Clairvoyance
„Chasm of Immurement”
Carbonized Rec. 2025
Debiutancki album Clairvoyance ukazał się co prawda
dobre pół roku temu, jednak o niektórych wydawnictwach po prostu trzeba
wspomnieć, nawet jak się trochę zaśpi. Zresztą już pisząc recenzją wydanego
przez Warszawiaków sześć lat temu „Demo”, wspominałem, że za kilka lat będzie to
zespół nie w kij dmuchał. I ten czas chyba właśnie ostatecznie nadszedł, bo
„Chasm of Immurement” to trzydzieści pięć minut death metalu, który można
śmiało stawiać obok największych klasyków. Zwłaszcza tych z Finlandii, bo
panowie, jeśli na siłę rzucać nazwami, najchętniej czerpią ze źródełka przy
tysiącu jezior. Zaznaczę też, że mam na myśli Finlandię z lat
dziewięćdziesiątych, a nie jej dzisiejszy, nieco bardziej bujający odłam. Co
jednak istotne, nawet jeśli echa Convulse czy Demilich gdzieś tam w tle
przebrzmiewają, to są w sposób autorski przetapiane na amalgamat, przy którym z
czystym sumieniem można ustawić tabliczkę „Made by Clairvoyance”. Czyli nie
tak, jak u ich kolegów z okolic Lublina (i nie piszę tego złośliwie). Nie ma na
tym krążku rażących prędkości, bowiem muzycy przede wszystkim kładą nacisk na
ciężar. Tonaż harmonii na „Chasm of Immurement” zdecydowanie robi tu
odpowiednią robotę, a że przy okazji zespół czasem przyspieszy, albo poczęstuje
staroszkolną solówką, to i powtarzalność jest słowem, którego się do tych
nagrań przykleić nie da. Określenie „staroszkolny” natomiast jest tutaj
niezmiernie istotne, bo nie dość, że same struktury utworów pochodzą z
pożółkłego nieco podręcznika, to brzmienie jakie panowie uzyskali w studio,
kompletnie nie wychyla się poza uwielbianą przeze mnie organiczność. Złoty
środek, czyli mieszanka brudu z całkowitą czytelnością, sprawia, że nic nam nie
ucieka i słucha się tych sześciu kompozycji w pełni komfortowo. Wokalnie z
kolei otrzymujemy dokładnie to, co powinno się na tego typu albumie znajdować.
Rasowy growl, bez większych udziwnień, jak za starych lat. Wspominałem o masie,
ale nadmienić muszę jeszcze o jednej rzeczy. Clairvoyance faktycznie potrafią
mocno przycisnąć do gleby, a mimo to czuć w ich kompozycjach tą lekkość i
swobodę przemieszczanie się między kolejnymi melodiami (a i fajny smaczek
wrzucili na początku „Hymn of the Befouled”, od razu mi się przypomniała „Left
Hand Path”), przez co nie występuje tu uczucie znużenia, nawet po wielokrotnym
odsłuchu. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że „Chasm of Immurement” po kilku
rundach strasznie u mnie urósł, i kiedy będę chciał już odłożyć go na półkę, to
na pewno na tą najwyższą. Bo tam jego, w pełni zasłużone, miejsce.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz