sobota, 1 sierpnia 2026

Recenzja Thanatomass „The Rabid Dead”

 

Thanatomass

„The Rabid Dead”

Nomad Snakepit Prod. 2026

Jeśli chodzi o death metal od Ruskich, to są dwie nazwy, które zaliczyłbym do przedstawicieli z najwyższej półki napierdalania. Oczywiście chodzi o Pseudogod i Kadavereich. Mniej więcej w podobnych okresie co ci drudzy, do życia powołany został Thanatomass. I też już srogo zaznaczył swoją obecność na scenie, wydając bardzo dobrej jakości demo, dwie EP-ki, oraz pełniaka „Hades”. W zasadzie ostatnia ze wspomnianych pozycji ugruntowała dobitnie pozycję zespołu na światowym rynku, a „The Rabid Dead” jedynie ją potwierdza. To trzy kawałki, trwające łącznie koło dwudziestu minut, wściekłego metalu śmierci na najwyższym poziomie. Połączcie sobie w myślach wspomniany Pseudogod z Hiszpańskim Teitanblood (bo kontrolowanego chaosu i wybuchów wścieklizny tutaj pod dostatkiem), oraz klasycznym thrash metalem na sterydach, a także potężnymi akordami Incantation (też, kurwa, na sterydach). W wyniku tego dodawania wyjdzie wam jak nic Thanatomass. Kolesie z Moskwy doskonale potrafią łączyć w swojej muzyce wzorce najlepsze, czerpiąc głównie ze starszej szkoły, acz jednocześnie nie stroniąc od drobnych zapożyczeń z grania bardziej współczesnego. Intensywność kompozycji na tej EP-ce luźno przekracza średni światowy poziom. Chwilami nawet powoduje zapalenie się czerwonego światełka, oznaczającego przekroczenie ogólnoprzyjętejj skali. Panowie napierdalają ile fabryka dała, zagęszczając akordy, tasując nimi niczym Wielki Szu kartami, mieszając riffami w głowie do obłędu. Powiem wam tak… Słuchając tych strzałów w ryj, maluje mi się obraz trzech kolesi stojących na scenie, napierdalających włosami, ubranych w czarne skóry z ćwiekami i pasy z nabojami, molestujących swoje instrumenty na potęgę, drących ryja i szalejących na podobieństwo Omegavortex. Bo natężenie decybeli Thanatomass przyrównać można także do tych zwyrodnialców zza naszej zachodniej granicy. Jeśli mówimy o death metalu współczesnym, bazującym na starych przepisach, ale napisanym na nowo, będącym tak samo brutalnym, antytrendowym, pokazującym środkowy palec wszelkiej modzie, to Thanatomass spełnia wszelkie te wymogi, i to z nawiązką. I wbija się klinem do mojej osobistej trójcy przenienajświętszej rzeczonego gatunku z kraju, gdzie podobno piją więcej niż u nas. Bardzo dobra rzecz.

- jesusatan