Hadopelagyal
„Zelmathic Necroichorion”
Amor Fati 2026
Dopiero co
zdążyłem zakupić sobie ostatni album Hadopelagyal (dość nietypowe swoją drogą
jak na winyl wydanie), odsłuchać go dosłownie z dwa razy, a tu Hekla i Augur
wypluwają z siebie kolejne dwadzieścia minut gruzu, szlamu i wszelakich
nieczystości. Cztery nowe numery, mili
państwo, dokładnie tyle składa się na „Zelmathic Necroichorion”. Cztery numery
będące bezpośrednia kontynuacją stylu zapoczątkowanego przez duet na „XXXVI
XXXI N XXV XXVIII O”, i potem sukcesywnie… nie, no nie powiem „rozwijanym”, bo
przecież byłoby w tym sporo przesady. „Kultywowanym” zabrzmi tu zdecydowanie
lepiej. Niemcy grają muzykę gęstą, niemelodyjną, pozbawioną standardowych
struktur, mocno nieprzyjazną przeciętnemu słuchaczowi, odrażającą i śmierdzącą
katakumbami. Tak to chyba można najprościej opisać. Zresztą ci, którzy zespół
znają, doskonale wiedzą, czego się po nowej EP-ce spodziewać. Ich do odsłuchu,
tudzież nabycia tego materiału, zachęcać nie trzeba. Laikom można muzykę
Hadopelagyal przedstawić nieco bardziej obrazowo. Wyobraźcie sobie intensywnie
pracującą, najczęściej w tempie zdecydowanie szybkim, przymuloną brzmieniowo
perkusję, towarzyszące jej, bardziej na zasadzie ściany dźwięku, bo nie każdy
dosłyszy w tym melodię, gitary, pracujące równie mocno co sekcja rytmiczna, i
wydobywające się zza kotary, z komina, tudzież ze studni, głosy topielców, potępionych dusz, czy innych
nieświętych. Bez podziału na refreny i zwrotki, jednolita masa, co najwyżej z
jakimś przejściem gdzieś po drodze, jakimś drobnym ambientowym dodatkiem, i
wyciszeniem na końcu. Szalejące tornado, burza z gradobiciem, totalna ciemność,
ekstremalne temperatury, zero warunków dla jakichkolwiek form życia. Mnie
intryguje jedno. Hadopelagyal poruszają się w naprawdę wąskich ramach
gatunkowych, ich kompozycje na kolejnych nagraniach brzmią podobnie, są
podobnie zaaranżowane, i gdyby ktoś się uparł, to nie wiem, czy byłbym w stanie
wybronić tą muzykę przed zarzutem, że to jest w kółko to samo. A jednak nadal,
za każdym razem kiedy dostaje od nich „nowe”, czuję się porozrzucany niczym
obornik po polu. Bo, w odróżnieniu choćby od Necropolissebeth (innego projektu
Hekli), nie jest to tylko i wyłącznie hałas dla samego hałasu. Są tu riffy, są
melodie (oczywiście te z gatunku silnie gruzowych), jest ten przerażający
klimat śmierci. Pod takim graniem podpisuję się obiema rękoma. Dla maniaków
zespołu - kolejna pozycja obowiązkowa. Zwolennicy bardziej tradycyjnych
piosenek mogą sobie bez bólu serca odpuścić.
- jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz