Drudkh
„Thaw”
Season of Mist: Underground Activists 2026
Któż
nie zna tej kapeli. Grają od 2002 roku i poza mniejszymi wydawnictwami,
uzbierali już trzynaście albumów. W ostatniej dekadzie kwietnia ukaże się
najnowsza epka Ukraińców, która oferuje fanom Drudkh trzy nowe kawałki. Jak dla
mnie, black metal, który znalazł się na „Thaw” to straszny smęt. Dominują tu
riffy w wolnych i średnich tempach, które kreują introspektywną atmosferę,
podbudowaną przez syntezatorowe tła i pełne żałości wokale. To smutny i
spokojny bleczur, który zsyła klimatyczne dźwięki, aksamitne melodie i
przepełnione bólem istnienia akordy. Płynie sobie po stoicku, artykułując
ludzkie tęsknoty za pomocą nieco pogańskiego ujęcia, bo przecież Drudkh od
zawsze wplata do swoich kompozycji sporo folkloru z kraju, z którego pochodzi.
Wydawnictwo to, jest wyrazem uwielbienia dla ojczyzny, romantycznym wyznaniem wiary,
czy jak kto woli, peanem dla słowiańskich wartości i przyrody tamtej części
Europy. Eteryczność, melancholia i bezsilność to chyba dobre przymiotniki,
którymi można określić tą epkę. Słuchając jej przypomniały mi się „Stepy
Akermańskie” Mickiewicza, ponieważ są one, podobnie jak „Thaw”, przedstawieniem
gorzkiej i skomplikowanej egzystencji człowieka. Człowieka wyobcowanego,
zagubionego i osamotnionego. Cóż, nudy na pudy i ziewy okrutne. Może to tylko
zmęczenie ukraińskim black metalem, ale mam nieodparte uczucie, że powoli Roman
Saenko wraz z kolegami, stają się tym dla ukraińskiej diabelszczyzny, kim od
dawna jest Rogga Johansson dla szwedzkiego death metalu.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz