Gouge
„Pure
Deathfuck”
Hells Headbangers 2026
Gouge
to duet z Norge, który rzępoli już od 2011 roku, jednakże nie nagrali zbyt
wiele, bo oprócz tej epki mają jeszcze jedną i debiut sprzed jedenastu lat. Na
zdjęciach wyglądają niepozornie, trochę jak dwóch, metalowych nerdów w
kraciastych koszulach, ale napierdalają taki oldskul, że pięty urywa przy samej
dupie. To mieszanka thrash i death metalu ze szczyptą grindu, która formą oraz
brzmieniem w pełni nawiązuje do, gdzieś tak, połowy lat osiemdziesiątych. Muzę
ubierają w surowe i uwierające brzmienie, dopełnione basem, „młotkową” perkusją
i flejtuchowatymi wokalami. Proste akordy, mnóstwo punkowych d-beatów, żwawe i
średnie tempo, pojebane solówki wraz z niedbałymi wrzaskami, tworzą hybrydę,
która w szybkich atakach przypomina Repulsion. Gdy ich dzikie galopady dochodzą
do apogeum, przeobrażając się w bardziej konwulsyjne uderzenia, zaczyna
zalatywać Terrorizer. Kiedy Norwedzy zdecydują się zwolnić i zapodać odrobinę
akordów w średnim tempie, to śmierdzi tutaj wczesnym Autopsy, ale kilka
podobieństw do Death również da się wychwycić. Na szczególną uwagę zasługują
drugi wałek „Sadist” i czwarty „Maggoteyes”, które nieco odbiegają od reszty,
bo wyraźnie romansują z muzyką dwóch, pewnych panów z Oslo, a ich rozpoznaje
się już od pierwszych taktów więc podpowiadać nie będę. Zresztą te wszystkie
porównania czy skojarzenia nie mają większego sensu, ponieważ nie o to tu
chodzi. Metal serwowany przez Gouge, to brudna, niezwykle naturalnie zagrana
fuzja thrash i death metalu, który okresowo dostaje szału i zapierdala jak dzieciak
z ADHD zaprawiony amfą. Efektowne i pomimo swej szorstkości, łatwo wpadające do
ucha riffy, ostre popisy solowe, mordercza agogika, a także duszny i jebiący
wilgocią klimat, to kwintesencja metalu jaki kocham. Nieskomplikowana łupanka,
która leci prosto z serca i trafia jako cios, centralnie w splot słoneczny.
Długo nie mogłem się po nim pozbierać i w nagrodę przesłuchałem „Pure
Deathfuck” już kilkadziesiąt razy. Jeśli nie znacie, proponuje zaopatrzyć się w
wersję CD, która jako bonus zawiera pierwszą epkę Gouge z 2012 roku „Doomed to
Death”. Ten dodatkowy materiał także kurewsko daje radę, częstując obok innych,
także speed metalowymi rytmami, z których wyłowić można coś, co mocno pachnie
początkami Slayer. Niebywała kapela, która maltretuje na całego i robi to we
wspaniałym stylu. Dzisiaj mało kto gra tak regresywnie, a może już nikt. Ogień!
Pełna rekomendacja.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz