czwartek, 13 sierpnia 2026

Recenzja Neolith „Inbir”

 

Neolith

„Inbir”

Deformeating Prod. 2026

 


„Inbir” to słowo pochodzące z języka sumeryjskiego i oznacza „wojnę”. Czy da się w bardziej bezpośredni sposób zatytułować album deathmetalowy? Można by polemizować, ale na pewno słowo to i tak znalazłoby się w czołówce. Neolith obecni są na scenie od… cholera, od ćwierćwiecza i jeszcze dekady! Stare dziady, stare dziady! OK., koniec z poezją na dziś. Chłopaki od początku wierni są metalowi śmierci. Oczywiście takiemu ze starej szkoły, którą to, de facto, współtworzyli w złotym okresie gatunku. I wyobraźcie sobie, że przez te wszystkie lata Neolith prą do przodu ściśle upatrzoną ścieżką, z klapkami na oczach, niczym koń podczas wyścigów derbowych. Bez skoków w bok, bez tak zwanych „ewolucji” (czytaj: drastycznych zmian stylu), bez czerpania inspiracji z późniejszych, gruzowych odłamów gatunku. Czysty staroszkolny metal śmierci w najbardziej klasycznej formie. I chyba właśnie stąd wspomniany na wstępie „Inbir”, równie niewyszukany, co i sama muzyka. Wydany sześć lat temu „I am the Way” był dla mnie sporym zaskoczeniem. Głównie z tego powodu, że udowodnił, iż zespół z trzydziestoletnim stażem może nagrać jeden z najlepszych materiałów w swojej dyskografii. Jak w odniesieniu do owego krążka ma się „Inbir”? Cóż, trzyma poziom, i to zdecydowanie. Zdaje się, Levi i spółka są niczym wino. Bo ta nowo otwarta butelka zdecydowanie ma moc. Stylistycznie, jak już wspomniałem, fikołków nie ma. Jedyną nowością jest jeden numer zaśpiewany po naszemu, co się dotychczas (o ile mnie pamięć nie myli) zespołowi nie zdarzyło. Czysto sonicznie to nadal głównie Floryda i jej pochodne. Nadal przewijają się tutaj Morbidowe melodie oraz, przede wszystkim, solówki, które ostro weszły chłopakom z krew. Floryda, ale też na bardzo polski sposób. I tak sobie myślę, że gdybym kolejny raz rzucił porównaniem, dajmy na to, do wczesnego Vader, to dla zespołu z takim stażem byłoby to chyba poniekąd uwłaczające. Zwłaszcza, że ekipa Wiwczarka dosyć daleko odpłynęła od swoich korzeni, a Neolith nadal nie da się wyrwać z ziemi przez wiatry historii. Największą zaletą „Inbir” jest chyba właśnie konsekwencja i upór z jakim zespół trzyma się ram gatunku, a zarazem umiejętność grania „tych samych” patentów po raz nasty, bez kopiowania samego siebie ani zrzynania z „tych większych”. Gdybym miał doszukiwać się pęknieć w tym, nomen omen, monolicie, to naprawdę musiałbym być albo złośliwy, albo wyjątkowo drobiazgowy. Bo te czterdzieści minut to bardzo solidny kamień w bastionie twierdzy deathmetalowej. Neolith nigdy nie był dla mnie zespołem wybitnym. Zawsze jednak był na tyle dobrym, by poświęcić mu przynajmniej kilka odsłuchów. I nigdy nie żałowałem. Nie żałuję także tym razem. I biję po raz kolejny szczere pokłony, bo mało jest tak upartych deathmetalistów trzymających równy poziom przez tyle lat. Że mało napisałem konkretów o samej muzyce? Niech ona broni się sama. Ma czym.

- jesusatan




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz