Consecration
„Exanimis”
Nuclear Winter Rec. 2026
Często jest tak, że nie. A potem coraz częściej jest
tak, że nie. A potem jest zwykle tak, że nie. A potem zostaje już samo nie. Tak
sobie pozwolę na początek zacytować tekst Nihila z ostatniej płyty Blindead. A
czynię to, gdyż jest on w tym przypadku wyjątkowo adekwatny. Często pozycje z
gatunku death / doom (odłamu nastawionego na klimat, a nie ciężar) są u mnie na
nie. Bo są cholernie powtarzalne, bez wyrazu. Na nowy Consecration skusiłem się
wyłącznie dlatego, że wydaje ich Nuclear Winter, a spod ich skrzydeł wyszło
kilka zajebistych pozycji. Zatem przypuszczać mogłem, iż i tym razem mnie
zaskoczą, choć nazwy Consecration wcześniej nie znałem, a „Exanimis” to
przecież już ich czwarty pełniak, co budziło pewne wątpliwości. Niestety,
zostały one bardzo szybko potwierdzone. Brytole to banda chuja, która po raz
kolejny udowadnia mi, że w rzeczonym gatunku niewiele jest dla mnie wydawnictw
wartych uwagi. Teoretycznie, i technicznie, wszystko się na tym krążku zgadza.
Są powolne riffy, jakaś tak dawka melodii, nawet melancholii ubranej w ołowiany
kaftanik, taki co się przyodziewa do prześwietlenia zęba. Ciężko. Ciężko
chłopaki grają, ale i ciężko się tego słucha. Przede wszystkim dlatego, że te
osiem kompozycji cechują dwie, niestrawne dla mnie składniki. Pierwszym z nich
jest totalna przewidywalność. Nie ma na tym albumie niczego, podkreślam niczym
Kononowicz, niczego, co by mnie zaskoczyło, czy przykuło uwagę. Wszelkie
stosowane przez zespół środki to odgrzewana po raz trzeci zupa, którą zresztą
ktoś przechowywał w lipcu na balkonie, myśląc, że ten zabieg jest tak skuteczny
jak w grudniu. Po drugie, co się poniekąd z pierwszym łączy, muzyka
Consecration jest tak cholernie wtórna, że w zasadzie kiedy dany kawałek się
zaczyna, można wskazać palcem, w którym kierunku pójdzie, i jak się zakończy.
Jest w encyklopedii takie określenie jak „męczenie buły”, i nowy album
Consecration idealnie pasowałby za soniczną definicję tegoż. Trzeba chyba być
maniakalnym maniakiem kapel pokroju Novembers Doom, Swallow the Sun czy Evoken
(tak se strzelam nazwami z kapelusza) by się „Exanimis” zachwycać. Dla mnie
jest to niestrawne, i dwa odsłuchy, których bohatersko dokonałem, będą mi teraz
zalegać przez cały wieczór na żołądku. Nie ratuje tej płyty nic, nawet
Paradajsowy „Domain of Despair”, będący popłuczynami po i tak wtórnych płytach
Holmes’a i spółki z ostatnich lat. Szkoda czasu i energii.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz