czwartek, 20 sierpnia 2026

Recenzja Penetrator Hammer “War is from Shadows”

 

Penetrator Hammer

“War is from Shadows”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Cofamy się dziś nieco w czasie. Konkretnie do końcówki ubiegłego roku, kiedy to premierę miał debiutancki album zespołu, którego już sama nazwa zachęca do sprawdzenia. Że o okładce zdobiącej „War is from Shadows” nie wspomnę. A jak dodam, że chłopaki pochodzą z Kolumbii, to już chyba każdy powinien stać na baczność. Wspomniałem, że to debiut, choć tak naprawdę bardziej uznałbym go za mini, bo zawiera niecałe dwadzieścia pięć minut muzyki, sześć kawałków plus outro. Ale mniejsza o detale. Czym to śmierdzi? Ano śmierdzi, i to na potęgę, klasyką napierdalania z Ameryki Południowej. Chwilami w klimacie kultowego Masacre, aczkolwiek ów odnośnik adekwatny jest jedynie w niektórych wątkach, kiedy to panowie z Kolumbii mocno przyspieszają i wypływają na deathmetalowe wody. Równie sporo tu nawiązań do starego thrashu, a i chwilami do black metalu, głównie tego z okresu drugiej fali, choć niekoniecznie skandynawskiego. Kogoś to dziwi? Bo dla mnie jest to stary, oklepany, wielokrotnie wypróbowany, i do dziś uskuteczniany przepis zespołów z tamtego rejonu świata. Penetrator Hammer łączą w swoich numerach klasykę prawdziwego, staroszkolnego metalu. Tutaj nie ma melodyjek do potańczenia, śpiewanych wokali, anielskich chórków z kobitkami w roli głównej, czy instrumentarium wykraczającego poza podstawowe. Są za to drapieżne riffy, dość prymitywne perkusyjne rytmy, darcie mordy w neandertalski sposób, i wszechobecny oldskul. Najczęściej jest grane na szybkich obrotach, choć zdarza się Kolumbom zwolnić, przy okazji „Evil Prevails”, utworu z fantastyczną niemal heavymetalową solówką, ale też nie tracąc przy tym odoru Diabła w muzyce. Nie będę chyba rzucał dodatkowymi nazwami, z którymi kojarzą mi się te nagrania, to się mija z celem, ale napomknę jeszcze, że Penetrator Hammer brzmią tak samo staroszkolnie jak grają, a może nawet jeszcze bardziej. Klasyka piwnicy z lat dziewięćdziesiątych, z produkcją bardziej demówkową niż profesjonalną. I to się pięknie z samą muzyką zazębia. Nie ma tutaj zatem co bić piany i rozpisywać się nad detalami. „War is from Shadows” to klasyczny (ile razy użyłem tego słowa?), południowoamerykański metal na wysokim poziomie. Od dawna jestem szalikowcem tego stylu, więc nic dziwnego, że i to wydawnictwo łykam bez przegryzania.

- jesusatan




środa, 19 sierpnia 2026

Recenzja Morbid Stench „Doom Metastasis”

 

Morbid Stench

„Doom Metastasis”

Putrid Cult / Nuclear Winter Rec. 2026

Morbid Stench przedstawiać nikomu raczej nie trzeba. Zespół niemal od samego początku gości pod skrzydłami rodzimej Putrid Cult, a jeszcze wcześniej wydany został, na kasecie, przez Till You Fukkin Bleed, też przecież naszą. Szybko pod swoje skrzydła przyjęła go także, również uznana, Nuclear Winter Records. Nic w tym dziwnego, bo trio z Ameryki Środkowej jest gwarantem określonego poziomu, poniżej którego nie schodzi także przy okazji nowej, trzeciej już płyty. „Doom Metastasis” to kolejny, konsekwentny krok w obranym przez chłopaków kierunku. Choć w sumie, co ja pierdolę? Przecież oni nigdzie nie idą. Ich droga w zasadzie zakończyła się dokładnie tam, gdzie się rozpoczęła, bo oni się nigdzie ruszać nie chcą, i nie zamierzają. Obrali sobie z góry upatrzoną pozycję stylistyczną, i trzymają się jej sztywno niczym małpa palmy. Jeśli przyjrzeć się nowym kompozycjom, i zacząć doszukiwać się w nich czegoś, czego Morbid Stench wcześniej jeszcze nie zagrali, to wrócimy z takiej wycieczki z koszem jak po grzybobraniu w kwietniu. Na dobrą sprawę to wszystko już było, a jedyną różnicą między kolejnymi nagraniami są zdobiące je okładki. Czy to znaczy, że Morbid Stench zżerają własny ogon? No i tutaj mam zagwozdkę, bo w sumie… nie. Nie wiem jak oni to robią, ale są obecnie na rynku muzycznym chyba najwierniejszymi kontynuatorami tradycji death / doom metalowych zapoczątkowanych na początku lat dziewięćdziesiątych. I podczas gdy ówcześni pionierzy, pokroju Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema, z każdą kolejną płytą zaczynali dryfować gdzieś na boki (niektórzy odpłynęli zresztą na zupełnie inne wody), tak Morbid Stench nawet nie myślą o łagodzeniu swojej muzyki. Nie znajdziecie w ich utworach damskich wokali, fragmentów akustycznych, rockowego słodzenia czy klawiszowego smęcenia. Tutaj cały czas jest ten klasyczny ciężar, te ołowiane riffy, wbijające w glebę harmonie, głęboki wokal i klimat śmierci. Niesamowitą zaletą tego zespołu jest fakt, iż potrafią po prostu na bazie podobnych wzorców budować ciekawe, i nadal brzmiące świeżo kompozycje. Nawet jeśli ktoś powie, że są one poniekąd od szablonu, bo tempo się na „Doom Metastasis” praktycznie nie zmienia, rytm też w większości pozostaje ten sam… Ale na tym kręgosłupie kłębią się melodie, i to one robią różnicę. Podsumować zawartość „trójki” Morbid Stench można zatem krótko. To kolejny album jednego z najlepszych obecnie na scenie death / doomowych tworów, zawierający sześć piosenek, które pokochacie, jeśli podobały wam się dwa poprzednie albumy. I chyba na tym zakończę, bo po co się rozwodzić nad tym prostym faktem.

- jesusatan




Recenzja Accursed Womb „Hymns of Blasphemous Fornication”

 

Accursed Womb

„Hymns of Blasphemous Fornication”

Nespithe Records 2026

Ten filadelfijski kwartet muzykuje od 2019 roku i od tamtej pory wydał sporo demówek, kilka epek i singli. Teraz kanadyjska wytwórnia Nespithe Records wypuszcza na świat kompilację utworów tej kapeli, na którą składają się, dwie epki „Crown of Piss” i „Prison Coward” oraz dwa demosy „Promo 2023” i „Promo 2026”. Jest to nie lada gratka dla wielbicieli surowizny w gatunku death-doom, bo taką właśnie muzę, ostro i zawzięcie, napierdalają Amerykanie. To prosty i kanciasty metal śmierci, który poraża okrutnie gęstym i niskim brzmieniem, a także prostotą wykonania, ponieważ Accursed Womb nie bawi się w skomplikowane aranże, czy też techniczne akrobacje. Ich granie jest do bólu proste wręcz siermiężne, ale niezwykle sugestywne, gdyż klimatu generuje ono całe pokłady. Brudny, jaskiniowy death-doom o zawiesistych riffach, który zalewa bagiennym mułem i ściekowym szlamem, bo ma iście grubiański charakter. Gitary tutaj rzężą, rezonując chwilami boleśnie, ale potrafią zaskoczyć jakąś, niezwykle atmosferyczną solówką. Bas dudni tak, że głowa imploduje, a beczki mu leniwie wtórują. Gdy słucha się tego materiału, świat zmienia się jak w Silent Hill po usłyszeniu syreny dźwiękowej. Rzępolenie Accursed Womb powoduje, że tak jak w alternatywnej rzeczywistości tego ponurego miasteczka, ściany zaczynają gnić bądź korodować, lecz w tym przypadku mgła nie znika, bo funkcjonuje cały czas z tym przerażającym przeobrażeniem. Death-doom, który płynie z samych czeluści piekła. Niesie ze sobą brutalne akordy, siejące grozę i bluźnierstwo. Undergroundowy styl o barbarzyńskim i bluźnierczym usposobieniu, które podbijają ohydne wokalizy w postaci plugawych growli i bazyliszkowatych warkotów. Wulgarne wydawnictwo, które liże lubieżnie swym śmierdzącym jęzorem, zsyłając śmierć i zniszczenie. Czyste, aroganckie zło, przed którym zapewne pokaźne grono „metalowców” ucieknie w popłochu.

shub niggurath




Recenzja Wolfbastard „Satanic Scum Punks”

 

Wolfbastard

„Satanic Scum Punks”

Apocalyptic Witchcraft Rec. 2026


Uwielbiam takie odkrycia. Chociaż słowo „odkrycie” powinienem chyba napisać w cudzysłowie, bo Wolfbastard maja już na koncie trzy duże albumy, a milusio zatytułowany „Satanic Scum Punks” jest ich czwartym, wydanym w pierwszym kwartale bieżącego roku. Od kilku lat mam straszną fazę na granie punkowo / crustowo / blackmetalowe (choć z drugiej strony nie szperam w Internetach jak szalony), i taką właśnie muzykę gra trio pochodzące z Manchesteru. W zasadzie mógłbym o tym trwającym niecałe pół godziny krążku napisać jedno zdanie. Klasyka gatunku. A najlepszym odnośnikiem byłby zapewne szwedzki Wolfpack / Wolfbrigade. Bardzo dziwnym zbiegiem okoliczności Brytole też mają w nazwie zespołu wilka, prawda? No dobra, ale powiedzmy sobie szczerze, czerpać inspiracje, czy momentami nawet kopiować, też trzeba umieć. Wolfbastard to prawdziwy dynamit, wulkan energii, wkurwiona brygada pijaków, którzy w drodze z pubu do domu tylko patrzą, co by tu rozpierdolić, i komu zrobić krzywdę. Na płycie mamy jedenaście kawałków, zagranym w tempie typowo crustowym, z powszechnym d-beatem w roli głównej. Linie gitarowe są o tyle proste, co kurewsko chwytliwe i melodyjne, a kolejne kompozycje są liściem wymierzonym na twarz każdego pozera. Powala mnie naturalność, z jaką panowie nasączają swoje dźwięki kipiącą agresją. Tutaj się nie da siedzieć spokojnie na dupie, bo adrenalina na to nie pozwala. Zwłaszcza jeśli słyszy się taką piosenkę jak „Hail Satan Kurwa”, zawierającą kilka kluczowych słów z naszego słownika, a będącą małym tributem dla polskich metalowców uczęszczających na gigi Wolfbastard. Dobrze się domyślam, co musi się wówczas dziać na afterkach. Oczywiście podany przykład jest tak samo reprezentatywny dla całości, jak jakikolwiek inny numer, bo płyta nie zawiera słabych punktów, jest ciągłym wciskaniem pedału gazu do dechy, i jazdy na oślep z zamkniętymi oczami. Teksty są wręcz banalne, pełne „fuck”ów i bardzo bezpośredniego języka, zatem przekaz zrozumie nawet wiejski głupek. „Satanic Scum Punks” to wyśmienity materiał, którego słucha się z uśmiechem na twarzy i zaciśnięta pięścią w górze. Kto nie zna (a domyślam się, że chłopaki niezbyt są w naszym kraju popularni, bo nie słyszał o nich nawet mój znajomy, który w gatunku na pewno siedzi bardziej niż ja), niech sprawdza, bo to crustowe napierdalanie na najwyższym poziomie.

- jesusatan





Recenzja BOCC „Demolarium”

 

BOCC

„Demolarium”

Night Terror Records 2026

 


Ci trzej panowie pochodzą z Barcelony, gdzie grają sobie razem od 2019 roku. Jedenastego septembra wyjdzie ich drugi krążek więc maniacy gęstych potraw oraz ci, którzy czekają na powtórkę z rozrywki od BOCC już niedługo, będą mogli się w nowych dźwiękach tej kapeli pławić. Jeśli nie słyszeliście poprzedniej, ani w ogóle żadnej produkcji BOCC, to musicie wiedzieć, że doom-death w ich wykonaniu robi wrażenie. Ja, wcześniej nie miałem o ich istnieniu pojęcia, tym bardziej „Demolarium” wgniotło mnie w fotel. Hiszpanie młócą w starym stylu, fantastycznie łącząc ze sobą wspomniane gatunki, co owocuje ciężką muzą, która złożona jest z zawiesistych, wolnych akordów i słoniowatych galopad w średnich prędkościach. Do tego Barcelończycy dokładają sporo groove’u, ale nie znaczy to, że świetnie będziemy się przy tym albumie bawić. Te chwytliwości powodują tylko to, że metal grany przez BOCC wchodzi gładko, nie stając w gardle. To i dobrze, i w sam raz, bo szlam wydobywający się z instrumentów tego tercetu jest naprawdę skondensowany. Oprócz mazistej struktury posiada jeszcze coś, a mianowicie klimat, w którym śmierć, towarzyszący jej rozkład i przerażenie, są wręcz namacalne. Poza tym, że zsyła potężną dawkę miazmatów i kruszy kości, to doskonale atmosferyzuje, budząc lęk ponurymi riffami i solówkami. Materiał wygenerowany na gruboziarniście przesterowanych gitarach i skrajnie mięsistym basie, który momentami tak rezonuje, że od jego drżenia można dostać mdłości. Dalej to potężna perkusja, której obsługiwacz łupie w nią jakby od niechcenia oraz głębokie, przepełnione flegmą growle. Doom-death metal, w którym odnajdziecie tony flaków, tyle samo błota i nie wiem, ile litrów krwi. Brud, złowieszczość i zgnilizna. Płyta skomponowana umiejętnie, tak aby jej jaskiniowość nie nużyła, lecz przyciągała do siebie na dłużej. Bezlitosna miazga.

shub niggurath




 

wtorek, 18 sierpnia 2026

Recenzja Hell-Born „VII”

 

Hell-Born

„VII”

Deformeathing Prod. 2026

Opóźniło się z deka wydanie tego materiału. Najpierw nowy Hell-Born miał ukazać się nakładem Odium Records, co jednak nie doszło do skutku, z powodów które pozwolę sobie pominąć milczeniem. Potem trzeba było poczekać kilka kolejnych miesięcy, bo plany wydawnicze Deformeathing były wcześniej ustalone, ale w końcu jest! Jest, i prezentuje się nad wyraz zgrabnie, na pewno na tyle, że nikt, kto czekał, nie poczuje się zawiedziony. Bo, po pierwsze, Hell-Born nowej formuły nie odkrywa, nie szuka po kątach czegoś, co nie wiadomo czy w ogóle zgubił, tylko gra swoje. A po drugie, potrafi jednak w tej swojej stylistyce nie wałkować w kółko tych samych tematów. „VII” jest krążkiem nieco innym niż „Natas Liah”. Powiedziałbym, że nieco… bogatszym. Więcej na nim choćby melodii. Ale nie takiej łatwo wpadającej w ucho, tylko wolnodojrzewającej. Nie będę ściemniał, po pierwszej rundzie nie piałem nad tymi utworami z zachwytu. Natomiast „VII” zaczął we mnie mocno rosnąć przy trzech kolejnych podejściach. Może dlatego, że album ten nie wali od pierwszych sekund bezpośrednio w ryj, działając raczej jak trucizna, infekując i rozpracowując odbiorcę w sposób bardziej taktyczny, zaplanowany. Same składniki nie uległy znacznej zmianie. Znajdziemy tu odwołania do klasycznego, głównie niemieckiego, thrashu, a także sporo tradycyjnego death oraz black metalu. Szczegółowa analiza to jednak dzielenie włosa na czworo, bowiem naprawdę na przestrzeni jednej tylko kompozycji można paluchem wytknąć wszystkie wymienione przed chwilą gatunki. Ale niech takim przykładem będzie „The One with Horns”, gdzie mamy oldskulowy, deathmetalowy riff do wolniejszego headbangingu, potem szybkie, melodyjne, blackmetalowe tremolo, a pod koniec przejście w kostkowanie bardziej tradycyjne, o thrash się ocierające. A wszystko razem wymieszane w sposób świadczący jedynie o doświadczeniu i umiejętnościach muzyków. Na tym krążku sporo jest przejść między tematami, sporo zwolnień i przyspieszeń, stylistycznego urozmaicania akordów, nawet lekko wybiegających poza szablon wariacji wokalnych, tutaj naprawdę dużo się dzieje. I czuć w tym ciężar, bez względu na dyktowane w danym momencie tempo. Powiem zatem krótko. „VII” to kolejna odsłona Hell-Born takiego jaki lubicie (jeśli lubicie), w lekko podliftingowanej formie. Moim skromnym zdaniem, materiał ten jest zauważalnie lepszy niż poprzedni, a przecież i jemu niewiele dało się zarzucić. Jestem w pełni usatysfakcjonowany. Gwarantuję, że też będziecie.

- jesusatan




Recenzja Bloodmother „Militant Black Magic”

 

Bloodmother

„Militant Black Magic”

Time to Kill Records 2026

 


Bloodmother to świeży szyld z fińskiej ziemi, który został powołany do życia w 2021 roku, choć źródła internetowe twierdzą, że było to dwa lata później. Nieważne. Finowie wydają właśnie swoją pierwszą płytę, która dostępna będzie we wrześniu. Co grają? Cóż, black metal, nawiązujący do tradycji kraju, z którego pochodzi ten kwintet. Nie są to jednak odpustowe przytupajki, lecz potężna dawka wścieklizny, którą zarazić się jest nietrudno. Na pierwszy rzut ucha może się wydawać, że „Militant Black Magic”, to nic innego jak tylko hipnotyczna napierdalanka, która oparta jest na kilku zapętlonych riffach i tremolo, ale gdy uważnie wsłuchacie się w ten materiał, to odkryjecie, że oprócz jednostajnego mielenia jest tu coś jeszcze. Chodzi o niesamowitą rytmikę, która nie tylko wypływa z takichż, okresowo pojawiających się akordów, ale tą, generowaną bezpośrednio przez bębny i bas, które do spóły robią czarcią robotę, podbijając „pełną kurwę” tego black metalu do granic możliwości. Poza nawałnicą jadowitego kostkowania, Bloodmother dostarcza sporo bujanek, złośliwych chwytliwości oraz monumentalnych, średnich temp, które atakują brutalnie i konsekwentnie wbijają w glebę. Diabelszczyzna zagrana na ostrych, kąśliwych gitarach i dźwięcznej sekcji. Okraszona gniewnymi wrzaskami wokalisty, sunie do przodu, nie pierdoląc się w tańcu, zmiatając swym podmuchem wszystko, co spotka na swojej drodze. Zimny i wkurwiony black metal, który nie cierpi sprzeciwu. Wrogo nastawiony, wżera się w organizm każdym porem skóry, agresywnie go infekując. Bezpośrednio, bez ozdobników i z szybkością, za którą, gdyby nie zmiany w kostkowaniu i rytmice, trudno by było nadążyć. Brzytwa jakich ostatnio mało na rynku.

shub niggurath




poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Recenzja Atomic Aggressor „The Occult Forces”

 

Atomic Aggressor

„The Occult Forces”

Hells Headbangers 2026

No i jest też nowy Atomic Aggressor. Nagranie drugiej płyty zajęło Chilijczykom, bagatela, dwanaście lat. Była co prawda po drodze EP-ka, ale to też dobre siedem lat wstecz. No i co z tego, skoro na sam debiut czekać trzeba było niemal dwie dekady, zapytacie? Ano nic, bowiem w temacie muzycznym niewiele się u chłopaków zmieniło. „The Occult Forces” to circa czterdzieści minut muzyki takiej, do której panowie, mimo bardzo powolnego trybu pracy, nas przyzwyczaili. W zasadzie mamy tutaj samą klasykę death metalu, z niewielkim thrashowym nalotem. Lata dziewięćdziesiąte kłaniają się w pas, a nazwy takie jak Sadistic Intent, Morbid Angel czy Possessed same się cisną na usta. Atomic Agressor jest kolejnym przedstawicielem gatunku, którego narodzin, albo przynajmniej najwcześniejszego etapu, muzycy doświadczali osobiście. A że czas im się wówczas zatrzymał, to i nie poszukują skarbów na ziemiach nieodkrytych, tylko jadą po staremu, na wskroś archaicznie, w duchu tego, co mnie w muzyce deathmetalowej rozkochało. W tych ośmiu kawałkach jest tyle chwytających za serce melodii, tyle ostrych riffów, tyle wyśmienitych solówek, że paluszki lizać. A owe odwołania do wspomnianych powyżej prekursorów, nawet jeśli obecne w każdej niemal chwili, nie ograniczają się bynajmniej do zwykłego kopiowania. Atomic Aggressor potrafią komponować swoje piosenki z wyczuwalną łatwością, w sposób naturalny, niewymuszony, a odnośniki w nich zawarte są po prostu tym, co im w sercu wybrzmiewa. Ponadto da się tutaj wyczuć ten południowoamerykański sznyt, który dodaje metalowi śmierci ze wspomnianego zakątku globu charakterystycznego posmaku. Słychać, że nie jest to muzyka tworzona przez laików, że panowie z deathmetalowego pieca niejeden chleb opędzlowali. Dlatego może słucha się „The Occult Forces” z podniesionym ciśnieniem i wielkim uśmiechem na twarzy. Nie będę zatem bił piany, tylko powiem krótko. Sprawdzajcie ten krążek, bo chuj wie, ile będziemy musieli czekać na kolejny, albo czy w ogóle się doczekamy. Bardzo dobre staroszkolne granie.

- jesusatan




 

Recenzja Vulgar Mephitis „From Dust”

 

Vulgar Mephitis

„From Dust”

Willowtip Records (2026)

 


Willowtip Records już niejednokrotnie pokazywała, że ma smykałkę do wyszukiwania niebanalnych zespołów, nie oglądając się na podgatunku metalu. Nie inaczej jest w przypadku Vulgar Mephitis, kwartetu z Pensylwanii, który niedługo zadebiutuje albumem „From Dust” w barwach lokalnej wytwórni. A cóż ten album przynosi? Już sama okładka zdradza, że będziemy mieli do czynienia z dość klinicznym death metalem, czyli zapewne dość brutalnym. I tak też jest w rzeczywistości – Vulgar Mephitis po wstępnym flircie z melodyjkami i uśpieniu czujności słuchacza atakuje technicznym, brutalnym, ale i dość klasycznym metalem śmierci. Cisną się tutaj porównania z Dying Fetus czy z nieco nowszymi bandami pokroju Unfathomable Ruination. Zwraca uwagę intensywność, gęstość i bardzo wysoki poziom wykonawczy. Muzykom Vulgar Mephitis nie można w tym departamencie niczego zarzucić. Okazjonalne flirty z melodią dla jednych mogą być zgrzytem, dla innych zaletą, ale w ogólnym rozrachunku nie znalazłem tu niczego co by wywoływało konwulsje czy chociażby poczucie niezręczności. Od strony produkcyjnej też nie można powiedzieć tutaj złego słowa – materiał jest ciężki, masywny, jakby zdradzający pewne fascynację sceną HC. Trudno mi natomiast znaleźć w tych dźwiękach zręby własnego stylu, czy chociażby próbę poszukania własnej tożsamości. Dla mnie to brzmi dosłownie jak skrzyżowanie wspomnianych dwóch wcześniej zespołów plus szczypta melodii. Na debiut może i wystarczy, ale zastanawiam się, gdzie tu jest ta furtka na coś więcej. „From Dust” to bardzo rzemieślnicza płyta. Solidnie, a nawet bardzo solidnie wykonana, ale trochę mało atrakcyjna dla oka i ucha, bo niespecjalnie się czymś wyróżnia. Brakuje odcieni, brakuje tego „czegoś”. Ale to wciąż album na tyle dobry, że warto go posłuchać.

Harlequin




niedziela, 16 sierpnia 2026

Recenzja Solystalgia „Solystalgia”

 

Solystalgia

„Solystalgia”

Nameless Grave 2026

 


Solystalgia to nowy zespół zza Wielkiej Kałuży, ale od razu zaznaczam, że wcale nie jest to kolejny twór deathmetalowy. Tym razem trafia nam się trio, które preferuje smutki i tęsknoty. Nie będę kłamał, iż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Owszem, kiedyś też trochę skutkowałem, ale było to raczej w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, i dość szybko mi przeszło. Może dlatego, że gatunek który zrodził się w umysłach muzyków Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema dość szybko się wypalił i skręcił mocno w nieco luźniejszym kierunku. Tenże właśnie odłam kontynuują Amerykanie. Owszem, wspomniane pierwowzory są chwilami słyszalne w ich twórczości. Trochę w melodiach, częściej w solówkach, momentami w melancholijnym sposobie śpiewania. Powiem tak… Nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, pod względem wspomnianej estetyki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Choćby dlatego, że muzycy potrafią budować przytłaczającą, łzawą atmosferę swoich kompozycji nie tylko za pomocą smutnych harmonii, ale i dość ciekawej budowie całości. Główne utwory, w których oczywiście króluje powolne i pogrzebowe granie z dużą dozą rozpaczy, bez przesadnych zepętleń, przeplatają instrumentalnymi przerywnikami, jeszcze bardziej pogłębiające w słuchaczu negatywne uczucia. Co warto zaznaczyć, nie są to upchnięte na siłę interludia, wrzucone na płytę tylko dlatego, by utrzymać wspomniany schemat, ale utwory mocno spinające całość, będące jakby drzwiami do kolejnej sali smutku w tworzonym przez zespół muzeum. Wokalnie na szczęście też jest nieźle. Nie ma przesadnego balansowania w kierunku czystego smęcenia, przeważają raczej growle, co akurat dla mnie stanowi wielki plus. Pod względem brzmienia też jest przyzwoicie, choć brakuje mi nieco więcej ciężaru na gitarach, brzmiących w tym przypadku bardziej Katatoniowato niż wspomniane na wstępie pierwowzory (zwłaszcza w początkowym okresie). Same kompozycje nie nudzą, a chwilami nawet pozytywnie zaskakują. Jak choćby ostatni, odstający nieco od całości (o dziwo!) lżejszym klimatem, akustyczny „Acceptance”. Jeśli ja nie wyrzuciłem tego materiału po trzech minutach do kosza, to już jest jakaś pozytywna rekomendacja. A jak powiem, że odsłuchałem go trzy razy bez ziewania, to jest to już rekomendacja spora. Fani Novembers Doom, October Tide czy innego Swallow the Sun powinni być “Solystalgią” zachwyceni. I w sumie nie będę się im dziwił.

- jesusatan




 

Recenzja Jehovah on Death „Lágrimas de Oro”

 

Jehovah on Death

„Lágrimas de Oro”

I, Voidhanger Records 2026

 


Jeśli macie czasami ochotę posłuchać czegoś lżejszego, to sięgnijcie po Jehovah on Death. To kapela, która pochodzi z Aten, gdzie komponuje i nagrywa od 2020 roku. Po wydaniu kilku epek w lipcu ukazał się ich debiutancki album „Lágrimas de Oro”. Zawiera on dziewięć kawałków, które utrzymane są w tonie psychodelicznego rocka i proto-metalu, o okultystycznym usposobieniu. Jeśli znajome są wam takie kapele jak Blue Öyster Cult, Coven czy bardziej współczesne rzeczy jak chociażby Sabbat Assembly, Blood Ceremony i The Devil’s Blood, to już wiecie, jak leci muza od Greków. To muzyka przesiąknięta mistyką, tajemniczością i diaboliczną aurą. Wygenerowana za pomocą klasycznych i okresowo, wpadających w doomowe tony riffów, które okraszone zostały mroczną melodyką, płomiennymi solówkami i co najważniejsze, wspaniałymi wokalami żeńskiej części zespołu w osobie Señory Dolorosy. Wydobywa ona ze swoich strun głosowych mocne, powabne i kuszące dźwięki, które podkreślają diaboliczny charakter płyty i podbijają chwilami jej dramatyzm. Jehovah on Death urzeka swoją muzyką, która wypełniona jest formami znanymi z bluesa, posępnego rocka i proto-metalu, kreślącymi religijne i ponure pejzaże. Spotykają się w nich niezwykle nastrojowe akordy z żywotnymi, żarliwymi partiami, które oprócz sugestywnej rytmiki i atmosferyczności, potrafią także nieźle przysolić. Wydawnictwo inteligentnie zaaranżowane, które fascynuje satanistycznym klimatem rodem z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, który Ateńczycy oddają w autentyczny sposób. Polecam, bo świetnie i zarazem niezobowiązująco się tego słucha, a i wrażeń odpowiednich dostarcza.

shub niggurath




sobota, 15 sierpnia 2026

Recenzja Emptiness „Nowhere Speaks”

 

Emptiness

„Nowhere Speaks”

Season of Mist 2026

 


Emptiness to dla mnie nazwa kompletnie nieznana. A przecież zespół ma w dorobku już sześć płyt, a tworzący zespół ludzie z niejednego pieca chleb jedli, żeby wymienić choćby takie twory jak Enthroned, Abysmal Descent, Putrid Offal, Necromantic Worship czy Possession. Zatem najwyższy czas nadrobić zaległości, i sprawdzić, czym to smakuje. Okazuje się, że smaków tutaj co nie miara, na pewno więcej niż w najpopularniejszym chińskim daniu z kurczaka. Już po kilku minutach można bowiem stwierdzić, że nie jest to album na jeden odsłuch. Nie jest to też album typowy, który można przypisać do jednego gatunku, czy porównać do konkretnego zespołu. Belgowie dość mocno kombinują i mieszają w swoim garnku rozmaitości. Najogólniej można powiedzieć, że „Nowhere Speaks” to mroczny, bardzo nastrojowy doom / black metal o silnie awangardowym zabarwieniu. W zasadzie panowie nie wykraczają poza tempo średnie, zdecydowanie częściej zwalniając, albo wplatając między dłuższe utwory krótkie instrumentalne przerywniki. Występuje tu bardzo bogate instrumentarium. Albo może inaczej, sporo fragmentów odgrywanych jest jedynie przez część całej „orkiestry”. Gitarowe tremolo gdzieniegdzie milkną, ustępując miejsca, na przykład, jedynie perkusji z akompaniamentem basu. Gdzie indziej rolę przewodnią przejmują klawiszowe pasaże, ambientowe wstawki, albo momenty akustyczne, a wszystkiemu towarzyszą bardzo nietypowe, bo głównie szeptane (śpiewane szeptem?) wokale. Sporo tu odniesień do black metalu z Islandii, Francji, ale także do twórczości Howls of Ebb czy Blut Aus Nord. Nie brakuje także elementów wykraczających daleko poza metalowe ramy. Dość ciekawym zabiegiem jest także nagłe urwanie końcówki w dwóch ostatnich kompozycjach. Brzmi to na tyle dziwnie (głównie dlatego, że zabieg ten się powtarza), że aż musiałem sprawdzić, czy aby moja promówka nie posiada błędów. Wszystkie stosowane przez Emptiness zabiegi tworzą bardzo kolorowy i bogaty obraz muzyczny, który ogląda się kawałek po kawałku, co chwilę znajdując na nim jakieś drobne, skrzętnie ukryte detale. Całość trwa niewiele ponad czterdzieści minut, i naprawdę zlatuje nim mrugniemy okiem. Ale wciąga na tyle, że zaraz się chce „Nowhere Speaks” włączyć ponownie. Fajna, dziwna i intrygująca płyta.

- jesusatan




Recenzja EPITAPHE "III"

Epitaphe

„III”

Aesthetic Death (2026)

Francuscy death/doomowcy po czterech latach przerwy wracają ze swoim trzecim albumem zatytułowanym po prostu „III”, którego wydawcą będzie ten sam label co wcześniej – brytyjski Aesthetic Death. Również w obszarze muzycznym radykalnych zmian nie ma, niemniej mam poczucie, że omawiane tu wydawnictwo najbardziej trafia w mój gust z dotychczasowej twórczości Francuzów. Przede wszystkim fascynacja Opeth i wszelkiej maści eteryczno-klimatyczno-akustycznymi fragmentami i interludiami została trochę okrojona. Mam wrażenie, że im starszy się robię tym moja tolerancja na tego typu klimaciki jest mniejsza. I podobnie jest w tym przypadku – gdy muzycy Epitaphe zapędzają się w te rewiry próbując zrobić „różnicę” i rozładować trochę nastrój misternie budowany kolejnymi minutami frapującego death-doomu, robi się zwyczajnie nudno i mdło. I jest to jedyny mankament „III”. Pozostała muzyczna treść to cholernie dobrze zagrany i napisany kawałek muzyki z mnóstwem zmian tempa i motywów, galerią świetnych riffów i kanonad perkusyjnych, czy po prostu zajebiście dobrze prowadzonych kompozycji (nie licząc wspomnianych ucieczek w spokojne frazy). Uroku dodaje też produkcja – bardziej surowa niż na „II”, zdecydowanie bardziej kłaniająca się klasyce gatunku. Czas pokazał, że po nieco dłuższej niż zazwyczaj fascynacji albumem „II” przestałem po postu do niego wracać. Mam poczcie, że z „III” będzie podobnie, bo mimo wszystko to wciąż jest granie utrzymane w tej samej konwencji i stylistyce – zmieniły się tylko proporcje. Może, gdy muzyce Epitaphe całkiem zrezygnują z fascynacji ekipą Akerfeldta osiągną swój artystyczny szczyt, a może po prostu będą powielać swoje pomysły. Nadal bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że pomimo że „III” jest lepszym albumem niż „II” to mój entuzjazm jest trochę mniejszy. Może przez te cztery lata wniosłem więcej nowego do swojego muzycznego gustu niż Francuzi do swojej muzyki? A może po prostu inaczej te dźwięki odbieram. Niemniej bardzo mocno polecam. 

Harlequin




 

 

piątek, 14 sierpnia 2026

Recenzja Godslut „The Art of Deconstruction”

 

Godslut

„The Art of Deconstruction”

Selfmadegod Rec. 2026

 


Kiedy tak sobie skanowałem na szybko Internety w poszukiwaniu czegoś na temat Godslut, natknąłem się na informację, iż zespół ten, po wydaniu debiutu, trzy lata temu, u tego samego wydawcy, okrzyknięty został przez niektórych „nową nadzieją polskiego death metalu”. Uuu, grubo! Trzeba było sprawdzić, bo przecież, co jak co, ale death metal to ja kocham od dziecka, trochę znam, i coś tam się orientuję. Hmm… nie wiem jak to wyglądało na debiucie, i czy aby nazwisko widniejącego wówczas w składzie bandu muzyka nie przyczyniło się kapkę do sukcesu marketingowego, ale to, co słyszę na „The Art of Deconstruction” to… taki Decapitated 2.0. I to porównanie wali mnie po uszach w zasadzie od pierwszej nutki do przedostatniego taktu (o ostatnim później). Owszem jest to death metal. Bardzo przykładnie (dla mnie ZBYT przykładnie) wyprodukowany, wyczyszczony tak, by każde pryknięcie stopy, czy plumkniecie basu było doskonale słyszalne, i żeby przypadkiem żaden paproszek się gdzieś na strunie nie osadził. Owszem, z zachowaniem odpowiedniego ciężaru i masy, żeby nie było niedomówień, acz bardziej typowego dla djentu. Samo granie Godslut to taki polski death metal z okresu późniejszego niż złota era. Czyli czasów, kiedy to poprzez narastający w kompozycjach poziom groove’u, pewnego rodzaju przebojowość i chwytliwość, wprowadzanie elementów z bardziej komercyjnych gatunków pobocznych trochę ten pierwotny metal śmierci poprowadziły z głębokiego undergroundu ku szerszej publiczności. Kojarzycie pewnie Fear Factory i ich „kultowy” „Demanufactured”. Na nowym krążku Godslut są momenty wzorowane chyba na owym wydawnictwie. Zresztą potwierdza się to liniach wokalnych, nierzadko wychodzące poza sferę klasycznego growla. Są też akordy o rodowodzie hard core’owym, jest też (o ja pierdolę, i to już jest gwóźdź do trumny) akustyczna balladka, i to z partiami wokali żeńskich! Na szczęście jest to już ostatni numer na płycie (kurwa, tytułowy haha!), ale powiem szczerze, jak dewotka na spowiedzi. Przez tą piosenkę nie chciało mi się włączać „The Art of Deconstruction” po raz drugi. Pomijając ten straszny babol, reszta materiału to solidny death metal dla fanów bardziej przystępnego oblicza gatunku, w którym osobiście niezbyt gustuję. Fanom wspomnianego Decapitated powinno się jednak spodobać. „Nadzieja polskiego death metalu”? Błagam… Nawet Mystic na początku działalności by chyba tego nie wymyślił.

- jesusatan




 

Recenzja Archgoat „Nightbringer, Lightbringer”

 

Archgoat

„Nightbringer, Lightbringer”

Debemur Morti Productions 2026

 


Mało coś ostatnio zaskoczeń, bo nowy Archgoat również nim nie jest. Finowie łupią jak na nich przystało, serwując smrodliwą papkę, którą uformowali w war metalowe kształty. Mieszają ją jak zwykle z rytualnymi, średnimi i wolnymi tempami, które wspomagane są przez subtelne syntezatory. Klawisze dobiegają jakby z oddali, podsycając ogień piekielny „Nightbringer, Lightbringer”, składającego się z jedenastu kawałków, z których sączy się smoła zmieszana z bluźnierstwem, ale nikogo przecież to nie zdziwi, ponieważ to w końcu Archgoat. Barbarzyńskie nawałnice, jadowite blasty i mnóstwo mistycyzmu o diabelskiej proweniencji. Panowie opanowali swoją sztukę do perfekcji, atakując jak zwykle z siłą znaczną. Gęsty i odstręczający szajs, który oprócz satanistycznego podmuchu, oferuje niezmierzone pokłady ceremonialnej atmosfery, a roztaczający ją trzej szafarze, zostali do tego namaszczeni przez samego Diabła. Jednakże to nie tylko toporne akordy tworzą ten materiał, bo Finowie do swych bestialskich i kultowych riffów dokładają sporo finezyjnej ornamentyki, którą trzeba wyłowić z kłębiących się tutaj dźwięków, ale jak już to się uda, to wyłania się wtedy wielowymiarowość kompozycji, początkowo jawiących się jako prosta i bezbożna napierdalanka. Do tego trzeba dodać sporo chwytliwości, które jak to u Archgoat nie są nachalne i dość sprytnie sprawiają, że ich muzyka oprócz antyreligijnych uniesień, gwarantuje również bezbolesny odbiór, nie umniejszając przy tym jej ciężaru gatunkowego. Co tu dużo pisać. Archgoat po raz kolejny oferuje swoim fanom miażdżący krążek, zaś antagonistom powiew gorącego powietrza, które spali ich na popiół. Finowie cały czas w formie.

shub niggurath




 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Recenzja Neolith „Inbir”

 

Neolith

„Inbir”

Deformeathing Prod. 2026

 


„Inbir” to słowo pochodzące z języka sumeryjskiego i oznacza „wojnę”. Czy da się w bardziej bezpośredni sposób zatytułować album deathmetalowy? Można by polemizować, ale na pewno słowo to i tak znalazłoby się w czołówce. Neolith obecni są na scenie od… cholera, od ćwierćwiecza i jeszcze dekady! Stare dziady, stare dziady! OK., koniec z poezją na dziś. Chłopaki od początku wierni są metalowi śmierci. Oczywiście takiemu ze starej szkoły, którą to, de facto, współtworzyli w złotym okresie gatunku. I wyobraźcie sobie, że przez te wszystkie lata Neolith prą do przodu ściśle upatrzoną ścieżką, z klapkami na oczach, niczym koń podczas wyścigów derbowych. Bez skoków w bok, bez tak zwanych „ewolucji” (czytaj: drastycznych zmian stylu), bez czerpania inspiracji z późniejszych, gruzowych odłamów gatunku. Czysty staroszkolny metal śmierci w najbardziej klasycznej formie. I chyba właśnie stąd wspomniany na wstępie „Inbir”, równie niewyszukany, co i sama muzyka. Wydany sześć lat temu „I am the Way” był dla mnie sporym zaskoczeniem. Głównie z tego powodu, że udowodnił, iż zespół z trzydziestoletnim stażem może nagrać jeden z najlepszych materiałów w swojej dyskografii. Jak w odniesieniu do owego krążka ma się „Inbir”? Cóż, trzyma poziom, i to zdecydowanie. Zdaje się, Levi i spółka są niczym wino. Bo ta nowo otwarta butelka zdecydowanie ma moc. Stylistycznie, jak już wspomniałem, fikołków nie ma. Jedyną nowością jest jeden numer zaśpiewany po naszemu, co się dotychczas (o ile mnie pamięć nie myli) zespołowi nie zdarzyło. Czysto sonicznie to nadal głównie Floryda i jej pochodne. Nadal przewijają się tutaj Morbidowe melodie oraz, przede wszystkim, solówki, które ostro weszły chłopakom z krew. Floryda, ale też na bardzo polski sposób. I tak sobie myślę, że gdybym kolejny raz rzucił porównaniem, dajmy na to, do wczesnego Vader, to dla zespołu z takim stażem byłoby to chyba poniekąd uwłaczające. Zwłaszcza, że ekipa Wiwczarka dosyć daleko odpłynęła od swoich korzeni, a Neolith nadal nie da się wyrwać z ziemi przez wiatry historii. Największą zaletą „Inbir” jest chyba właśnie konsekwencja i upór z jakim zespół trzyma się ram gatunku, a zarazem umiejętność grania „tych samych” patentów po raz nasty, bez kopiowania samego siebie ani zrzynania z „tych większych”. Gdybym miał doszukiwać się pęknieć w tym, nomen omen, monolicie, to naprawdę musiałbym być albo złośliwy, albo wyjątkowo drobiazgowy. Bo te czterdzieści minut to bardzo solidny kamień w bastionie twierdzy deathmetalowej. Neolith nigdy nie był dla mnie zespołem wybitnym. Zawsze jednak był na tyle dobrym, by poświęcić mu przynajmniej kilka odsłuchów. I nigdy nie żałowałem. Nie żałuję także tym razem. I biję po raz kolejny szczere pokłony, bo mało jest tak upartych deathmetalistów trzymających równy poziom przez tyle lat. Że mało napisałem konkretów o samej muzyce? Niech ona broni się sama. Ma czym.

- jesusatan




 

Recenzja Eternal Mourn „Winds of Sorrow”

 

Eternal Mourn

„Winds of Sorrow”

Terror from Hell Records 2026

 


Eternal Mourn jest kapelą z Włoch, która w lipcu obwieściła światu swoje istnienie za pomocą epki „Winds of Sorrow”. Zawiera ona trzy kawałki utrzymane w śmierciowo-gotyckim stylu, nawiązując w pełni do początków tego typu grania, kiedy to jeszcze gockie wydawnictwa gatunkowo ściśle związane były z death metalem. I tak właśnie, Włosi raczą słuchaczy powolnym, głównie średnio-tempowym metalem o słusznej wadze i gęstości. Niekiedy, ociężałe akordy zrywają się do szybszych uderzeń, przechodząc w żwawe i nieco przebojowe riffy, z jakimi do czynienia mieliśmy na „Shades of God” Paradise Lost. Są to, jednakże tylko krótkie momenty, bo większość kompozycji wypełniają przygnębiające takty, o bolesnej i melancholijnej wymowie, które, gdy osiągają apogeum rozpaczy i nie odnajdują wybawienia, toną w żałobnych nutach. Skoro już wspomniałem o Paradise Lost, to nie sposób skojarzyć muzyki Eternal Mourn z innymi przedstawicielami gotyckiego deta, takimi jak wczesna Katatonia, My Dying Bride czy Cemetary. Podobieństwa do nich w przypadku „Winds of Sorrow” niemalże od pierwszych sekund rzucają się w uszy i nikt oraz nic na to nie poradzi, bowiem takie było założenie Eternal Mourn, aby wskrzesić ogień tego gatunku na nowo i jednocześnie oddać mu należyty hołd. To klasyczne ujęcie, które w pełni wykorzystuje wszelkie zagrywki właściwe dla doom i death metalu. Wszystkie należyte dla tej odmiany formy tu się znajdują i doskonale ze sobą łączą. Mroczne i ciężkie riffy, odrobina brutalności, sporo depresyjnych chwytliwości, głębokie growle i atmosfera wypchana po brzegi smutkiem. Co najważniejsze całość zapodana jest w tradycyjny sposób, nie próbując uwodzić odbiorców lżejszymi formami lub cukierkową melodyką. Jest tutaj ciemno, gęsto i beznadziejnie, tak jak powinno być. Myślałem, że taki metal już dawno się zużył, ale Eternal Mourn udowadnia, iż nie do końca. Polecam fanom gatunku i nie tylko.

shub niggurath




środa, 12 sierpnia 2026

A review of Rapid “Enter the Realm of Fire”

 

Rapid

“Enter the Realm of Fire”

Dying Victims Prod. 2026

 


Twelve years ago, in Helsinki, Rapid was formed. The guys recorded a demo, then a second one, before taking a break of several years, only to return with an EP, and now, a mere twelve years on, to make their debut under the wings of Dying Victims Productions. Those last three words probably tell everyone enough to guess what Rapid are all about. And I’ll go even further… If there were a competition for the most representative act from this German label, the Finns would stand a very good chance of taking the top prize. “Enter the Realm of Fire” consists of an intro plus ten tracks of oldschool music, which can quite rightly be labelled “speed/black metal”. With the caveat, however , as I’ve mentioned many times in my reviews, that the ‘black’ element here is very much a matter of convention, and probably stems solely from the fact that this music was created in the present day rather than the 1980s. Musically, these recordings feature riffing in the vein of early Venom, Bulldozer or Sabbat, whilst vocally, the band sticks to clean yet powerful, aggressive singing. The guitar lines have something of the lightness of that era about them, in the sense that they flow freely, carrying a catchy melody that’s nonetheless so aggressive it makes you want to pull on some leather trousers and backcomb your hair. In the old days, this sort of ‘heavy metal’ shaped not only musical tastes but also one’s personality. It was a way of life, not just an online pose. Above all, it was utterly sincere. And Rapid play in exactly the same way as their much older idols. ‘Enter the Realm of Fire’ has all the elements that retro metal should have. And the most important of these is the sincerity of the message, and the ability to conjure up in your mind the old spirit that accompanied the creation of many of the genre’s milestones. Every track on this Finnish band’s album brings a broad smile to my face. Every one gets the adrenaline pumping. Every one brings back memories of my youth. And absolutely every single one is a potential live show-stopper. Hats off to Dying Victims for managing to unearth such gems amidst a sea of sludge. Even if they don’t overturn anyone’s value system, but simply reinforce it. Check the album out, you old farts, because it’s worth it.

- jesusatan




Recenzja Sněť „V Bažinách Vědomí”

 

Sněť

V Bažinách Vědomí

Dark Descent/Me Saco U Ojo (2026)

 


Tak! Czeski Sněť wraca właśnie na salony za sprawą drugiego albumu „V Bažinách Vědomí”, który lada dzień ujrzy światło dzienne. Poprzedni album zdrowo namieszał w deathmetalowym undergroundzie i sądzę, że na trwałe wpisał się historię współczesnego metalu śmierci. Podobną przyszłość wróżę drugiemu albumowi, który w żaden sposób nie stara się kopiować debiutu. Powiem więcej - „V Bažinách Vědomí” zaskakuje w wielu aspektach i na pewno nie są to zaskoczenia in minus. Ale po kolei. Debiut był w przeważającej części osadzony na prostych, mięsistych, czytelnych motywach, które kolejnymi akordami tratowały słuchaczy niczym tabun dzikich koni. I już tam było słychać, że chłopaki mają dalece ponadprzeciętną łatwość pisania chwytliwych i naszpikowanych energią motywów. Nowy album na pewno nie ustępuje w tym ostatnim aspekcie, ale muzycznie jest to zarówno krok do przodu jak i krok w bok. Sněť zaczął powiem kombinować, rozbudowywać i urozmaicać swoje utworu podkręcając przy tym tempo. Tak, „V Bažinách Vědomí” jest utrzymana w szybszych tempach, a gitarzyści jak i sekcja nie próbują trzymać się dłużej jednego motywu. Pojawiające się okazjonalnie akustyczne fragmenty stanowią smaczną przeciwwagę do stale kombinujących, ale nigdy nie zapędzających się w techniczne rewiry gitar. Sekcja rytmiczna nigdy nie wychodzi na pierwszy plan, ale dalekie jest to od zwykłego nabijania rytmu. W ogóle to kombinowanie jest tutaj tak nienachalne i nienarzucające się, że chapeau bas. Można pokusić się o pewne skojarzenia i analogie np. do wczesnego Atrocity czy Incubator. Innymi słowy Czesi wysmażyli naprawdę wyśmienity album z angażującymi i niebanalnymi kompozycjami nie zapominając o tym, że death metal ma bawić i spuszczać wpierdol. Tutaj jest wszystko. Nie zmieniło się jedno – teksty nadal są w języku naszych południowych sąsiadów co dodatkowo dodaje smaczku. Sněť potwierdzili, że aktualnie są ścisłą czołówką współczesnej sceny deathmetalowej i nadal mają sporo asów w rękawie, aby zaskakiwać nas w przyszłości. Póki co delektujmy się tym wspaniałym albumem, to będzie czołówka tego roku!

 Harlequin




 

Recenzja Complexant „Apex”

 

Complexant

„Apex”

Bleeding Art Collective / Blood Blast Distribution 2026


Grupa ta powstała w 2017 roku gdzieś na terenie Australii. Jak dotąd, oprócz jednej epki, serwowała swoim odbiorcom tylko single w wersji digital. Ostatniego dnia lipca ukazał się jej pierwszy album, który niesie ze sobą… Właśnie, co to za muzyka? Ano notka informacyjna od wytwórni mówi, że to mieszanka death i black metalu, ale jak dla mnie to czysty deathcore i chuj. Pełno tutaj soczystej i rytmicznej napierdalanki, o której stanowią szybkie riffy połączone z breakdownami. Między nie Complexant wplata sporo powykręcanych solówek, trochę modernistycznie pachnących akordów oraz dzikich, niemalże grindowych ataków. Kilka momentów o typowej dla death metalu ciężkości również tutaj znaleźć można jak i parę zjazdów w dysonanse. Całość zapodana na gęstym brzmieniu gitar i zdrowo łupiącej sekcji rytmicznej. Panowie jadą agresywnie, lecz z polotem właściwym dla współczesnego grania w stylu deathcore, w którym nie brakuje także melodyjności i skrętów w nu-metal, bo wokalista poza growlami popisać czystymi i chwytliwymi zaśpiewami się lubi. To lżejsza odmiana tego gatunku, bo słyszałem już brutalniejsze wykwity z tego stylu. Complexant prezentuje zachowawczą formę tej muzyki i stawia bardziej na nieco pokomplikowane aranże oraz techniczne zagrywki. Nie brakuje mu jednak wściekłości i intensywności. Australijczycy potrafią zadziornie przygrzać, ale jak dla mnie jest to rzępolenie zbyt ugrzecznione i nastawione na szerszy odbiór w związku z tym, nie będzie chyba problemów miał ten zespół z wejściem do mainstreamu, gdyż kwintet ten miażdży, ale tylko kruchą materię. Hartowanej stali nie podoła.

shub niggurath




 

wtorek, 11 sierpnia 2026

Recenzja Blindead „I'm Decomposed”

 

Blindead

„I'm Decomposed”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

 


To nie jest ten Blindead, o którym pewnie sobie z automatu pomyślicie. Ten nasz dodał sobie jakiś czas temu cyferkę 23 do nazwy, a poza tym gra muzyką diametralnie odmienną od tego, co znajdziecie na „I’m Decomposed”. Powyższy Blindead pochodzi z Chile, i gra czystej maści death metal. W sumie dość wyraźnie ukierunkowany na pewien wzorzec, ale jednocześnie nie będący dokładną jego kopią. A mam na myśli amerykańską Massacre, bo to chyba ich płytę (debiut, bo późniejszych nawet nie biorę pod uwagę) Chilijczycy ukochali sobie najbardziej. Wydawnictwo to zawiera pięć ścieżek (wliczając intro), i trwa niecałe dwadzieścia minut. Ciężko napisać o tym cokolwiek finezyjnego, bowiem muzyka na nim zawarta wcale taka nie jest. To kolejna próba odgrzewania starego kotleta, odwzorowywania starych i sprawdzonych patentów, kultywowania grania z lat minionych, no nazywajcie sobie to jak chcecie. Zatem jedyną kwestią w takim przypadku jest to, czy chłopaki faktycznie czują klimat, i czy potrafią oddać swoją w swojej twórczości ducha lat minionych. W tym konkretnym przypadku trochę połowicznie. Owszem, nie można im zarzucić braku znajomości starej szkoły. Album ten bowiem spełnia wszelkie jej zasady. Jest mięsiście, ciężko, jest przy okazji odpowiedni groove, odpowiednie zagęszczenie gitar, klasyczne struktury oraz głęboki wokal. I nawet jeśli nie jest to żadne męczenie buły, to jednak słychać, że to followersi, a nie liderzy. Szczerze, to trochę mi brakuje w tym południowoamerykańskiego feelingu, który to zespołu z tamtego zakątka świata prawdopodobnie wysysają z mlekiem matki, a który mógłby te nagrania nieco podrasować. Jak wspomniałem, to raczej krótki materiał, więc kilka rundek z nim można zrobić, ale żeby na dłużej zagościł w moim odtwarzaczu, to raczej marne szanse. Kto łaknie drugoligowego metalu śmierci, niechaj sobie sprawdza. Dla mnie zespół jakich wiele.

- jesusatan




 

Recenzja Fluisteraars „Jacht der Mysteriën”

 

Fluisteraars

„Jacht der Mysteriën”

Eisenwald 2026

 


Kilka lat temu jesusatan recenzował album tej grupy i niezbyt on się mu spodobał. Kilka lat minęło i chyba ze dwie płyty od rzeczonego „Bloem”, bo Holendrzy na swoim najnowszym, szóstym już w karierze krążku aż tak źle to nie grają. „Jacht der Mysteriën” zawiera trzy, rozbudowane kompozycje, które lecą sobie przez czterdzieści minut. Lecą sobie, a właściwie płyną, ponieważ to dość spokojna i hipnotyczna diabelszczyzna. Jednostajne riffy czy też tremolo, które poruszają się głównie w średnim tempie, gdyż tylko czasami podrywają się do ociężałego kłusu bądź wyhamowują do wolniejszych pływów. Miękko nastrojone gitary w towarzystwie dźwięcznego basu, wycofanej perkusji i ponurych wokali, kreują smutny, wręcz nostalgiczny black metal, który doskonale będzie pasował do pory roku, kiedy ten materiał pojawi się na sklepowych pułkach. Będzie to niemalże początek jesieni, bo datą tą jest jedenasty września więc posępna nastrojowość, umierającego lata idealnie z wydźwiękiem „Jacht der Mysteriën” koresponduje. Ogólnie rzecz biorąc nie jest tutaj beznadziejnie, poza tym, że nic specjalnego, ani ciekawego w tych trzech kompozycjach się nie dzieje. Ot typowe, atmosferyczne granie dla depresyjnej, wiecznie zmartwionej młodzieży, która lubi być po prostu smutna. Holendrzy reprezentują odłam black metalu smętnego, rozmarzonego i lirycznego, który w obecnym obrazie przyrównałbym do Drudkh. Zatem jeśli ktoś lubi klimatyczne dźwięki i aksamitne melodie w postaci ambientowej jednostajności o black metalowej charakterystyce, to niech sobie czeka na ten album z utęsknieniem. Reszta metalowców może sobie darować.

shub niggurath