chwilami nawet ciekawie, bo ostrzejszych riffów, także z
pogranicza thrashu, a momentami i punka, czy swobodnie płynących melodii
znajdziemy tu sporo. Oczywiście porównań do klasyków sceny, głównie norweskiej,
nie da się nie zauważyć, bo jest tu i
Satyricon, i trochę Kvist, Sacramentum, czy pięćdziesięciu innych kapel. Jednak
bez znacznych przechyłów w którąkolwiek stronę, co chyba należy uznać za plus,
bo panie przynajmniej próbują mocno w garnku mieszać po swojemu (czyli, nie
będzie im chłop podpowiadał, jak grać mają!). Większość płyty mieści się w
tempach średnich, z raczej nielicznymi przyspieszeniami, ale, ponownie, nie
śmierdzi tutaj ani powtarzalnością, ani, co najważniejsze, zwykłą nudą. Przyznam,
że znajduję na tym albumie przynajmniej dwa duże plusy. Pierwszym jest
brzmienie, tak klasyczne, a jednocześnie mroźne, że faktycznie mogą się
przypomnieć czasy minione. Przy okazji, linie gitarowe chwilami wchodzą w
bardziej atmosferyczny klimat, przez co krajobrazy pokrytych śniegiem górskich
szczytów same malują się przed oczami, i można sobie pod nosem zanucić „Mother
North”, żeby było w konwencji. Drugim punktem wartym uwagi są, o dziwo, wokale.
Obawiałem się typowego, babskiego skrzeku, natomiast pani Andrea zdziera struny
głosowe w bardzo wysokich rejestrach, a jej wrzask można by, przy odrobinie
dobrej woli, określić jako żeński odpowiednik Jana Transeth’a, śpiewaka z
demówki In The Woods… Tak na dobrą sprawę, to poza wspomnianym feminizmem nie ma się tu z czego ponabijać, bo panienki naprawdę dają radę. Z drugiej strony,
nagrania te nie wybijają się zbytnio ponad średnią światową, stanowiąc solidny,
zgrabnie poukładany materiał na kilka odsłuchów. Można zatem sprawdzić jako
ciekawostkę, albo nawet zakupić, żeby mieć na półce coś z gatunku Feministyczny
Black Metal. Ja tam jednak wolę Szatana. Bo to, jak by nie patrzeć, chłop. A z
chłopami na tematy muzyczne dogaduję się zdecydowanie lepiej.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz