wtorek, 21 kwietnia 2026

Recenzja Consecration „Exanimis”

 

Consecration

„Exanimis”

Nuclear Winter Rec. 2026

Często jest tak, że nie. A potem coraz częściej jest tak, że nie. A potem jest zwykle tak, że nie. A potem zostaje już samo nie. Tak sobie pozwolę na początek zacytować tekst Nihila z ostatniej płyty Blindead. A czynię to, gdyż jest on w tym przypadku wyjątkowo adekwatny. Często pozycje z gatunku death / doom (odłamu nastawionego na klimat, a nie ciężar) są u mnie na nie. Bo są cholernie powtarzalne, bez wyrazu. Na nowy Consecration skusiłem się wyłącznie dlatego, że wydaje ich Nuclear Winter, a spod ich skrzydeł wyszło kilka zajebistych pozycji. Zatem przypuszczać mogłem, iż i tym razem mnie zaskoczą, choć nazwy Consecration wcześniej nie znałem, a „Exanimis” to przecież już ich czwarty pełniak, co budziło pewne wątpliwości. Niestety, zostały one bardzo szybko potwierdzone. Brytole to banda chuja, która po raz kolejny udowadnia mi, że w rzeczonym gatunku niewiele jest dla mnie wydawnictw wartych uwagi. Teoretycznie, i technicznie, wszystko się na tym krążku zgadza. Są powolne riffy, jakaś tak dawka melodii, nawet melancholii ubranej w ołowiany kaftanik, taki co się przyodziewa do prześwietlenia zęba. Ciężko. Ciężko chłopaki grają, ale i ciężko się tego słucha. Przede wszystkim dlatego, że te osiem kompozycji cechują dwie, niestrawne dla mnie składniki. Pierwszym z nich jest totalna przewidywalność. Nie ma na tym albumie niczego, podkreślam niczym Kononowicz, niczego, co by mnie zaskoczyło, czy przykuło uwagę. Wszelkie stosowane przez zespół środki to odgrzewana po raz trzeci zupa, którą zresztą ktoś przechowywał w lipcu na balkonie, myśląc, że ten zabieg jest tak skuteczny jak w grudniu. Po drugie, co się poniekąd z pierwszym łączy, muzyka Consecration jest tak cholernie wtórna, że w zasadzie kiedy dany kawałek się zaczyna, można wskazać palcem, w którym kierunku pójdzie, i jak się zakończy. Jest w encyklopedii takie określenie jak „męczenie buły”, i nowy album Consecration idealnie pasowałby za soniczną definicję tegoż. Trzeba chyba być maniakalnym maniakiem kapel pokroju Novembers Doom, Swallow the Sun czy Evoken (tak se strzelam nazwami z kapelusza) by się „Exanimis” zachwycać. Dla mnie jest to niestrawne, i dwa odsłuchy, których bohatersko dokonałem, będą mi teraz zalegać przez cały wieczór na żołądku. Nie ratuje tej płyty nic, nawet Paradajsowy „Domain of Despair”, będący popłuczynami po i tak wtórnych płytach Holmes’a i spółki z ostatnich lat. Szkoda czasu i energii.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz