I was pretty
sure I’d come across the name Skumstrike before. And indeed, it was at the EP
called “Execution Void” which quickly kicked my hairy ass. I missed their
full-length debut, even though it was released by a label right here in our
backyard, but I did sit down to listen to their second album. Well,
stylistically, not much has changed for these Canadians. It’s still a wild ride
full steam ahead, often with eyes closed. An old-school ride, of course. Maybe
there’s definitely less punk here than on their earliest recordings, or maybe
the guys have simply learned to handle their instruments better over time. But
the backbone of this music is undeniably thrash. And it’s thrash that’s
absolutely brimming with energy, bubbling over in every track. That doesn’t
mean, however, that the album relies solely on blast beats. There are plenty of
those here for sure, but the center stage, take the riffs! And that’s why I
mentioned the noticeable improvement in the musicians’ skills, because whether
they’re flooring the gas pedal or only slightly exceeding the speed limit,
listening to the melodies flowing from “Flawless Intrigue from Hell” feels like
being whipped.And the lashes falling on our backs hurt more and more
with every passing moment, each one seems stronger, and each one hits the mark
perfectly. What’s more, Skumstrike’s music has this incredible, aggressive,
thrash-style groove that makes you want to dance with your fist clenched, or
even punch someone in their ugly face. The only element here that strays from
the main genre’s framework is the vocals, which are more screeching and black
metalesque than in the classics. The sound is also “blacker”, though the
overall vibe remains the same. These guys clearly love the genre’s classics
from the ’80s and ’90s, as evidenced by their cover of Abigail’s song for
“goodbye”, and they perfectly capture the spirit of those times in their music.
In fact, the title of the cover perfectly defines Skumstrike’s work itself. So
please stand up, raise your hands in the air, make the devil’s sign, and sing together:
Satanic Metal Fucking Hell! Satanic Metal Fucking Hell!
Dziś zajmiemy się medycznym przypadkiem halucynacji
podczas intubacji, czyli nową EP-ką z Morbid Chapel Records. Panowie pochodzą z
Fin, i popełnili wcześniej dwie demówki, które ukazały się najpierw w wersji
cyfrowej, a potem na kasecie jako kompilacja. Patrząc na zdjęcie, to chłopaki
chyba dopiero skończyli podstawówkę, a na pewno nie osiągnęli jeszcze
pełnoletniości. Nie przeszkadza im to w tworzeniu muzyki, która swój rodowód ma
w latach młodości ich rodziców. Biorąc pod lupę nazwę zespołu, tytuł i okładkę,
nie trzeba być Einsteinem, by domyśleć się, iż jest to śmierć metal. I tu
musimy podzielić to wydawnictwo na dwie części. „Hallucinations” to materiał
skomplikowany, niezbyt różnorodny, oparty na starych wzorcach, głównie z kraju,
z którego młodzież ta pochodzi. Całość otwiera intro, a potem mamy cztery,
utrzymane w średnim tempie numery. Całkiem solidne, bez wałkowania w kółko tego
samego tematu, osobiście przypominające mi wczesny Convulse, może trochę
Funebre albo Abhorrence. Technicznie jest zatem raczej na poziomie podstawowym,
choć swoistej melodii kompozycjom tym nie brakuje. A to i jakaś solówka się
przewinie, a to harmonie bardziej wpadające w ucho. Podstawą jest tutaj jednak
tej oldskulowy klimat, który towarzyszył wczesnym latom gatunku, czyli ma być
ciężko, brudno, i ma walić trupem. Słychać w tych dźwiękach nieco młodzieńczej
naiwności, ale z drugiej strony oczywistym jest, że piosenki te stworzone i
nagrane zostały z pasji. Nie jest to jeszcze żadne mistrzostwo świata, czy też
nawet czubek drugoligowej tabeli, ale jak na początki brzmi to naprawdę
bardziej niż przyzwoicie. A jak już o brzmieniu, to mamy tu czysty analog,
nawet lekko niedopieszczony, co akurat uznaję za wartość dodatnią. Natomiast „Undifferentiated
Malignancies”, czyli najnowsza EP-ka, dorzucona do CD na zasadzie bonusa, to
lekkie poszerzenie kursu. Lekkie, bo to nadal stary death metal, ale jakby
bardziej w Carcass’owym stylu (zwłaszcza „Neurological Brain Carnage”). Jest
szybciej, lepiej technicznie, i bardziej melodyjnie, acz brzmienie nadal
pozostaje brudne i demówkowe. Trochę więcej też dzieje się na drugiej gitarze w
tle, czyli chłopaki jednak uczą się harmonie mieszać, czy też na siebie
nakładać. No i ładnie, bo widać, że nie zamknęli się w szklanej kuli, tylko
swoje wizje rozwijają. Daje to nadzieję na sprawienie w niedalekiej przyszłości
jakiejś małej niespodzianki. Na co szczerze liczę.
TrenchWarfare jest tercetem z
Teksasu, gdzie zainicjował on swoją działalność w 2015 roku, wydając demo
„Perversion Warfare”. Najnowszy krążek „Achtung! Destroy the Weak” jest ich
drugim albumem, który ukazał się dziesiątego sierpnia więc maniakom
bezkompromisowej napierdalanki, powinien być już znany. Ci, którzy lubują się w
war metalowych dźwiękach, powinni wiedzieć, że Amerykanie grają trochę
odchudzoną i mniej gęstą wersję tego gatunku. Owszem, jest tutaj szybko i mało
melodyjnie, ale brzmienie zbliżone jest nieco do szwedzizny z lat
dziewięćdziesiątych, a niektóre riffy mogą przypominać wczesny Morbid Angel. W
ogóle granie tej trójki, zalatuje wojennymi rytmami tylko podczas jednostajnych
galopad w ekspresowej formie, które nie dają zbyt dużo czasu na wytchnienie. To
hipnotyczne ściany sonicznego ataku, które napastują sumiennie i z niezwykłą
cierpliwością, drążąc dziurę w mózgu, zamieniając go w papkę. Od czasu do czasu
przecinają je odjechane i tym samym mocno popierdolone solówki, bądź nieliczne
zwolnienia, w których właśnie mocno słychać maniery rozpowszechnione przez
ekipę Trey’a. Do muzyki TrenchWarfare bardziej pasuje określenie black-death,
bo i kilka dzikich tremolando można na tym materiale znaleźć, barwa
instrumentów oraz zwartość kostkowania odbiega od zwyczajów z Ross Bay, a i
ograniczona szybkość, która nie jest zestawiona z nagłymi, rytmicznymi
zwolnieniami i zjazdami po gryfie, nie jest gorącym, nuklearnym podmuchem. Nie
ma jednak co narzekać, ponieważ panowie Teksańczycy grzeją ostro i zapamiętale,
gardząc trendami i świętością wszelaką. Brutalny, bluźnierczy metal, który
dewastuje skutecznie. Tylko dla fanów rzezi.
No, bardziej finezyjnej i trudniejszej do
zapamiętania nazwy to sobie panowie wymyśleć nie mogli. To ja już może
skorzystam z dobrodziejstw Internetu, i zapamiętam sobie polskie tłumaczenie:
Niech Będzie Błogosławiona Pełnia Księżyca (a no tak, Vulle Moane – Full Moon,
ale ja głupi). Prawda, że ładniej? Dobra, ale nazwa nazwą, natomiast
postanowiłem napisać kilka słów o debiucie Belgów z konkretnego powodu. Lubię,
jak ludzie łączą ze sobą różne, zwłaszcza kontrastujące ze sobą, style. W notce
prasowej stoi, że panowie (a jest ich dwóch) grają „experimental elektro black
metal”. Już sobie wyobrażałem taneczny black przy akompaniamencie syntezatorów
rodem z Perturbator. A tu… chuja prawda! Ale po kolei. Jest tutaj trochę
surowego, i to takiego niemal minimalistycznego black metalu. Choćby w
pierwszym kawałku. Jest też sporo elektroniki, acz bardziej na zasadzie
elektro-goth niż techno napierdalawy. Ale jest sporo grania praktycznie
punkowego. Z tym, że ubranego właśnie w klawiszowe szaty, skocznego na bardzo
prosty, prymitywny sposób. Są na tym krążku też elementy czysto ambientowe, jak
choćby pod koniec wspomnianego otwieracza. Im dalej jednak idąc w las, bardziej
zastanawiam się, gdzie tu ten jebany black metal? Że wokale trochę na podobę?
Że czasem zajedzie mechaniczną kanonadą na automat perkusyjny mogącą (przy
odrobinie fantazji) kojarzyć się z Mysticum? Albo że pojawią się, na zasadzie
ściany dźwięku w tle, surowe, niżej strojone gitary? No, kurwa, nie! Tym
bardziej, że i tym składowym towarzyszy bezustannie albo wspomniany elektro
goth, albo pełna elektronika. A jak komuś jeszcze jest mało, to w ostatnim na
liście „Angstenzuur (Ten oorlog tegen de wereld)” wjeżdża totalnie mroczny,
powodujący mrowienie na karku industrial. Nie wiem jakie leki biorą Belgowie,
nie wiem co u nich zdiagnozowano, ale schizofrenia to zapewne najlżejsza z
dolegliwości. Nawalili na „Verdwazing Der Dwazen” teoretycznie randomowych
pomysłów, mogących być podstawą do stworzenia kilku oddzielnych projektów
zupełnie z innej beczki, ale… Cholera! Podoba mi się to. Bo jest inne, bo jest
„jakieś”, bo jest, mimo wszystko, w pewnie sposób spójne. Zatem, jak
wspomniałem na wstępie… Jak ktoś lubi pojebane, inne od codzienności granie, i
lubi wymienione w tekście gatunki, niech sprawdza. Nie gwarantuję satysfakcji,
ale szanse są.
Właśnie z nowym albumem wrócili
Włoscy specjaliści od technicznego thrashu z małą domieszką deta, czyli
Miscreance. Tym razem jest to dziewięć numerów w wymienionym wyżej gatunku,
które przede wszystkim czarują partiami solowymi oraz karkołomnymi
zapętleniami. To co wyczynia gitarzysta, który kreśli swoje solóweczki,
udowadnia, że z pewnością skalę pentatoniczną ma on w paluszku, a artykulację i
wyczucie rytmu we krwi. Podobnie rzecz ma się z wirtuozerskimi wygibasami,
które zapodają połamane i zakręcone akordy, bo kostkując i zapierdalając na
gryfie jeden z członków tej kapeli, niewątpliwie potrafi i to bardzo. Wokalista
także umie krzyknąć do mikrofonu i tym samym zaostrzyć ten materiał,
przypominając barwą głosu i manierą Martina Van Drunena. No i to tyle, ponieważ
reszta kompozycji, to typowe, nieco nużące galopady, trochę rytmicznych riffów
w średnim tempie i klika modernistycznych wstawek w towarzystwie dziwnych
wokaliz. Te pozostałe elementy w zestawieniu z technicznymi fikołkami, wypadają
niestety banalnie i wręcz nudzą swoją normalnością. Jako całość „Reminiscence”
jawi się jako płyta, która zmierza donikąd, poza technicznymi umiejętnościami
jej twórców, serwując przeciętne granie i muzyczne dłużyzny. Owszem, Włosi
starają się jak mogą, aby przełamywać swoje aranżacje i bawić nimi odbiorców,
ale nie do końca im to wychodzi, bo w każdym kawałku wpadają w nudne spirale, z
których z trudem momentami udaje im się wyjść. Wiele do życzenia pozostaje
również produkcja tego krążka, która jest oczywiście selektywna, lecz brakuje
jej mięsa, co spłaszczyło tony i spowodowało, że instrumenty brzmią nazbyt
plastikowo. Pewnie miało być ostro i siarczyście, a wyszło dość sztucznie. Cóż,
jeśli szukacie kolejnej kapeli, nawiązującej do Atheist, Pestilence czy Sadus i
nie przeszkadza wam kolejne oraz niezbyt porywające ich wcielenie to bierzcie.
Reszta może sobie odpuścić.
Jak tylko
zobaczyłem fotkę promocyjną Magic Cross, wiedziałem, że muszę tego posłuchać.
Hellhammer w dresie, Inspektor Gadget, kolo z wąsem na Adolfa, i gruby
pokazujący faka, stojący w jakimś minikraterze (zapewne przed chwilą
podskoczył). Dobra, żarty żartami, pośmiać się można (sam się z siebie często
narywam), ale pod względem muzycznym to już powodu do żartów nie ma. Chłopaki
zawiązali się nieco ponad dwa lata temu, i właśnie wypuszczają swoje debiutanckie
demo, zawierające cztery kawałki punkowego black metalu. Czyli coś totalnie dla
mnie. Kompletnie nieodkrywczego, nieskomplikowanego, do potupania nóżką.
Wiadomo, że oba wymienione gatunki pasują do siebie jak pieprz i sól, i jeśli
tylko czuje się przysłowiowego bluesa, można na podstawie starych i
sprawdzonych wzorców kombinować, czy tez raczej dokonywać wariacji, w
nieskończoność. Tempo tych czterech piosenek jest raczej średnie, idealne do
wspomnianego przytupywania, jeśli zmieniające się na szybsze, to co najwyżej do
d-beatu. Brzmienie jest piwniczne, osadzone w mocno prymitywnym tonie, i
idealnie pasuje do gitarowych harmonii, mogących kojarzyć się po trochu z
Darkthrone, a nawet Celtic Frost, po trochu z GG Allinem (u którego przecież
też grał kolo z wąsem, a nawet w jakimś niemieckim hełmie, czy cuś) i tym
podobnym brudem. W każdym bądź razie, głębszego dna w tych numerach raczej nie
znajdziemy. Wokale to tradycyjny, drugofalowy krzyk, i w zasadzie tutaj sprawa
się dopina. Bo nie wiem czy jest sens pisania czegokolwiek więcej. Jak ktoś
lubi choćby fiński Qwälen (by nie rzucać nazwami klasyków), to Magic Cross jest
dla niego. Bardzo dobre demo, kompletnie nic nie wnoszące do kanonu gatunku,
sprawiające za to kupę radochy.
Rahaty to kapela z Białorusi, za
którą stoi muzyk, odpowiadający za inny projekt, a mianowicie Pa Vesh En. Jak
wiadomo pod macierzystym szyldem, tworzy czarcią surowiznę, natomiast tutaj
robi coś podobnego, tyle że w death metalowym tonie. To co płynie z głośników,
po włączeniu tego debiutanckiego albumu od Rahaty, to tony gruzu, piachu i
żużlu, bowiem w przypadku „Bestial Lustmord” mamy do czynienia z brudnym,
jaskiniowym deciorem, który pozwala sobie na wiele, choć nie nawiązuje do
standardowego grania w tym stylu. Jest to brutalna i bluźniercza odmiana death
metalu, która wypełzła z piekielnych czeluści. Bez zażenowania raczy ona
siermiężnymi riffami, zgrzytliwymi tremolo i chorobliwymi sprzężeniami. Ten
białoruski twórca wygenerował swoje szataństwo za pomocą gitar o chropowatym
brzmieniu i sękatej sekcji rytmicznej, a wszystko w odpowiednio gęstej i
ciężkiej tonacji, którą wspomagają wulgarne growle i schizofreniczne wrzaski.
Całość płynie głównie w średnim tempie, ale okresowo potrafi także
przyspieszyć, uderzając w nieco chaotyczne kostkowanie. Jednakże fundamentem
tego materiału są, hipnotyzujące swą jednostajnością akordy, pomiędzy które
wpleciono sporo pogmatwanych zagrywek. Rahaty nie umizgując się do nikogo,
spuszcza wpierdol i sieję bezbożną zarazę. Każde szarpnięcie strun, każde
uderzenie w bębny oraz dźwięki wydobywające się z gardła tego gościa,
przesiąknięte są zgnilizną i śmiercią, która tu bezwstydnie przechadza się z
Szatanem pod rękę, kreując zepsutą do cna atmosferę. Album, który jest wyrazem
skrajnej obsceniczności i zbezczeszczenia. Wypełniony szaleństwem i
potwornościami, udowadnia, że podziemna młócka ma się dobrze i chce pozostać ze
swoimi, chorymi odchyleniami tam, gdzie się znajduje, uskuteczniając swój
gorący i rytmiczny podmuch dla nielicznych. Na moje gumowe ucho mocno tu
zalatuje Ritual Death i jedynką Akolyth, tyle, że w zwartej i dociążonej
formie. Makabryczna muzyka, którą polecić trzeba, aby ta diabelska dżuma
rozlała się jak najszerzej. Jak dla mnie, majstersztyk, po którym nie mogłem
się długo otrząsnąć.
I jeszcze jedna pozycja z październikowego miotu
Nuclear Winter Records. Po bardzo dobrych albumach Morbid Stench i
Deconsekrated, Hekatoxen jest już chyba tylko strzałem na dobicie, bo ja się po
trzech rundkach z tym krążkiem nie mogę posprzątać z podłogi. Gdybyście
zastanawiali się co to za gentlemani, i skąd pochodzą, to w zasadzie
kilkanaście pierwszych sekund otwierającego całość „Lost Souls Epitome”
rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tak, panie i panowie, jesteśmy w Finlandii, a
przywitał nas oczywiście potężny riff w stylu Slugathor. Może i pierwszy na
tych nagraniach, ale nie ostatni, bo odniesień do chłopaków z Espoo jest tu
zdecydowanie więcej. Zresztą nie tylko do nich, bo i do innych klasyków
fińskiego metalu śmierci, że wymienię jeszcze choćby wczesny Sentenced czy Corpsessed
(żeby nie było, że rzucam tylko dinozaurami). „Obsidian Majesty” to osiem
numerów, w tym jeden akustyczny przed zamykaczem, najczystszego death metalu w
starym stylu. Siedem utworów, które swoim ciężarem, niewiarygodnie zgrabnie
ubranym w melodię, miażdży czaszki, kruszy kości i wyciska nasze truchło z krwi
niczym zawodowa sprzątaczka mokrą szmatę. To, z jaką umiejętnością Hekatoxen
aranżują swoje, utrzymane przeważnie w średnim tempie, kompozycje, to jest
najwyższa klasa rozgrywek. Niewiele jest zespołów potrafiących ubrać wspomnianą
melodię (z gatunku pancernych) w
ołowiane szaty. Każdy, absolutnie każdy numer na „Obsidian Majesty” to
absolutny rozpierdalator. Ileż tu wspaniałych riffów, przy których nie da się
utrzymać dupska na krześle, nawet jeśli przykleimy do niego poślady
superklejem, ileż wywołujących szerokiego banana na twarzy klasycznych
wokalnych aranży, ile momentów przywołujących w pamięci lata młodości, ile
chwil, przy których powraca chęć do życia (mimo iż to przecież metal śmierci).
Bo faktycznie, chce się żyć, by słuchać takich płyt, a i pewny jestem, że przy
wspomnianym akustyku niejednemu z was łezka się w oku zakręci, bo nawet on jest
do szpiku kości oldskulowy. Rozdeptali mnie panowie z Hekatoxen swoim debiutem,
jak robaka. Dla każdego maniaka staroszkolnego death metalu pozycja
obowiązkowa, jeśli nie do zakupu w ciemno, to przynajmniej do sprawdzenia.
Rozczarowań nie przewiduję.
-
jesusatan
Hekatoxen
“Obsidian
Majesty”
Nuclear Winter
Rec. 2026
And here’s
another release from Nuclear Winter Records’ October line-up. Following the
excellent albums by Morbid Stench and Deconsekrated, Hekatoxen is probably just
the finishing blow, because after three spins of this record, I still cannot
get myself up from the floor. If you’re wondering who these gentlemen are and
where they’re from, the first tunes of the opening track, “Lost Souls Epitome”,
dispel any doubts. Yes, ladies and gentlemen, we’re in Finland, and we’re
greeted, of course, by a massive Slugathor-style riff. It may be the first on
these recordings, but it’s certainly not the last, as there are definitely more
references to the lads from Espoo here. And not just to them, mind you, but to
other classics of Finnish death metal too. Let me mention early Sentenced or
Corpsessed, for example (just so you don’t think I’m only mentioning the
dinosaurs). ‘Obsidian Majesty’ is eight tracks, including an acoustic one
before the last, representing the purest old-school death metal. Seven tracks
which, with their sheer weight, incredibly skilfully wrapped in melody, crush
skulls, shatter bones and wring the blood from our corpses like a professional
cleaner wringing out a wet cloth. The skill with which Hekatoxen arrange their
compositions, mostly maintained at a medium tempo, is top class. Few bands are
capable of cloaking such melody (of the armoured variety) in leaden robes.
Every single track on “Obsidian Majesty” is an absolute banger. Just look at
all the brilliant riffs that make it impossible to keep your arse in your
chair, even if you glued it there with superglue, all the classic vocal
arrangements that put a huge banana on your face, all the moments that bring
back memories of your youth, all the moments that reignite your zest for life
(even though this is, after all, death metal). Because, really, you want to
live just to listen to albums like this, and I’m sure that the aforementioned
acoustic track will bring a tear to the eye of more than a few of you, because
even that track is old-school to the very core. The lads from Hekatoxen have
crushed me like a bug with their debut. It’s a must-have for any oldschool
death metal fan, if not a blind buy, then at least worth checking out. I don’t
foresee any disappointments.
Dopiero co
zdążyłem zakupić sobie ostatni album Hadopelagyal (dość nietypowe swoją drogą
jak na winyl wydanie), odsłuchać go dosłownie z dwa razy, a tu Hekla i Augur
wypluwają z siebie kolejne dwadzieścia minut gruzu, szlamu i wszelakich
nieczystości. Cztery nowe numery, mili
państwo, dokładnie tyle składa się na „Zelmathic Necroichorion”. Cztery numery
będące bezpośrednia kontynuacją stylu zapoczątkowanego przez duet na „XXXVI
XXXI N XXV XXVIII O”, i potem sukcesywnie… nie, no nie powiem „rozwijanym”, bo
przecież byłoby w tym sporo przesady. „Kultywowanym” zabrzmi tu zdecydowanie
lepiej. Niemcy grają muzykę gęstą, niemelodyjną, pozbawioną standardowych
struktur, mocno nieprzyjazną przeciętnemu słuchaczowi, odrażającą i śmierdzącą
katakumbami. Tak to chyba można najprościej opisać. Zresztą ci, którzy zespół
znają, doskonale wiedzą, czego się po nowej EP-ce spodziewać. Ich do odsłuchu,
tudzież nabycia tego materiału, zachęcać nie trzeba. Laikom można muzykę
Hadopelagyal przedstawić nieco bardziej obrazowo. Wyobraźcie sobie intensywnie
pracującą, najczęściej w tempie zdecydowanie szybkim, przymuloną brzmieniowo
perkusję, towarzyszące jej, bardziej na zasadzie ściany dźwięku, bo nie każdy
dosłyszy w tym melodię, gitary, pracujące równie mocno co sekcja rytmiczna, i
wydobywające się zza kotary, z komina, tudzież ze studni, głosy topielców, potępionych dusz, czy innych
nieświętych. Bez podziału na refreny i zwrotki, jednolita masa, co najwyżej z
jakimś przejściem gdzieś po drodze, jakimś drobnym ambientowym dodatkiem, i
wyciszeniem na końcu. Szalejące tornado, burza z gradobiciem, totalna ciemność,
ekstremalne temperatury, zero warunków dla jakichkolwiek form życia. Mnie
intryguje jedno. Hadopelagyal poruszają się w naprawdę wąskich ramach
gatunkowych, ich kompozycje na kolejnych nagraniach brzmią podobnie, są
podobnie zaaranżowane, i gdyby ktoś się uparł, to nie wiem, czy byłbym w stanie
wybronić tą muzykę przed zarzutem, że to jest w kółko to samo. A jednak nadal,
za każdym razem kiedy dostaje od nich „nowe”, czuję się porozrzucany niczym
obornik po polu. Bo, w odróżnieniu choćby od Necropolissebeth (innego projektu
Hekli), nie jest to tylko i wyłącznie hałas dla samego hałasu. Są tu riffy, są
melodie (oczywiście te z gatunku silnie gruzowych), jest ten przerażający
klimat śmierci. Pod takim graniem podpisuję się obiema rękoma. Dla maniaków
zespołu - kolejna pozycja obowiązkowa. Zwolennicy bardziej tradycyjnych
piosenek mogą sobie bez bólu serca odpuścić.
Debiutancki album Deconsekrated uderzył mnie niczym
grom z jasnego nieba. Niby Chile, więc można się było spodziewać smakowitości,
ale żeby aż takich delicji, to nie podejrzewałem. Minęły dwa lata, i panowie
wracają z następcą „Ascension In the Altar of Condemned”, tym razem pod
skrzydłami greckiej Nuclear Winter Records. Płyta ujrzy światło dzienne
wspólnie z nowym materiałem Morbid Stench, i, zaprawdę powiadam wam, jest to
piekielnie mocny duet wydawniczy. Deconsekrated grają death metal jak za
dawnych czasów. Przede wszystkim totalnie organiczny. Tak brzmieniowo, jak pod
względem treści. Wszystko cyka tutaj na wskroś analogowo, niczym produkcja ze
wspaniałych lat dziewięćdziesiątych. Muzycznie z kolei, to…. Te riffy! Tutaj
nie ma jakiegoś ściemniania, puszczania zasłony dymnej czy innego wypychania
truchła pianką rozporową. Powiedzcie mi, czy w kompozycjach Sadistic Intent,
Morbid Angel, Immolation czy Dead Congregation są jakieś momenty zbędne? No
właśnie! I to jest dokładnie to, o czym mówię. Bo rzeczone zespoły
niezaprzeczalnie miały wpływ na twórczość Deconsekrated. Z tym, że skurczybyki
tak umiejętnie wyciągnęli z wykładów pod tytułem „Covenant”, „Failures for
Gods” czy „Ancient Black Earth” wnioski własne, że ich muzyka, mimo iż
przesiąknięta klasyką, daleka jest od kopiowania któregokolwiek z profesorów.
Za to trzyma się ściśle wytycznych. Na „The Inexorable Transcendence of Death”
nie ma szaleńczego tempa. Nie ma też technicznych wygibasów, czy łamania riffów
w pół. Jest czysty do szpiku kości, tradycyjny metal śmierci, rażący potężnie
każdym akordem, ziejący gnilnym odorem, będący godnym spadkobiercą najlepszych
tradycji. Ciężko spośród zamieszczonych na tym krążku utworów wybrać jakiś
najbardziej reprezentatywny. W zasadzie może to być którykolwiek, bo żaden z
nich nie odstaje poziomem nawet o jotę, i w każdym znajdziemy coś
przykuwającego naszą uwagę. Nie ma na tym albumie niczego, co by mi się nie
podobało. Staroszkolny death metal z najwyższej półki, a poziom debiutu
spokojnie utrzymany. Proszę się częstować.
No proszę,
jaki tutaj mamy cudowny przykład interkontynentalnego pomostu. Unholy
Redeemer tworzą muzycy pochodzący ze
Skandynawii (konkretnie Dania / Finlandia) i Antypodów (Australia). Żadni
zresztą nowicjusze, bo starczy chyba, że z zespołów, w których maczali paluchy
wymienię Slugathor / Desecresy, Nocturnal Graves czy Cerekloth. Zespół trzy
lata temu wypuścił trzyutoworowe demo, a teraz powraca z kolejnym wydawnictwem.
Jest nim dwudziestominutowa EP-ka, zawierająca wspomnianego pomostu dopełnienie
muzyczne. Jej treść to staroszkolny death metal, niemal równomiernie
inspirowany szkołą szwedzką, jak i zamorską. I powiem wam, że chłopaki odwalili
kawał fantastycznej roboty. Bo nowinek nie ma tu żadnych. Jest natomiast
nowojorsko - florydzki ciężar, wiele harmonii mogących kojarzyć się z takimi
klasykami jak Incantation, Immolation albo Vital Remains, w magiczny wręcz
sposób balansowanych szwedzkim piachem pod Dismember, oraz melodyjną linią
gitar na podobieństwo Gorement czy Utumno. Panowie nie przeginają pały pod
żadnym względem. Ich kompozycje utrzymane są przeważnie w tempie średnim, i
jeśli wyrażają tendencje to raczej do zejścia do parteru niż ścigania się ze Strusiem
Pędziwiatrem. Można odnieść wrażenie, jakby panowie każdym swoim akordem
chcieli nas wbić w glebę, a wspomniane melodie, oraz w aptekarski sposób
dozowane klawiszowe tła, stanowią w tym przypadku coś na kształt marszu
pogrzebowego. Mimo iż brzmi to bardziej klasycznie niż gruzowo, to ciężar
kolejnych numerów jest, kurwa, tak przygniatający, tak organiczny, że się można
przy tych piosenkach obejsrać ze szczęścia. Jednocześnie, nawet jeśli
wspomniane gdzieś tam powyżej nazwy nie są jedynymi mogącymi przychodzić do
głowy, ciężko zarzucić muzykom Unholy Redeemer kopiowanie kogokolwiek. A nawet
jeśli, czysto teoretycznie, panowie sobie powycinali z dwudziestu płyt po
kawałeczku, nieco pozmieniali, to złożenie tego potem do kupy wymagało
zegarmistrzowskiej precyzji. Jebał to pies, zresztą oryginalność nigdy nie
stała u mnie na pierwszym miejscu. Mi się ta EP-ka w chuj podoba, i pewnie
sobie ją zakupię zaraz po premierze. Tym bardziej, że strona B zawierać ma
wspomniane na wstępie demo, jako bonus. Komu zająć miejsce w kolejce?
Jestem przekonany, że logo F.O.R wpadło mi już
kiedyś w oko, nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć, przy jakiej okazji.
Słuchając drugiego albumu Amerykanów, utwierdzam się jednak w przekonaniu, iż
jest to mój pierwszy kontakt z zespołem. W innym przypadku zdecydowanie
zapamiętałbym ich muzykę. Z bardzo prostego powodu – to nie jest twórczość,
jakiej pełno dookoła, twórczość jednowymiarowa czy pospolita. Panowie troszkę
kombinują, a ja takich poszukiwaczy lubię. Oczywiście pod warunkiem, że ich
wizje nadawane są na odbieranych przeze mnie falach. Co my tutaj zatem mamy…
Pięć kompozycji oplecionych intro / outro. Brzmiących dość surowo, jak na ilość
inspiracji zawartych w treści, ale to akurat w moim przypadku działa
zdecydowanie in plus. Nadaje bowiem nagraniom większej autentyczności, i
sprawia, że określenie „post”, którego w odniesieniu do „Crude Exhibitions of
the Soul” trudno nie użyć, nie jest określeniem w znaczeniu negatywnym. Owym "postem" panowie nasączają natomiast, i sowicie ze sobą mieszają, takie
gatunki jak sludge, black i doom metal, dorzucając do tego jeszcze kapkę
awangardy. Co w tym przypadku istotne, nie są to kompozycje o odcieniu
spontaniczności. Tutaj wszystko jest ze sobą dokładnie poukładane i posklejane,
nawet jeśli poszczególne partie pochodzą z innych koszyków. Panowie
zdecydowanie największy nacisk kładą na klimat swoich piosenek, dbając
jednocześnie, by nie były one jednowymiarowe, by co chwilę coś się w nich
działo, jak podczas dobrej sztuki teatralnej. Sporo tu zatem zmian tempa,
przejść z fragmentów ostrych jak brzytwa (tu się kłania wspomniany black metal)
w momenty wyciszające, post doomowe. Czuć jednocześnie, że muzycy doskonale
czują, a nawet przeżywają to, co spod ich palców wychodzi. Przyszło mi przy
okazji porównanie do polskiej Czerniny, albo kidsdrowninsilence. Może nie
czysto pod względem muzycznym, ale właśnie łączenia ze sobą pewnego rodzaju
kontrastów, i malowania nimi autorskiego obrazu. Ciekawą sprawą jest także to,
że album ten z kawałka na kawałek zdaje się rozwijać, od prostego w swojej
strukturze utworu tytułowego, po wieńczący część zasadniczą, najdłuższy „Mother
Atrophy”. Całość trwa trzydzieści trzy minuty, zatem wchłania się szybko i
prowokuje do podania kolejnej dawki. Dobry, ciekawy album, warto się zapoznać.
Personal Records / Gurgling Gore / Dawnbreed Rec. (2026)
Florydzki
duet Wharflurch dał się poznać światu za sprawą debiutanckiego „Psychedelic
Realms Ov Hell wydanego pięć lat temu. Muzycy nie bali się eksplorować
psychodelicznych obszarów muzyki pomimo przywiązania do deathmetalowej
tradycji. Efekt finalny był intrygujący, nawet jeśli w swojej konstrukcji był
schematyczny. Na pewno o schematyczności nie może być mowy przy okazji „”
Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”. Panowie każdym aspekcie
usprawnili swój warsztat coraz mocniej określając to co chcą grać. A chcą grać
death metal – niebanalny, nie stroniący zarówno od prostych, wręcz
troglodyckich motywów jak i od bardziej wysublimowanych i odrealnionych
pejzaży. W tej muzycy nie brakuje przestrzeni i oddechu, ale przede wszystkim
nie brakuje pomysłów. Głównym narzędziem do kreowania krajobrazów
niestworzonych w przypadku Wharflurch jest wszelkiej maści elektronika, ale i w
partiach gitar nie brakuje nawiązań do progrockowych czy nawet artrockowych
klasów, którzy nie bali się subtelności i rozmarzonych akordów sześciu strun.
Inspiracji w przypadku Wharflurch można przytaczać bardzo dużo, ale największą
ich siłą jest umiejętność sklejenia tego w bardzo intrygującą i angażującą
całość. W częściach składowych, zwłaszcza w tej części deathmetalowej nie jest
to granie, które aspiruje do wybitności. Powiedziałbym nawet, że w tych
najbardziej topornych i prostych fragmentach panowie gubią gdzieś dynamikę,
muzyka robi się tępa i trochę nudna, ale to tylko jeden z wielu środków
artystycznych, którymi dysponują. W bardziej zagmatwanych fragmentach panowie
stawiają na czytelność, podpierając się niejednokrotnie bardziej melodyjnym
fragmentem. Żaden to zarzut, ale odniesie szukałbym raczej nie w klasyce,a
bardziej w nowszych zespołach, które z undergroundu jedną nogą próbują wyjść na
szerszą wodę. Taki też potencjał słyszę w Wharflurch – tam są naprawdę ogromne
pokłady kreatywności, przeważnie wykonane lepiej, rzadziej gorzej. Nie ukrywam,
że zajęło mi chwilę, żeby się z do tego materiał przekonać, ale muzyka obroniła
się sama – materiał wciągnął na tyle, że dał mi czas na oswojenie się z nim i
poznanie smaczków skrywających się w tych dźwiękach. Ja szczerze polecam to
wydawnictwo, zwłaszcza tym bardziej otwartym słuchaczom, którzy nie boją się
muzycznych eksploracji.
Z fińskim
Azatoth miałem okazję poznać się po raz pierwszy przy okazji drugiej edycji
Death Is Not The End w Gdańsku. Chłopaki byli wówczas jeszcze na etapie
demówkowym, zaznaczając jednak, podczas prywatnej rozmowy, iż materiał na
pełnometrażowy debiut już się kręci. I się ukręcił, bo właśnie z głośników
płynie u mnie „Carnal Lust of Blasphemy”. To niemal czterdzieści minut muzyki,
za którą dałbym się pociąć za młodu, i za którą dałbym się pokroić dziś.
Czysty, oldskulowy metal śmierci, grany przez młodych ludzi w sposób świadczący
o tym, że nauki profesorów kreujących onegdaj rzeczony gatunek nie są im obce.
Co ja gadam, obce… Oni na wykłady chodzili chyba z dyktafonem, skrzętnie
odnotowując później w domu każde słowo, każdą poradę biorąc sobie głęboko do
serca, a następnie wykuwali z tego twórczość własną. Może nie będącą do końca
oryginalną, ale złożoną ze składników, które w dobrych rękach nigdy się nie
przeterminują, i zawsze przywołają przynajmniej to wspomnienie świeżo
upieczonego chleba, który wpierdalało się zanim jeszcze donieśliśmy go ze
sklepu go do domu. Tak, z tej fińskiej mąki zdecydowanie jest chleb! Czegoż tu
nie ma… Są wspaniałe, na wskroś staroszkolne riffy, przy których wracają
wspomnienia. Riffy, z których każdy ma swój wyraz, i bynajmniej nie jest
jedynie wypełniaczem. Jest ten klimat z lat dziewięćdziesiątych, ten dreszczyk,
powodujący mentalny wzwód u nastolatka podczas odsłuchu kolejnego albumu
ulubionego wykonawcy. Jest to wyczucie, rozumienie idei towarzyszącej
narodzinom gatunku. Jest ta naturalna
umiejętność balansowanie tempem, czy wplatania solówek, nie tylko dlatego, że
tak wypada. Tutaj wszystko wypływa z siebie w stu procentach naturalnie, z
niebywałą swobodą. I dlatego, mimo iż materiał ten powstał niemal czterdzieści
lat „po terminie”, można go ustawić na jednej półce z największymi klasykami.
Nie będę tu pisał o brzmieniu, bo wiadomo, że wszystko się zgadza. Nie będę też
wytłuszczał któregokolwiek z tytułów, bo płyta jest równa jak blat stołu.
Powiem tylko jedno. Każdy, ale to absolutnie każdy maniak staroszkolnego death
metalu ma jebany obowiązek zapoznać się z tym materiałem. Bo młodzi dają radę,
i to bardziej niż niejeden z was by mógł się spodziewać. Aha, i jeszcze jeden
drobiazg. Wyjątkowo dobre intro i outro.
Takie jak kiedyś. Miazga!
Victims
of Contagion jest kapelą z USA i na scenie jest już długo, bo od 2005 roku, ale
pierwsze ich wydawnictwo w postaci epki „Parasitic Unborn” pojawiło się na
rynku dopiero dziewięć lat później. Podobno przed tym faktem dość szeroko
udzielali się w podziemiu, koncertując i wydając własnym sumptem demówki. No
nic, w październiku ukaże się ich drugi album, który spodoba się wszystkim tym,
co lubią techniczne wygibasy w death metalowym stylu. Siedem kawałków, w
których odnajdziecie sporo zmian tempa, sposobów na kostkowanie i solówek. To
skomplikowane aranżacje, raczące gęsto wyrafinowanymi akordami i takimi samymi
rytmami. Jest tutaj także trochę dysonansów, pociętego palm mutingu,
awangardowych odjazdów oraz improwizacji. Całość, gdy chce, to grzeje w takt
blastów, gdy musi zapętla do granic możliwości, a kiedy jej się nie chcę,
ponieważ chciałaby odpocząć, zwalnia, serwując ociężałe i przy tym dotkliwie
miażdżące riffy. Jak na moje ucho, na które kiedyś słoń nadepnął, to „Egregore”
nie jest zlepkiem przypadkowych dźwięków upchniętych w każdą kompozycję tego
krążka. To dobrze przemyślane konstrukcje, w których Victims of Contagion ma
okazje popisać się swymi umiejętnościami. Mają ich co nie miara, co słychać w
każdej sekcji grającej tego zespołu, który poza tworzeniem wielowarstwowych i karkołomnych
struktur, wykazuje się bardzo dużym ładunkiem emocjonalnym, skutkującym mocno
wkurwionym, technicznym death metalem. Tak więc wielbicieli złożonego i tym
samym nie do końca łatwego w odbiorze rzępolenia, któremu przyświeca myśl
śmierć metalowa, zapraszam do zapoznania się z „Egregore”.
Cofamy się dziś nieco w czasie. Konkretnie do
końcówki ubiegłego roku, kiedy to premierę miał debiutancki album zespołu,
którego już sama nazwa zachęca do sprawdzenia. Że o okładce zdobiącej „War is
from Shadows” nie wspomnę. A jak dodam, że chłopaki pochodzą z Kolumbii, to już
chyba każdy powinien stać na baczność. Wspomniałem, że to debiut, choć tak
naprawdę bardziej uznałbym go za mini, bo zawiera niecałe dwadzieścia pięć
minut muzyki, sześć kawałków plus outro. Ale mniejsza o detale. Czym to
śmierdzi? Ano śmierdzi, i to na potęgę, klasyką napierdalania z Ameryki
Południowej. Chwilami w klimacie kultowego Masacre, aczkolwiek ów odnośnik
adekwatny jest jedynie w niektórych wątkach, kiedy to panowie z Kolumbii mocno
przyspieszają i wypływają na deathmetalowe wody. Równie sporo tu nawiązań do
starego thrashu, a i chwilami do black metalu, głównie tego z okresu drugiej
fali, choć niekoniecznie skandynawskiego. Kogoś to dziwi? Bo dla mnie jest to
stary, oklepany, wielokrotnie wypróbowany, i do dziś uskuteczniany przepis
zespołów z tamtego rejonu świata. Penetrator Hammer łączą w swoich numerach
klasykę prawdziwego, staroszkolnego metalu. Tutaj nie ma melodyjek do
potańczenia, śpiewanych wokali, anielskich chórków z kobitkami w roli głównej,
czy instrumentarium wykraczającego poza podstawowe. Są za to drapieżne riffy,
dość prymitywne perkusyjne rytmy, darcie mordy w neandertalski sposób, i
wszechobecny oldskul. Najczęściej jest grane na szybkich obrotach, choć zdarza
się Kolumbom zwolnić, przy okazji „Evil Prevails”, utworu z fantastyczną niemal
heavymetalową solówką, ale też nie tracąc przy tym odoru Diabła w muzyce. Nie
będę chyba rzucał dodatkowymi nazwami, z którymi kojarzą mi się te nagrania, to
się mija z celem, ale napomknę jeszcze, że Penetrator Hammer brzmią tak samo
staroszkolnie jak grają, a może nawet jeszcze bardziej. Klasyka piwnicy z lat
dziewięćdziesiątych, z produkcją bardziej demówkową niż profesjonalną. I to się
pięknie z samą muzyką zazębia. Nie ma tutaj zatem co bić piany i rozpisywać się
nad detalami. „War is from Shadows” to klasyczny (ile razy użyłem tego słowa?),
południowoamerykański metal na wysokim poziomie. Od dawna jestem szalikowcem
tego stylu, więc nic dziwnego, że i to wydawnictwo łykam bez przegryzania.
Morbid Stench przedstawiać nikomu raczej nie trzeba.
Zespół niemal od samego początku gości pod skrzydłami rodzimej Putrid Cult, a
jeszcze wcześniej wydany został, na kasecie, przez Till You Fukkin Bleed, też
przecież naszą. Szybko pod swoje skrzydła przyjęła go także, również uznana,
Nuclear Winter Records. Nic w tym dziwnego, bo trio z Ameryki Środkowej jest
gwarantem określonego poziomu, poniżej którego nie schodzi także przy okazji
nowej, trzeciej już płyty. „Doom Metastasis” to kolejny, konsekwentny krok w
obranym przez chłopaków kierunku. Choć w sumie, co ja pierdolę? Przecież oni
nigdzie nie idą. Ich droga w zasadzie zakończyła się dokładnie tam, gdzie się
rozpoczęła, bo oni się nigdzie ruszać nie chcą, i nie zamierzają. Obrali sobie
z góry upatrzoną pozycję stylistyczną, i trzymają się jej sztywno niczym małpa
palmy. Jeśli przyjrzeć się nowym kompozycjom, i zacząć doszukiwać się w nich
czegoś, czego Morbid Stench wcześniej jeszcze nie zagrali, to wrócimy z takiej
wycieczki z koszem jak po grzybobraniu w kwietniu. Na dobrą sprawę to wszystko
już było, a jedyną różnicą między kolejnymi nagraniami są zdobiące je okładki.
Czy to znaczy, że Morbid Stench zżerają własny ogon? No i tutaj mam zagwozdkę,
bo w sumie… nie. Nie wiem jak oni to robią, ale są obecnie na rynku muzycznym
chyba najwierniejszymi kontynuatorami tradycji death / doom metalowych zapoczątkowanych
na początku lat dziewięćdziesiątych. I podczas gdy ówcześni pionierzy, pokroju
Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema, z każdą kolejną płytą zaczynali
dryfować gdzieś na boki (niektórzy odpłynęli zresztą na zupełnie inne wody),
tak Morbid Stench nawet nie myślą o łagodzeniu swojej muzyki. Nie znajdziecie w
ich utworach damskich wokali, fragmentów akustycznych, rockowego słodzenia czy
klawiszowego smęcenia. Tutaj cały czas jest ten klasyczny ciężar, te ołowiane
riffy, wbijające w glebę harmonie, głęboki wokal i klimat śmierci. Niesamowitą
zaletą tego zespołu jest fakt, iż potrafią po prostu na bazie podobnych wzorców
budować ciekawe, i nadal brzmiące świeżo kompozycje. Nawet jeśli ktoś powie, że
są one poniekąd od szablonu, bo tempo się na „Doom Metastasis” praktycznie nie
zmienia, rytm też w większości pozostaje ten sam… Ale na tym kręgosłupie kłębią
się melodie, i to one robią różnicę. Podsumować zawartość „trójki” Morbid
Stench można zatem krótko. To kolejny album jednego z najlepszych obecnie na
scenie death / doomowych tworów, zawierający sześć piosenek, które pokochacie,
jeśli podobały wam się dwa poprzednie albumy. I chyba na tym zakończę, bo po co
się rozwodzić nad tym prostym faktem.
Ten
filadelfijski kwartet muzykuje od 2019 roku i od tamtej pory wydał sporo
demówek, kilka epek i singli. Teraz kanadyjska wytwórnia Nespithe Records
wypuszcza na świat kompilację utworów tej kapeli, na którą składają się, dwie
epki „Crown of Piss” i „Prison Coward” oraz dwa demosy „Promo 2023” i „Promo
2026”. Jest to nie lada gratka dla wielbicieli surowizny w gatunku death-doom,
bo taką właśnie muzę, ostro i zawzięcie, napierdalają Amerykanie. To prosty i
kanciasty metal śmierci, który poraża okrutnie gęstym i niskim brzmieniem, a
także prostotą wykonania, ponieważ Accursed Womb nie bawi się w skomplikowane
aranże, czy też techniczne akrobacje. Ich granie jest do bólu proste wręcz
siermiężne, ale niezwykle sugestywne, gdyż klimatu generuje ono całe pokłady.
Brudny, jaskiniowy death-doom o zawiesistych riffach, który zalewa bagiennym
mułem i ściekowym szlamem, bo ma iście grubiański charakter. Gitary tutaj
rzężą, rezonując chwilami boleśnie, ale potrafią zaskoczyć jakąś, niezwykle
atmosferyczną solówką. Bas dudni tak, że głowa imploduje, a beczki mu leniwie
wtórują. Gdy słucha się tego materiału, świat zmienia się jak w Silent Hill po
usłyszeniu syreny dźwiękowej. Rzępolenie Accursed Womb powoduje, że tak jak w
alternatywnej rzeczywistości tego ponurego miasteczka, ściany zaczynają gnić
bądź korodować, lecz w tym przypadku mgła nie znika, bo funkcjonuje cały czas z
tym przerażającym przeobrażeniem. Death-doom, który płynie z samych czeluści
piekła. Niesie ze sobą brutalne akordy, siejące grozę i bluźnierstwo.
Undergroundowy styl o barbarzyńskim i bluźnierczym usposobieniu, które
podbijają ohydne wokalizy w postaci plugawych growli i bazyliszkowatych
warkotów. Wulgarne wydawnictwo, które liże lubieżnie swym śmierdzącym jęzorem,
zsyłając śmierć i zniszczenie. Czyste, aroganckie zło, przed którym zapewne
pokaźne grono „metalowców” ucieknie w popłochu.