poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Recenzja Enterocolis „Silence of Divinity”

 

Enterocolis

„Silence of Divinity”

Independent 2026

Czasy, kiedy Decapitated wywołali pewnego rodzaju szok na krajowym rynku wydawniczym, nagrywając płytę w chwili, kiedy większość członków zespołu nie była jeszcze pełnoletnia, dawno odeszły do lamusa. To, co kiedyś było ewenementem, dziś nikogo już nie dziwi. Enterocolis to kolejny przedstawiciel polskiego młodego pokolenia. Panowie mają po naście lat, i właśnie wypuścili, zresztą własnym nakładem, pełnometrażowy debiut. „Silence of Divinity” to dziewięć, zamykających się w trzydziestu trzech minutach, numerów z gatunku śmierć metal, utrzymanego w staroszkolnym stylu. W sumie niby nic odkrywczego, nic co by w najmniejszym choć stopniu wyrywało się z ram, a jednak gęba się cieszy słuchając jak nasza młodzież potrafi czerpać inspiracje ze starej, zakurzonej książki napisanej onegdaj przez mistrzów. Co mi się w tym przypadku podoba najbardziej, to fakt, iż chłopaki nie uwzięli się na konkretnego profesora, tylko inspiracje zaczerpnęli od całego grona pedagogicznego, także od tych, co już dawno są, albo powinni być, z racji wieku, na emeryturze. W zasadzie gdyby powbijać w globus znaczniki, w miejscach na świecie na które muzycy zerkali w trakcie procesu twórczego, to byłby on naszpikowany niczym jeż. Najgęściej chyba, co nikogo nie zdziwi, w okolicach Florydy, ale i Skandynawii, czy środkowej części Starego Kontynentu. Bo jest tu i odpowiedni ciężar, jest idealnie wyważona melodia, i chwilami ołowiane buciki, i kilka kilogramów blastu. A wszystko to pięknie zamieszane i wyrobione na jednolitą, betonową masę. Żeby było jeszcze bardziej po staremu, to w kilku miejscach, i wcale nie tak rzadko, słuchać w tej muzyce echa starego teutońskiego thrashu, co sprawia, że „Silence of Divinity” brzmi bardziej na okres proto deathmetalowy niż na połowę lat dziewięćdziesiątych (niech przykładem na to będzie choćby „God Won’t Have My name”, z ostrymi jak brzytwa riffami). Sprzyja temu także brzmienie, zwłaszcza gitar, które śmigają tutaj bardziej z gracją baleriny niż porażają pleśnią, rdzą i piachem. Swoje robi także perka, bo jej stukanie jest chwilami tak kwadratowe, że lata osiemdziesiąte aż się same cisną na uszy. No i do tego solidny wokal, któremu zarzucić niczego się nie da. Owszem, brzmi to trochę jak młodzieńcza naiwność, ale czy właśnie nie tym charakteryzowała się kiedyś w wielu przypadkach muzyka metalowa? Enterocolis nie nagrali może płyty, która znajdzie się w podsumowaniach roku, ale materiał ten zrobił na mnie na tyle spore wrażenie, że odsłuchałem go chyba z dziesięć razy z rzędu. Sprawdźcie ich, bo to naprawdę solidne granie, i niezwykle obiecujący debiut.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz