poniedziałek, 31 sierpnia 2026

A review of Skumstrike “Flawless Intrigue from Hell”

 

Skumstrike

“Flawless Intrigue from Hell”

Dying Victims Prod. 2026

 

I was pretty sure I’d come across the name Skumstrike before. And indeed, it was at the EP called “Execution Void” which quickly kicked my hairy ass. I missed their full-length debut, even though it was released by a label right here in our backyard, but I did sit down to listen to their second album. Well, stylistically, not much has changed for these Canadians. It’s still a wild ride full steam ahead, often with eyes closed. An old-school ride, of course. Maybe there’s definitely less punk here than on their earliest recordings, or maybe the guys have simply learned to handle their instruments better over time. But the backbone of this music is undeniably thrash. And it’s thrash that’s absolutely brimming with energy, bubbling over in every track. That doesn’t mean, however, that the album relies solely on blast beats. There are plenty of those here for sure, but the center stage, take the riffs! And that’s why I mentioned the noticeable improvement in the musicians’ skills, because whether they’re flooring the gas pedal or only slightly exceeding the speed limit, listening to the melodies flowing from “Flawless Intrigue from Hell” feels like being whipped. And the lashes falling on our backs hurt more and more with every passing moment, each one seems stronger, and each one hits the mark perfectly. What’s more, Skumstrike’s music has this incredible, aggressive, thrash-style groove that makes you want to dance with your fist clenched, or even punch someone in their ugly face. The only element here that strays from the main genre’s framework is the vocals, which are more screeching and black metalesque than in the classics. The sound is also “blacker”, though the overall vibe remains the same. These guys clearly love the genre’s classics from the ’80s and ’90s, as evidenced by their cover of Abigail’s song for “goodbye”, and they perfectly capture the spirit of those times in their music. In fact, the title of the cover perfectly defines Skumstrike’s work itself. So please stand up, raise your hands in the air, make the devil’s sign, and sing together: Satanic Metal Fucking Hell! Satanic Metal Fucking Hell!

- jesusatan




sobota, 29 sierpnia 2026

Recenzja Intubation „Hallucinations”

 

Intubation

„Hallucinations”

Morbid chapel Rec. 2026

Dziś zajmiemy się medycznym przypadkiem halucynacji podczas intubacji, czyli nową EP-ką z Morbid Chapel Records. Panowie pochodzą z Fin, i popełnili wcześniej dwie demówki, które ukazały się najpierw w wersji cyfrowej, a potem na kasecie jako kompilacja. Patrząc na zdjęcie, to chłopaki chyba dopiero skończyli podstawówkę, a na pewno nie osiągnęli jeszcze pełnoletniości. Nie przeszkadza im to w tworzeniu muzyki, która swój rodowód ma w latach młodości ich rodziców. Biorąc pod lupę nazwę zespołu, tytuł i okładkę, nie trzeba być Einsteinem, by domyśleć się, iż jest to śmierć metal. I tu musimy podzielić to wydawnictwo na dwie części. „Hallucinations” to materiał skomplikowany, niezbyt różnorodny, oparty na starych wzorcach, głównie z kraju, z którego młodzież ta pochodzi. Całość otwiera intro, a potem mamy cztery, utrzymane w średnim tempie numery. Całkiem solidne, bez wałkowania w kółko tego samego tematu, osobiście przypominające mi wczesny Convulse, może trochę Funebre albo Abhorrence. Technicznie jest zatem raczej na poziomie podstawowym, choć swoistej melodii kompozycjom tym nie brakuje. A to i jakaś solówka się przewinie, a to harmonie bardziej wpadające w ucho. Podstawą jest tutaj jednak tej oldskulowy klimat, który towarzyszył wczesnym latom gatunku, czyli ma być ciężko, brudno, i ma walić trupem. Słychać w tych dźwiękach nieco młodzieńczej naiwności, ale z drugiej strony oczywistym jest, że piosenki te stworzone i nagrane zostały z pasji. Nie jest to jeszcze żadne mistrzostwo świata, czy też nawet czubek drugoligowej tabeli, ale jak na początki brzmi to naprawdę bardziej niż przyzwoicie. A jak już o brzmieniu, to mamy tu czysty analog, nawet lekko niedopieszczony, co akurat uznaję za wartość dodatnią. Natomiast „Undifferentiated Malignancies”, czyli najnowsza EP-ka, dorzucona do CD na zasadzie bonusa, to lekkie poszerzenie kursu. Lekkie, bo to nadal stary death metal, ale jakby bardziej w Carcass’owym stylu (zwłaszcza „Neurological Brain Carnage”). Jest szybciej, lepiej technicznie, i bardziej melodyjnie, acz brzmienie nadal pozostaje brudne i demówkowe. Trochę więcej też dzieje się na drugiej gitarze w tle, czyli chłopaki jednak uczą się harmonie mieszać, czy też na siebie nakładać. No i ładnie, bo widać, że nie zamknęli się w szklanej kuli, tylko swoje wizje rozwijają. Daje to nadzieję na sprawienie w niedalekiej przyszłości jakiejś małej niespodzianki. Na co szczerze liczę.

- jesusatan




Recenzja TrenchWarfare „Achtung! Destroy the Weak”

 

TrenchWarfare

„Achtung! Destroy the Weak”

Conjuring Records 2026

TrenchWarfare jest tercetem z Teksasu, gdzie zainicjował on swoją działalność w 2015 roku, wydając demo „Perversion Warfare”. Najnowszy krążek „Achtung! Destroy the Weak” jest ich drugim albumem, który ukazał się dziesiątego sierpnia więc maniakom bezkompromisowej napierdalanki, powinien być już znany. Ci, którzy lubują się w war metalowych dźwiękach, powinni wiedzieć, że Amerykanie grają trochę odchudzoną i mniej gęstą wersję tego gatunku. Owszem, jest tutaj szybko i mało melodyjnie, ale brzmienie zbliżone jest nieco do szwedzizny z lat dziewięćdziesiątych, a niektóre riffy mogą przypominać wczesny Morbid Angel. W ogóle granie tej trójki, zalatuje wojennymi rytmami tylko podczas jednostajnych galopad w ekspresowej formie, które nie dają zbyt dużo czasu na wytchnienie. To hipnotyczne ściany sonicznego ataku, które napastują sumiennie i z niezwykłą cierpliwością, drążąc dziurę w mózgu, zamieniając go w papkę. Od czasu do czasu przecinają je odjechane i tym samym mocno popierdolone solówki, bądź nieliczne zwolnienia, w których właśnie mocno słychać maniery rozpowszechnione przez ekipę Trey’a. Do muzyki TrenchWarfare bardziej pasuje określenie black-death, bo i kilka dzikich tremolando można na tym materiale znaleźć, barwa instrumentów oraz zwartość kostkowania odbiega od zwyczajów z Ross Bay, a i ograniczona szybkość, która nie jest zestawiona z nagłymi, rytmicznymi zwolnieniami i zjazdami po gryfie, nie jest gorącym, nuklearnym podmuchem. Nie ma jednak co narzekać, ponieważ panowie Teksańczycy grzeją ostro i zapamiętale, gardząc trendami i świętością wszelaką. Brutalny, bluźnierczy metal, który dewastuje skutecznie. Tylko dla fanów rzezi.

shub niggurath




piątek, 28 sierpnia 2026

Recenzja Bacht’n de Vulle Moane “Verdwazing Der Dwazen”

 

Bacht’n de Vulle Moane

“Verdwazing Der Dwazen”

Into Endless Chaos Rec. / De Pankraker Rec. 2026

No, bardziej finezyjnej i trudniejszej do zapamiętania nazwy to sobie panowie wymyśleć nie mogli. To ja już może skorzystam z dobrodziejstw Internetu, i zapamiętam sobie polskie tłumaczenie: Niech Będzie Błogosławiona Pełnia Księżyca (a no tak, Vulle Moane – Full Moon, ale ja głupi). Prawda, że ładniej? Dobra, ale nazwa nazwą, natomiast postanowiłem napisać kilka słów o debiucie Belgów z konkretnego powodu. Lubię, jak ludzie łączą ze sobą różne, zwłaszcza kontrastujące ze sobą, style. W notce prasowej stoi, że panowie (a jest ich dwóch) grają „experimental elektro black metal”. Już sobie wyobrażałem taneczny black przy akompaniamencie syntezatorów rodem z Perturbator. A tu… chuja prawda! Ale po kolei. Jest tutaj trochę surowego, i to takiego niemal minimalistycznego black metalu. Choćby w pierwszym kawałku. Jest też sporo elektroniki, acz bardziej na zasadzie elektro-goth niż techno napierdalawy. Ale jest sporo grania praktycznie punkowego. Z tym, że ubranego właśnie w klawiszowe szaty, skocznego na bardzo prosty, prymitywny sposób. Są na tym krążku też elementy czysto ambientowe, jak choćby pod koniec wspomnianego otwieracza. Im dalej jednak idąc w las, bardziej zastanawiam się, gdzie tu ten jebany black metal? Że wokale trochę na podobę? Że czasem zajedzie mechaniczną kanonadą na automat perkusyjny mogącą (przy odrobinie fantazji) kojarzyć się z Mysticum? Albo że pojawią się, na zasadzie ściany dźwięku w tle, surowe, niżej strojone gitary? No, kurwa, nie! Tym bardziej, że i tym składowym towarzyszy bezustannie albo wspomniany elektro goth, albo pełna elektronika. A jak komuś jeszcze jest mało, to w ostatnim na liście „Angstenzuur (Ten oorlog tegen de wereld)” wjeżdża totalnie mroczny, powodujący mrowienie na karku industrial. Nie wiem jakie leki biorą Belgowie, nie wiem co u nich zdiagnozowano, ale schizofrenia to zapewne najlżejsza z dolegliwości. Nawalili na „Verdwazing Der Dwazen” teoretycznie randomowych pomysłów, mogących być podstawą do stworzenia kilku oddzielnych projektów zupełnie z innej beczki, ale… Cholera! Podoba mi się to. Bo jest inne, bo jest „jakieś”, bo jest, mimo wszystko, w pewnie sposób spójne. Zatem, jak wspomniałem na wstępie… Jak ktoś lubi pojebane, inne od codzienności granie, i lubi wymienione w tekście gatunki, niech sprawdza. Nie gwarantuję satysfakcji, ale szanse są.

- jesusatan




Recenzja Miscreance „Reminiscence”

 

Miscreance

„Reminiscence”

Season of Mist 2026

Właśnie z nowym albumem wrócili Włoscy specjaliści od technicznego thrashu z małą domieszką deta, czyli Miscreance. Tym razem jest to dziewięć numerów w wymienionym wyżej gatunku, które przede wszystkim czarują partiami solowymi oraz karkołomnymi zapętleniami. To co wyczynia gitarzysta, który kreśli swoje solóweczki, udowadnia, że z pewnością skalę pentatoniczną ma on w paluszku, a artykulację i wyczucie rytmu we krwi. Podobnie rzecz ma się z wirtuozerskimi wygibasami, które zapodają połamane i zakręcone akordy, bo kostkując i zapierdalając na gryfie jeden z członków tej kapeli, niewątpliwie potrafi i to bardzo. Wokalista także umie krzyknąć do mikrofonu i tym samym zaostrzyć ten materiał, przypominając barwą głosu i manierą Martina Van Drunena. No i to tyle, ponieważ reszta kompozycji, to typowe, nieco nużące galopady, trochę rytmicznych riffów w średnim tempie i klika modernistycznych wstawek w towarzystwie dziwnych wokaliz. Te pozostałe elementy w zestawieniu z technicznymi fikołkami, wypadają niestety banalnie i wręcz nudzą swoją normalnością. Jako całość „Reminiscence” jawi się jako płyta, która zmierza donikąd, poza technicznymi umiejętnościami jej twórców, serwując przeciętne granie i muzyczne dłużyzny. Owszem, Włosi starają się jak mogą, aby przełamywać swoje aranżacje i bawić nimi odbiorców, ale nie do końca im to wychodzi, bo w każdym kawałku wpadają w nudne spirale, z których z trudem momentami udaje im się wyjść. Wiele do życzenia pozostaje również produkcja tego krążka, która jest oczywiście selektywna, lecz brakuje jej mięsa, co spłaszczyło tony i spowodowało, że instrumenty brzmią nazbyt plastikowo. Pewnie miało być ostro i siarczyście, a wyszło dość sztucznie. Cóż, jeśli szukacie kolejnej kapeli, nawiązującej do Atheist, Pestilence czy Sadus i nie przeszkadza wam kolejne oraz niezbyt porywające ich wcielenie to bierzcie. Reszta może sobie odpuścić.

shub niggurath




czwartek, 27 sierpnia 2026

Recenzja Magic Cross „Magic Cross”

 

Magic Cross

„Magic Cross”

Caligari Rec. 2026

Jak tylko zobaczyłem fotkę promocyjną Magic Cross, wiedziałem, że muszę tego posłuchać. Hellhammer w dresie, Inspektor Gadget, kolo z wąsem na Adolfa, i gruby pokazujący faka, stojący w jakimś minikraterze (zapewne przed chwilą podskoczył). Dobra, żarty żartami, pośmiać się można (sam się z siebie często narywam), ale pod względem muzycznym to już powodu do żartów nie ma. Chłopaki zawiązali się nieco ponad dwa lata temu, i właśnie wypuszczają swoje debiutanckie demo, zawierające cztery kawałki punkowego black metalu. Czyli coś totalnie dla mnie. Kompletnie nieodkrywczego, nieskomplikowanego, do potupania nóżką. Wiadomo, że oba wymienione gatunki pasują do siebie jak pieprz i sól, i jeśli tylko czuje się przysłowiowego bluesa, można na podstawie starych i sprawdzonych wzorców kombinować, czy tez raczej dokonywać wariacji, w nieskończoność. Tempo tych czterech piosenek jest raczej średnie, idealne do wspomnianego przytupywania, jeśli zmieniające się na szybsze, to co najwyżej do d-beatu. Brzmienie jest piwniczne, osadzone w mocno prymitywnym tonie, i idealnie pasuje do gitarowych harmonii, mogących kojarzyć się po trochu z Darkthrone, a nawet Celtic Frost, po trochu z GG Allinem (u którego przecież też grał kolo z wąsem, a nawet w jakimś niemieckim hełmie, czy cuś) i tym podobnym brudem. W każdym bądź razie, głębszego dna w tych numerach raczej nie znajdziemy. Wokale to tradycyjny, drugofalowy krzyk, i w zasadzie tutaj sprawa się dopina. Bo nie wiem czy jest sens pisania czegokolwiek więcej. Jak ktoś lubi choćby fiński Qwälen (by nie rzucać nazwami klasyków), to Magic Cross jest dla niego. Bardzo dobre demo, kompletnie nic nie wnoszące do kanonu gatunku, sprawiające za to kupę radochy.

- jesusatan




Recenzja Rahaty „Bestial Lustmord”

 

Rahaty

„Bestial Lustmord”

Sentient Ruin Laboratories 2026

Rahaty to kapela z Białorusi, za którą stoi muzyk, odpowiadający za inny projekt, a mianowicie Pa Vesh En. Jak wiadomo pod macierzystym szyldem, tworzy czarcią surowiznę, natomiast tutaj robi coś podobnego, tyle że w death metalowym tonie. To co płynie z głośników, po włączeniu tego debiutanckiego albumu od Rahaty, to tony gruzu, piachu i żużlu, bowiem w przypadku „Bestial Lustmord” mamy do czynienia z brudnym, jaskiniowym deciorem, który pozwala sobie na wiele, choć nie nawiązuje do standardowego grania w tym stylu. Jest to brutalna i bluźniercza odmiana death metalu, która wypełzła z piekielnych czeluści. Bez zażenowania raczy ona siermiężnymi riffami, zgrzytliwymi tremolo i chorobliwymi sprzężeniami. Ten białoruski twórca wygenerował swoje szataństwo za pomocą gitar o chropowatym brzmieniu i sękatej sekcji rytmicznej, a wszystko w odpowiednio gęstej i ciężkiej tonacji, którą wspomagają wulgarne growle i schizofreniczne wrzaski. Całość płynie głównie w średnim tempie, ale okresowo potrafi także przyspieszyć, uderzając w nieco chaotyczne kostkowanie. Jednakże fundamentem tego materiału są, hipnotyzujące swą jednostajnością akordy, pomiędzy które wpleciono sporo pogmatwanych zagrywek. Rahaty nie umizgując się do nikogo, spuszcza wpierdol i sieję bezbożną zarazę. Każde szarpnięcie strun, każde uderzenie w bębny oraz dźwięki wydobywające się z gardła tego gościa, przesiąknięte są zgnilizną i śmiercią, która tu bezwstydnie przechadza się z Szatanem pod rękę, kreując zepsutą do cna atmosferę. Album, który jest wyrazem skrajnej obsceniczności i zbezczeszczenia. Wypełniony szaleństwem i potwornościami, udowadnia, że podziemna młócka ma się dobrze i chce pozostać ze swoimi, chorymi odchyleniami tam, gdzie się znajduje, uskuteczniając swój gorący i rytmiczny podmuch dla nielicznych. Na moje gumowe ucho mocno tu zalatuje Ritual Death i jedynką Akolyth, tyle, że w zwartej i dociążonej formie. Makabryczna muzyka, którą polecić trzeba, aby ta diabelska dżuma rozlała się jak najszerzej. Jak dla mnie, majstersztyk, po którym nie mogłem się długo otrząsnąć.

shub niggurath


https://sentientruin.bandcamp.com/album/bestial-lustmord

środa, 26 sierpnia 2026

Recenzja / a review of Hekatoxen „Obsidian Majesty”

 

- FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Hekatoxen

„Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

I jeszcze jedna pozycja z październikowego miotu Nuclear Winter Records. Po bardzo dobrych albumach Morbid Stench i Deconsekrated, Hekatoxen jest już chyba tylko strzałem na dobicie, bo ja się po trzech rundkach z tym krążkiem nie mogę posprzątać z podłogi. Gdybyście zastanawiali się co to za gentlemani, i skąd pochodzą, to w zasadzie kilkanaście pierwszych sekund otwierającego całość „Lost Souls Epitome” rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tak, panie i panowie, jesteśmy w Finlandii, a przywitał nas oczywiście potężny riff w stylu Slugathor. Może i pierwszy na tych nagraniach, ale nie ostatni, bo odniesień do chłopaków z Espoo jest tu zdecydowanie więcej. Zresztą nie tylko do nich, bo i do innych klasyków fińskiego metalu śmierci, że wymienię jeszcze choćby wczesny Sentenced czy Corpsessed (żeby nie było, że rzucam tylko dinozaurami). „Obsidian Majesty” to osiem numerów, w tym jeden akustyczny przed zamykaczem, najczystszego death metalu w starym stylu. Siedem utworów, które swoim ciężarem, niewiarygodnie zgrabnie ubranym w melodię, miażdży czaszki, kruszy kości i wyciska nasze truchło z krwi niczym zawodowa sprzątaczka mokrą szmatę. To, z jaką umiejętnością Hekatoxen aranżują swoje, utrzymane przeważnie w średnim tempie, kompozycje, to jest najwyższa klasa rozgrywek. Niewiele jest zespołów potrafiących ubrać wspomnianą melodię  (z gatunku pancernych) w ołowiane szaty. Każdy, absolutnie każdy numer na „Obsidian Majesty” to absolutny rozpierdalator. Ileż tu wspaniałych riffów, przy których nie da się utrzymać dupska na krześle, nawet jeśli przykleimy do niego poślady superklejem, ileż wywołujących szerokiego banana na twarzy klasycznych wokalnych aranży, ile momentów przywołujących w pamięci lata młodości, ile chwil, przy których powraca chęć do życia (mimo iż to przecież metal śmierci). Bo faktycznie, chce się żyć, by słuchać takich płyt, a i pewny jestem, że przy wspomnianym akustyku niejednemu z was łezka się w oku zakręci, bo nawet on jest do szpiku kości oldskulowy. Rozdeptali mnie panowie z Hekatoxen swoim debiutem, jak robaka. Dla każdego maniaka staroszkolnego death metalu pozycja obowiązkowa, jeśli nie do zakupu w ciemno, to przynajmniej do sprawdzenia. Rozczarowań nie przewiduję.

- jesusatan

 

 

Hekatoxen

“Obsidian Majesty”

Nuclear Winter Rec. 2026

 

And here’s another release from Nuclear Winter Records’ October line-up. Following the excellent albums by Morbid Stench and Deconsekrated, Hekatoxen is probably just the finishing blow, because after three spins of this record, I still cannot get myself up from the floor. If you’re wondering who these gentlemen are and where they’re from, the first tunes of the opening track, “Lost Souls Epitome”, dispel any doubts. Yes, ladies and gentlemen, we’re in Finland, and we’re greeted, of course, by a massive Slugathor-style riff. It may be the first on these recordings, but it’s certainly not the last, as there are definitely more references to the lads from Espoo here. And not just to them, mind you, but to other classics of Finnish death metal too. Let me mention early Sentenced or Corpsessed, for example (just so you don’t think I’m only mentioning the dinosaurs). ‘Obsidian Majesty’ is eight tracks, including an acoustic one before the last, representing the purest old-school death metal. Seven tracks which, with their sheer weight, incredibly skilfully wrapped in melody, crush skulls, shatter bones and wring the blood from our corpses like a professional cleaner wringing out a wet cloth. The skill with which Hekatoxen arrange their compositions, mostly maintained at a medium tempo, is top class. Few bands are capable of cloaking such melody (of the armoured variety) in leaden robes. Every single track on “Obsidian Majesty” is an absolute banger. Just look at all the brilliant riffs that make it impossible to keep your arse in your chair, even if you glued it there with superglue, all the classic vocal arrangements that put a huge banana on your face, all the moments that bring back memories of your youth, all the moments that reignite your zest for life (even though this is, after all, death metal). Because, really, you want to live just to listen to albums like this, and I’m sure that the aforementioned acoustic track will bring a tear to the eye of more than a few of you, because even that track is old-school to the very core. The lads from Hekatoxen have crushed me like a bug with their debut. It’s a must-have for any oldschool death metal fan, if not a blind buy, then at least worth checking out. I don’t foresee any disappointments.

- jesusatan



 

wtorek, 25 sierpnia 2026

Recenzja Hadopelagyal „Zelmathic Necroichorion”

 

Hadopelagyal

„Zelmathic Necroichorion”

Amor Fati 2026

Dopiero co zdążyłem zakupić sobie ostatni album Hadopelagyal (dość nietypowe swoją drogą jak na winyl wydanie), odsłuchać go dosłownie z dwa razy, a tu Hekla i Augur wypluwają z siebie kolejne dwadzieścia minut gruzu, szlamu i wszelakich nieczystości.  Cztery nowe numery, mili państwo, dokładnie tyle składa się na „Zelmathic Necroichorion”. Cztery numery będące bezpośrednia kontynuacją stylu zapoczątkowanego przez duet na „XXXVI XXXI N XXV XXVIII O”, i potem sukcesywnie… nie, no nie powiem „rozwijanym”, bo przecież byłoby w tym sporo przesady. „Kultywowanym” zabrzmi tu zdecydowanie lepiej. Niemcy grają muzykę gęstą, niemelodyjną, pozbawioną standardowych struktur, mocno nieprzyjazną przeciętnemu słuchaczowi, odrażającą i śmierdzącą katakumbami. Tak to chyba można najprościej opisać. Zresztą ci, którzy zespół znają, doskonale wiedzą, czego się po nowej EP-ce spodziewać. Ich do odsłuchu, tudzież nabycia tego materiału, zachęcać nie trzeba. Laikom można muzykę Hadopelagyal przedstawić nieco bardziej obrazowo. Wyobraźcie sobie intensywnie pracującą, najczęściej w tempie zdecydowanie szybkim, przymuloną brzmieniowo perkusję, towarzyszące jej, bardziej na zasadzie ściany dźwięku, bo nie każdy dosłyszy w tym melodię, gitary, pracujące równie mocno co sekcja rytmiczna, i wydobywające się zza kotary, z komina, tudzież ze studni,  głosy topielców, potępionych dusz, czy innych nieświętych. Bez podziału na refreny i zwrotki, jednolita masa, co najwyżej z jakimś przejściem gdzieś po drodze, jakimś drobnym ambientowym dodatkiem, i wyciszeniem na końcu. Szalejące tornado, burza z gradobiciem, totalna ciemność, ekstremalne temperatury, zero warunków dla jakichkolwiek form życia. Mnie intryguje jedno. Hadopelagyal poruszają się w naprawdę wąskich ramach gatunkowych, ich kompozycje na kolejnych nagraniach brzmią podobnie, są podobnie zaaranżowane, i gdyby ktoś się uparł, to nie wiem, czy byłbym w stanie wybronić tą muzykę przed zarzutem, że to jest w kółko to samo. A jednak nadal, za każdym razem kiedy dostaje od nich „nowe”, czuję się porozrzucany niczym obornik po polu. Bo, w odróżnieniu choćby od Necropolissebeth (innego projektu Hekli), nie jest to tylko i wyłącznie hałas dla samego hałasu. Są tu riffy, są melodie (oczywiście te z gatunku silnie gruzowych), jest ten przerażający klimat śmierci. Pod takim graniem podpisuję się obiema rękoma. Dla maniaków zespołu - kolejna pozycja obowiązkowa. Zwolennicy bardziej tradycyjnych piosenek mogą sobie bez bólu serca odpuścić.

- jesusatan




poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Recenzja Deconsekrated “The Inexorable Transcendence of Death”

 

Deconsekrated

“The Inexorable Transcendence of Death”

Nuclear Winter Rec. 2026

Debiutancki album Deconsekrated uderzył mnie niczym grom z jasnego nieba. Niby Chile, więc można się było spodziewać smakowitości, ale żeby aż takich delicji, to nie podejrzewałem. Minęły dwa lata, i panowie wracają z następcą „Ascension In the Altar of Condemned”, tym razem pod skrzydłami greckiej Nuclear Winter Records. Płyta ujrzy światło dzienne wspólnie z nowym materiałem Morbid Stench, i, zaprawdę powiadam wam, jest to piekielnie mocny duet wydawniczy. Deconsekrated grają death metal jak za dawnych czasów. Przede wszystkim totalnie organiczny. Tak brzmieniowo, jak pod względem treści. Wszystko cyka tutaj na wskroś analogowo, niczym produkcja ze wspaniałych lat dziewięćdziesiątych. Muzycznie z kolei, to…. Te riffy! Tutaj nie ma jakiegoś ściemniania, puszczania zasłony dymnej czy innego wypychania truchła pianką rozporową. Powiedzcie mi, czy w kompozycjach Sadistic Intent, Morbid Angel, Immolation czy Dead Congregation są jakieś momenty zbędne? No właśnie! I to jest dokładnie to, o czym mówię. Bo rzeczone zespoły niezaprzeczalnie miały wpływ na twórczość Deconsekrated. Z tym, że skurczybyki tak umiejętnie wyciągnęli z wykładów pod tytułem „Covenant”, „Failures for Gods” czy „Ancient Black Earth” wnioski własne, że ich muzyka, mimo iż przesiąknięta klasyką, daleka jest od kopiowania któregokolwiek z profesorów. Za to trzyma się ściśle wytycznych. Na „The Inexorable Transcendence of Death” nie ma szaleńczego tempa. Nie ma też technicznych wygibasów, czy łamania riffów w pół. Jest czysty do szpiku kości, tradycyjny metal śmierci, rażący potężnie każdym akordem, ziejący gnilnym odorem, będący godnym spadkobiercą najlepszych tradycji. Ciężko spośród zamieszczonych na tym krążku utworów wybrać jakiś najbardziej reprezentatywny. W zasadzie może to być którykolwiek, bo żaden z nich nie odstaje poziomem nawet o jotę, i w każdym znajdziemy coś przykuwającego naszą uwagę. Nie ma na tym albumie niczego, co by mi się nie podobało. Staroszkolny death metal z najwyższej półki, a poziom debiutu spokojnie utrzymany. Proszę się częstować.

- jesusatan




Recenzja Unholy Redeemer „Journey Beyond Death”

 

Unholy Redeemer

„Journey Beyond Death”

Extremelly Rotten Prod. / Dark Descent Rec. 2026

No proszę, jaki tutaj mamy cudowny przykład interkontynentalnego pomostu. Unholy Redeemer  tworzą muzycy pochodzący ze Skandynawii (konkretnie Dania / Finlandia) i Antypodów (Australia). Żadni zresztą nowicjusze, bo starczy chyba, że z zespołów, w których maczali paluchy wymienię Slugathor / Desecresy, Nocturnal Graves czy Cerekloth. Zespół trzy lata temu wypuścił trzyutoworowe demo, a teraz powraca z kolejnym wydawnictwem. Jest nim dwudziestominutowa EP-ka, zawierająca wspomnianego pomostu dopełnienie muzyczne. Jej treść to staroszkolny death metal, niemal równomiernie inspirowany szkołą szwedzką, jak i zamorską. I powiem wam, że chłopaki odwalili kawał fantastycznej roboty. Bo nowinek nie ma tu żadnych. Jest natomiast nowojorsko - florydzki ciężar, wiele harmonii mogących kojarzyć się z takimi klasykami jak Incantation, Immolation albo Vital Remains, w magiczny wręcz sposób balansowanych szwedzkim piachem pod Dismember, oraz melodyjną linią gitar na podobieństwo Gorement czy Utumno. Panowie nie przeginają pały pod żadnym względem. Ich kompozycje utrzymane są przeważnie w tempie średnim, i jeśli wyrażają tendencje to raczej do zejścia do parteru niż ścigania się ze Strusiem Pędziwiatrem. Można odnieść wrażenie, jakby panowie każdym swoim akordem chcieli nas wbić w glebę, a wspomniane melodie, oraz w aptekarski sposób dozowane klawiszowe tła, stanowią w tym przypadku coś na kształt marszu pogrzebowego. Mimo iż brzmi to bardziej klasycznie niż gruzowo, to ciężar kolejnych numerów jest, kurwa, tak przygniatający, tak organiczny, że się można przy tych piosenkach obejsrać ze szczęścia. Jednocześnie, nawet jeśli wspomniane gdzieś tam powyżej nazwy nie są jedynymi mogącymi przychodzić do głowy, ciężko zarzucić muzykom Unholy Redeemer kopiowanie kogokolwiek. A nawet jeśli, czysto teoretycznie, panowie sobie powycinali z dwudziestu płyt po kawałeczku, nieco pozmieniali, to złożenie tego potem do kupy wymagało zegarmistrzowskiej precyzji. Jebał to pies, zresztą oryginalność nigdy nie stała u mnie na pierwszym miejscu. Mi się ta EP-ka w chuj podoba, i pewnie sobie ją zakupię zaraz po premierze. Tym bardziej, że strona B zawierać ma wspomniane na wstępie demo, jako bonus. Komu zająć miejsce w kolejce?

- jesusatan


https://unholy-redeemer.bandcamp.com/album/journey-beyond-death

niedziela, 23 sierpnia 2026

Recenzja Flowers of Rust “Crude Exhibitions of the Soul”

 

Flowers of Rust

“Crude Exhibitions of the Soul”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Jestem przekonany, że logo F.O.R wpadło mi już kiedyś w oko, nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć, przy jakiej okazji. Słuchając drugiego albumu Amerykanów, utwierdzam się jednak w przekonaniu, iż jest to mój pierwszy kontakt z zespołem. W innym przypadku zdecydowanie zapamiętałbym ich muzykę. Z bardzo prostego powodu – to nie jest twórczość, jakiej pełno dookoła, twórczość jednowymiarowa czy pospolita. Panowie troszkę kombinują, a ja takich poszukiwaczy lubię. Oczywiście pod warunkiem, że ich wizje nadawane są na odbieranych przeze mnie falach. Co my tutaj zatem mamy… Pięć kompozycji oplecionych intro / outro. Brzmiących dość surowo, jak na ilość inspiracji zawartych w treści, ale to akurat w moim przypadku działa zdecydowanie in plus. Nadaje bowiem nagraniom większej autentyczności, i sprawia, że określenie „post”, którego w odniesieniu do „Crude Exhibitions of the Soul” trudno nie użyć, nie jest określeniem w znaczeniu negatywnym. Owym "postem" panowie nasączają natomiast, i sowicie ze sobą mieszają, takie gatunki jak sludge, black i doom metal, dorzucając do tego jeszcze kapkę awangardy. Co w tym przypadku istotne, nie są to kompozycje o odcieniu spontaniczności. Tutaj wszystko jest ze sobą dokładnie poukładane i posklejane, nawet jeśli poszczególne partie pochodzą z innych koszyków. Panowie zdecydowanie największy nacisk kładą na klimat swoich piosenek, dbając jednocześnie, by nie były one jednowymiarowe, by co chwilę coś się w nich działo, jak podczas dobrej sztuki teatralnej. Sporo tu zatem zmian tempa, przejść z fragmentów ostrych jak brzytwa (tu się kłania wspomniany black metal) w momenty wyciszające, post doomowe. Czuć jednocześnie, że muzycy doskonale czują, a nawet przeżywają to, co spod ich palców wychodzi. Przyszło mi przy okazji porównanie do polskiej Czerniny, albo kidsdrowninsilence. Może nie czysto pod względem muzycznym, ale właśnie łączenia ze sobą pewnego rodzaju kontrastów, i malowania nimi autorskiego obrazu. Ciekawą sprawą jest także to, że album ten z kawałka na kawałek zdaje się rozwijać, od prostego w swojej strukturze utworu tytułowego, po wieńczący część zasadniczą, najdłuższy „Mother Atrophy”. Całość trwa trzydzieści trzy minuty, zatem wchłania się szybko i prowokuje do podania kolejnej dawki. Dobry, ciekawy album, warto się zapoznać.

- jesusatan




Recenzja Wharflurch „Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”

 

Wharflurch

„Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”

Personal Records / Gurgling Gore / Dawnbreed Rec. (2026)

 


Florydzki duet Wharflurch dał się poznać światu za sprawą debiutanckiego „Psychedelic Realms Ov Hell wydanego pięć lat temu. Muzycy nie bali się eksplorować psychodelicznych obszarów muzyki pomimo przywiązania do deathmetalowej tradycji. Efekt finalny był intrygujący, nawet jeśli w swojej konstrukcji był schematyczny. Na pewno o schematyczności nie może być mowy przy okazji „” Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”. Panowie każdym aspekcie usprawnili swój warsztat coraz mocniej określając to co chcą grać. A chcą grać death metal – niebanalny, nie stroniący zarówno od prostych, wręcz troglodyckich motywów jak i od bardziej wysublimowanych i odrealnionych pejzaży. W tej muzycy nie brakuje przestrzeni i oddechu, ale przede wszystkim nie brakuje pomysłów. Głównym narzędziem do kreowania krajobrazów niestworzonych w przypadku Wharflurch jest wszelkiej maści elektronika, ale i w partiach gitar nie brakuje nawiązań do progrockowych czy nawet artrockowych klasów, którzy nie bali się subtelności i rozmarzonych akordów sześciu strun. Inspiracji w przypadku Wharflurch można przytaczać bardzo dużo, ale największą ich siłą jest umiejętność sklejenia tego w bardzo intrygującą i angażującą całość. W częściach składowych, zwłaszcza w tej części deathmetalowej nie jest to granie, które aspiruje do wybitności. Powiedziałbym nawet, że w tych najbardziej topornych i prostych fragmentach panowie gubią gdzieś dynamikę, muzyka robi się tępa i trochę nudna, ale to tylko jeden z wielu środków artystycznych, którymi dysponują. W bardziej zagmatwanych fragmentach panowie stawiają na czytelność, podpierając się niejednokrotnie bardziej melodyjnym fragmentem. Żaden to zarzut, ale odniesie szukałbym raczej nie w klasyce,a bardziej w nowszych zespołach, które z undergroundu jedną nogą próbują wyjść na szerszą wodę. Taki też potencjał słyszę w Wharflurch – tam są naprawdę ogromne pokłady kreatywności, przeważnie wykonane lepiej, rzadziej gorzej. Nie ukrywam, że zajęło mi chwilę, żeby się z do tego materiał przekonać, ale muzyka obroniła się sama – materiał wciągnął na tyle, że dał mi czas na oswojenie się z nim i poznanie smaczków skrywających się w tych dźwiękach. Ja szczerze polecam to wydawnictwo, zwłaszcza tym bardziej otwartym słuchaczom, którzy nie boją się muzycznych eksploracji.

                   Harlequin




piątek, 21 sierpnia 2026

Recenzja Azatoth „Carnal Lust of Blasphemy”

 

Azatoth

„Carnal Lust of Blasphemy”

Extremely Rotten Prod. 2026

Z fińskim Azatoth miałem okazję poznać się po raz pierwszy przy okazji drugiej edycji Death Is Not The End w Gdańsku. Chłopaki byli wówczas jeszcze na etapie demówkowym, zaznaczając jednak, podczas prywatnej rozmowy, iż materiał na pełnometrażowy debiut już się kręci. I się ukręcił, bo właśnie z głośników płynie u mnie „Carnal Lust of Blasphemy”. To niemal czterdzieści minut muzyki, za którą dałbym się pociąć za młodu, i za którą dałbym się pokroić dziś. Czysty, oldskulowy metal śmierci, grany przez młodych ludzi w sposób świadczący o tym, że nauki profesorów kreujących onegdaj rzeczony gatunek nie są im obce. Co ja gadam, obce… Oni na wykłady chodzili chyba z dyktafonem, skrzętnie odnotowując później w domu każde słowo, każdą poradę biorąc sobie głęboko do serca, a następnie wykuwali z tego twórczość własną. Może nie będącą do końca oryginalną, ale złożoną ze składników, które w dobrych rękach nigdy się nie przeterminują, i zawsze przywołają przynajmniej to wspomnienie świeżo upieczonego chleba, który wpierdalało się zanim jeszcze donieśliśmy go ze sklepu go do domu. Tak, z tej fińskiej mąki zdecydowanie jest chleb! Czegoż tu nie ma… Są wspaniałe, na wskroś staroszkolne riffy, przy których wracają wspomnienia. Riffy, z których każdy ma swój wyraz, i bynajmniej nie jest jedynie wypełniaczem. Jest ten klimat z lat dziewięćdziesiątych, ten dreszczyk, powodujący mentalny wzwód u nastolatka podczas odsłuchu kolejnego albumu ulubionego wykonawcy. Jest to wyczucie, rozumienie idei towarzyszącej narodzinom gatunku. Jest  ta naturalna umiejętność balansowanie tempem, czy wplatania solówek, nie tylko dlatego, że tak wypada. Tutaj wszystko wypływa z siebie w stu procentach naturalnie, z niebywałą swobodą. I dlatego, mimo iż materiał ten powstał niemal czterdzieści lat „po terminie”, można go ustawić na jednej półce z największymi klasykami. Nie będę tu pisał o brzmieniu, bo wiadomo, że wszystko się zgadza. Nie będę też wytłuszczał któregokolwiek z tytułów, bo płyta jest równa jak blat stołu. Powiem tylko jedno. Każdy, ale to absolutnie każdy maniak staroszkolnego death metalu ma jebany obowiązek zapoznać się z tym materiałem. Bo młodzi dają radę, i to bardziej niż niejeden z was by mógł się spodziewać. Aha, i jeszcze jeden drobiazg.  Wyjątkowo dobre intro i outro. Takie jak kiedyś. Miazga!

- jesusatan




Recenzja Victims of Contagion „Egregore”

 

Victims of Contagion

„Egregore”

Independent 2026

Victims of Contagion jest kapelą z USA i na scenie jest już długo, bo od 2005 roku, ale pierwsze ich wydawnictwo w postaci epki „Parasitic Unborn” pojawiło się na rynku dopiero dziewięć lat później. Podobno przed tym faktem dość szeroko udzielali się w podziemiu, koncertując i wydając własnym sumptem demówki. No nic, w październiku ukaże się ich drugi album, który spodoba się wszystkim tym, co lubią techniczne wygibasy w death metalowym stylu. Siedem kawałków, w których odnajdziecie sporo zmian tempa, sposobów na kostkowanie i solówek. To skomplikowane aranżacje, raczące gęsto wyrafinowanymi akordami i takimi samymi rytmami. Jest tutaj także trochę dysonansów, pociętego palm mutingu, awangardowych odjazdów oraz improwizacji. Całość, gdy chce, to grzeje w takt blastów, gdy musi zapętla do granic możliwości, a kiedy jej się nie chcę, ponieważ chciałaby odpocząć, zwalnia, serwując ociężałe i przy tym dotkliwie miażdżące riffy. Jak na moje ucho, na które kiedyś słoń nadepnął, to „Egregore” nie jest zlepkiem przypadkowych dźwięków upchniętych w każdą kompozycję tego krążka. To dobrze przemyślane konstrukcje, w których Victims of Contagion ma okazje popisać się swymi umiejętnościami. Mają ich co nie miara, co słychać w każdej sekcji grającej tego zespołu, który poza tworzeniem wielowarstwowych i karkołomnych struktur, wykazuje się bardzo dużym ładunkiem emocjonalnym, skutkującym mocno wkurwionym, technicznym death metalem. Tak więc wielbicieli złożonego i tym samym nie do końca łatwego w odbiorze rzępolenia, któremu przyświeca myśl śmierć metalowa, zapraszam do zapoznania się z „Egregore”.

shub niggurath




czwartek, 20 sierpnia 2026

Recenzja Penetrator Hammer “War is from Shadows”

 

Penetrator Hammer

“War is from Shadows”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Cofamy się dziś nieco w czasie. Konkretnie do końcówki ubiegłego roku, kiedy to premierę miał debiutancki album zespołu, którego już sama nazwa zachęca do sprawdzenia. Że o okładce zdobiącej „War is from Shadows” nie wspomnę. A jak dodam, że chłopaki pochodzą z Kolumbii, to już chyba każdy powinien stać na baczność. Wspomniałem, że to debiut, choć tak naprawdę bardziej uznałbym go za mini, bo zawiera niecałe dwadzieścia pięć minut muzyki, sześć kawałków plus outro. Ale mniejsza o detale. Czym to śmierdzi? Ano śmierdzi, i to na potęgę, klasyką napierdalania z Ameryki Południowej. Chwilami w klimacie kultowego Masacre, aczkolwiek ów odnośnik adekwatny jest jedynie w niektórych wątkach, kiedy to panowie z Kolumbii mocno przyspieszają i wypływają na deathmetalowe wody. Równie sporo tu nawiązań do starego thrashu, a i chwilami do black metalu, głównie tego z okresu drugiej fali, choć niekoniecznie skandynawskiego. Kogoś to dziwi? Bo dla mnie jest to stary, oklepany, wielokrotnie wypróbowany, i do dziś uskuteczniany przepis zespołów z tamtego rejonu świata. Penetrator Hammer łączą w swoich numerach klasykę prawdziwego, staroszkolnego metalu. Tutaj nie ma melodyjek do potańczenia, śpiewanych wokali, anielskich chórków z kobitkami w roli głównej, czy instrumentarium wykraczającego poza podstawowe. Są za to drapieżne riffy, dość prymitywne perkusyjne rytmy, darcie mordy w neandertalski sposób, i wszechobecny oldskul. Najczęściej jest grane na szybkich obrotach, choć zdarza się Kolumbom zwolnić, przy okazji „Evil Prevails”, utworu z fantastyczną niemal heavymetalową solówką, ale też nie tracąc przy tym odoru Diabła w muzyce. Nie będę chyba rzucał dodatkowymi nazwami, z którymi kojarzą mi się te nagrania, to się mija z celem, ale napomknę jeszcze, że Penetrator Hammer brzmią tak samo staroszkolnie jak grają, a może nawet jeszcze bardziej. Klasyka piwnicy z lat dziewięćdziesiątych, z produkcją bardziej demówkową niż profesjonalną. I to się pięknie z samą muzyką zazębia. Nie ma tutaj zatem co bić piany i rozpisywać się nad detalami. „War is from Shadows” to klasyczny (ile razy użyłem tego słowa?), południowoamerykański metal na wysokim poziomie. Od dawna jestem szalikowcem tego stylu, więc nic dziwnego, że i to wydawnictwo łykam bez przegryzania.

- jesusatan




środa, 19 sierpnia 2026

Recenzja Morbid Stench „Doom Metastasis”

 

Morbid Stench

„Doom Metastasis”

Putrid Cult / Nuclear Winter Rec. 2026

Morbid Stench przedstawiać nikomu raczej nie trzeba. Zespół niemal od samego początku gości pod skrzydłami rodzimej Putrid Cult, a jeszcze wcześniej wydany został, na kasecie, przez Till You Fukkin Bleed, też przecież naszą. Szybko pod swoje skrzydła przyjęła go także, również uznana, Nuclear Winter Records. Nic w tym dziwnego, bo trio z Ameryki Środkowej jest gwarantem określonego poziomu, poniżej którego nie schodzi także przy okazji nowej, trzeciej już płyty. „Doom Metastasis” to kolejny, konsekwentny krok w obranym przez chłopaków kierunku. Choć w sumie, co ja pierdolę? Przecież oni nigdzie nie idą. Ich droga w zasadzie zakończyła się dokładnie tam, gdzie się rozpoczęła, bo oni się nigdzie ruszać nie chcą, i nie zamierzają. Obrali sobie z góry upatrzoną pozycję stylistyczną, i trzymają się jej sztywno niczym małpa palmy. Jeśli przyjrzeć się nowym kompozycjom, i zacząć doszukiwać się w nich czegoś, czego Morbid Stench wcześniej jeszcze nie zagrali, to wrócimy z takiej wycieczki z koszem jak po grzybobraniu w kwietniu. Na dobrą sprawę to wszystko już było, a jedyną różnicą między kolejnymi nagraniami są zdobiące je okładki. Czy to znaczy, że Morbid Stench zżerają własny ogon? No i tutaj mam zagwozdkę, bo w sumie… nie. Nie wiem jak oni to robią, ale są obecnie na rynku muzycznym chyba najwierniejszymi kontynuatorami tradycji death / doom metalowych zapoczątkowanych na początku lat dziewięćdziesiątych. I podczas gdy ówcześni pionierzy, pokroju Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema, z każdą kolejną płytą zaczynali dryfować gdzieś na boki (niektórzy odpłynęli zresztą na zupełnie inne wody), tak Morbid Stench nawet nie myślą o łagodzeniu swojej muzyki. Nie znajdziecie w ich utworach damskich wokali, fragmentów akustycznych, rockowego słodzenia czy klawiszowego smęcenia. Tutaj cały czas jest ten klasyczny ciężar, te ołowiane riffy, wbijające w glebę harmonie, głęboki wokal i klimat śmierci. Niesamowitą zaletą tego zespołu jest fakt, iż potrafią po prostu na bazie podobnych wzorców budować ciekawe, i nadal brzmiące świeżo kompozycje. Nawet jeśli ktoś powie, że są one poniekąd od szablonu, bo tempo się na „Doom Metastasis” praktycznie nie zmienia, rytm też w większości pozostaje ten sam… Ale na tym kręgosłupie kłębią się melodie, i to one robią różnicę. Podsumować zawartość „trójki” Morbid Stench można zatem krótko. To kolejny album jednego z najlepszych obecnie na scenie death / doomowych tworów, zawierający sześć piosenek, które pokochacie, jeśli podobały wam się dwa poprzednie albumy. I chyba na tym zakończę, bo po co się rozwodzić nad tym prostym faktem.

- jesusatan




Recenzja Accursed Womb „Hymns of Blasphemous Fornication”

 

Accursed Womb

„Hymns of Blasphemous Fornication”

Nespithe Records 2026

Ten filadelfijski kwartet muzykuje od 2019 roku i od tamtej pory wydał sporo demówek, kilka epek i singli. Teraz kanadyjska wytwórnia Nespithe Records wypuszcza na świat kompilację utworów tej kapeli, na którą składają się, dwie epki „Crown of Piss” i „Prison Coward” oraz dwa demosy „Promo 2023” i „Promo 2026”. Jest to nie lada gratka dla wielbicieli surowizny w gatunku death-doom, bo taką właśnie muzę, ostro i zawzięcie, napierdalają Amerykanie. To prosty i kanciasty metal śmierci, który poraża okrutnie gęstym i niskim brzmieniem, a także prostotą wykonania, ponieważ Accursed Womb nie bawi się w skomplikowane aranże, czy też techniczne akrobacje. Ich granie jest do bólu proste wręcz siermiężne, ale niezwykle sugestywne, gdyż klimatu generuje ono całe pokłady. Brudny, jaskiniowy death-doom o zawiesistych riffach, który zalewa bagiennym mułem i ściekowym szlamem, bo ma iście grubiański charakter. Gitary tutaj rzężą, rezonując chwilami boleśnie, ale potrafią zaskoczyć jakąś, niezwykle atmosferyczną solówką. Bas dudni tak, że głowa imploduje, a beczki mu leniwie wtórują. Gdy słucha się tego materiału, świat zmienia się jak w Silent Hill po usłyszeniu syreny dźwiękowej. Rzępolenie Accursed Womb powoduje, że tak jak w alternatywnej rzeczywistości tego ponurego miasteczka, ściany zaczynają gnić bądź korodować, lecz w tym przypadku mgła nie znika, bo funkcjonuje cały czas z tym przerażającym przeobrażeniem. Death-doom, który płynie z samych czeluści piekła. Niesie ze sobą brutalne akordy, siejące grozę i bluźnierstwo. Undergroundowy styl o barbarzyńskim i bluźnierczym usposobieniu, które podbijają ohydne wokalizy w postaci plugawych growli i bazyliszkowatych warkotów. Wulgarne wydawnictwo, które liże lubieżnie swym śmierdzącym jęzorem, zsyłając śmierć i zniszczenie. Czyste, aroganckie zło, przed którym zapewne pokaźne grono „metalowców” ucieknie w popłochu.

shub niggurath