środa, 1 kwietnia 2026

Recenzja Clairvoyance „Chasm of Immurement”

 

Clairvoyance

„Chasm of Immurement”

Carbonized Rec. 2025

Debiutancki album Clairvoyance ukazał się co prawda dobre pół roku temu, jednak o niektórych wydawnictwach po prostu trzeba wspomnieć, nawet jak się trochę zaśpi. Zresztą już pisząc recenzją wydanego przez Warszawiaków sześć lat temu „Demo”, wspominałem, że za kilka lat będzie to zespół nie w kij dmuchał. I ten czas chyba właśnie ostatecznie nadszedł, bo „Chasm of Immurement” to trzydzieści pięć minut death metalu, który można śmiało stawiać obok największych klasyków. Zwłaszcza tych z Finlandii, bo panowie, jeśli na siłę rzucać nazwami, najchętniej czerpią ze źródełka przy tysiącu jezior. Zaznaczę też, że mam na myśli Finlandię z lat dziewięćdziesiątych, a nie jej dzisiejszy, nieco bardziej bujający odłam. Co jednak istotne, nawet jeśli echa Convulse czy Demilich gdzieś tam w tle przebrzmiewają, to są w sposób autorski przetapiane na amalgamat, przy którym z czystym sumieniem można ustawić tabliczkę „Made by Clairvoyance”. Czyli nie tak, jak u ich kolegów z okolic Lublina (i nie piszę tego złośliwie). Nie ma na tym krążku rażących prędkości, bowiem muzycy przede wszystkim kładą nacisk na ciężar. Tonaż harmonii na „Chasm of Immurement” zdecydowanie robi tu odpowiednią robotę, a że przy okazji zespół czasem przyspieszy, albo poczęstuje staroszkolną solówką, to i powtarzalność jest słowem, którego się do tych nagrań przykleić nie da. Określenie „staroszkolny” natomiast jest tutaj niezmiernie istotne, bo nie dość, że same struktury utworów pochodzą z pożółkłego nieco podręcznika, to brzmienie jakie panowie uzyskali w studio, kompletnie nie wychyla się poza uwielbianą przeze mnie organiczność. Złoty środek, czyli mieszanka brudu z całkowitą czytelnością, sprawia, że nic nam nie ucieka i słucha się tych sześciu kompozycji w pełni komfortowo. Wokalnie z kolei otrzymujemy dokładnie to, co powinno się na tego typu albumie znajdować. Rasowy growl, bez większych udziwnień, jak za starych lat. Wspominałem o masie, ale nadmienić muszę jeszcze o jednej rzeczy. Clairvoyance faktycznie potrafią mocno przycisnąć do gleby, a mimo to czuć w ich kompozycjach tą lekkość i swobodę przemieszczanie się między kolejnymi melodiami (a i fajny smaczek wrzucili na początku „Hymn of the Befouled”, od razu mi się przypomniała „Left Hand Path”), przez co nie występuje tu uczucie znużenia, nawet po wielokrotnym odsłuchu. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że „Chasm of Immurement” po kilku rundach strasznie u mnie urósł, i kiedy będę chciał już odłożyć go na półkę, to na pewno na tą najwyższą. Bo tam jego, w pełni zasłużone, miejsce.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz