poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Recenzja Gouge „Pure Deathfuck”

 

Gouge

„Pure Deathfuck”

Hells Headbangers 2026

Gouge to duet z Norge, który rzępoli już od 2011 roku, jednakże nie nagrali zbyt wiele, bo oprócz tej epki mają jeszcze jedną i debiut sprzed jedenastu lat. Na zdjęciach wyglądają niepozornie, trochę jak dwóch, metalowych nerdów w kraciastych koszulach, ale napierdalają taki oldskul, że pięty urywa przy samej dupie. To mieszanka thrash i death metalu ze szczyptą grindu, która formą oraz brzmieniem w pełni nawiązuje do, gdzieś tak, połowy lat osiemdziesiątych. Muzę ubierają w surowe i uwierające brzmienie, dopełnione basem, „młotkową” perkusją i flejtuchowatymi wokalami. Proste akordy, mnóstwo punkowych d-beatów, żwawe i średnie tempo, pojebane solówki wraz z niedbałymi wrzaskami, tworzą hybrydę, która w szybkich atakach przypomina Repulsion. Gdy ich dzikie galopady dochodzą do apogeum, przeobrażając się w bardziej konwulsyjne uderzenia, zaczyna zalatywać Terrorizer. Kiedy Norwedzy zdecydują się zwolnić i zapodać odrobinę akordów w średnim tempie, to śmierdzi tutaj wczesnym Autopsy, ale kilka podobieństw do Death również da się wychwycić. Na szczególną uwagę zasługują drugi wałek „Sadist” i czwarty „Maggoteyes”, które nieco odbiegają od reszty, bo wyraźnie romansują z muzyką dwóch, pewnych panów z Oslo, a ich rozpoznaje się już od pierwszych taktów więc podpowiadać nie będę. Zresztą te wszystkie porównania czy skojarzenia nie mają większego sensu, ponieważ nie o to tu chodzi. Metal serwowany przez Gouge, to brudna, niezwykle naturalnie zagrana fuzja thrash i death metalu, który okresowo dostaje szału i zapierdala jak dzieciak z ADHD zaprawiony amfą. Efektowne i pomimo swej szorstkości, łatwo wpadające do ucha riffy, ostre popisy solowe, mordercza agogika, a także duszny i jebiący wilgocią klimat, to kwintesencja metalu jaki kocham. Nieskomplikowana łupanka, która leci prosto z serca i trafia jako cios, centralnie w splot słoneczny. Długo nie mogłem się po nim pozbierać i w nagrodę przesłuchałem „Pure Deathfuck” już kilkadziesiąt razy. Jeśli nie znacie, proponuje zaopatrzyć się w wersję CD, która jako bonus zawiera pierwszą epkę Gouge z 2012 roku „Doomed to Death”. Ten dodatkowy materiał także kurewsko daje radę, częstując obok innych, także speed metalowymi rytmami, z których wyłowić można coś, co mocno pachnie początkami Slayer. Niebywała kapela, która maltretuje na całego i robi to we wspaniałym stylu. Dzisiaj mało kto gra tak regresywnie, a może już nikt. Ogień! Pełna rekomendacja.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz