sobota, 15 sierpnia 2026

Recenzja Emptiness „Nowhere Speaks”

 

Emptiness

„Nowhere Speaks”

Season of Mist 2026

 


Emptiness to dla mnie nazwa kompletnie nieznana. A przecież zespół ma w dorobku już sześć płyt, a tworzący zespół ludzie z niejednego pieca chleb jedli, żeby wymienić choćby takie twory jak Enthroned, Abysmal Descent, Putrid Offal, Necromantic Worship czy Possession. Zatem najwyższy czas nadrobić zaległości, i sprawdzić, czym to smakuje. Okazuje się, że smaków tutaj co nie miara, na pewno więcej niż w najpopularniejszym chińskim daniu z kurczaka. Już po kilku minutach można bowiem stwierdzić, że nie jest to album na jeden odsłuch. Nie jest to też album typowy, który można przypisać do jednego gatunku, czy porównać do konkretnego zespołu. Belgowie dość mocno kombinują i mieszają w swoim garnku rozmaitości. Najogólniej można powiedzieć, że „Nowhere Speaks” to mroczny, bardzo nastrojowy doom / black metal o silnie awangardowym zabarwieniu. W zasadzie panowie nie wykraczają poza tempo średnie, zdecydowanie częściej zwalniając, albo wplatając między dłuższe utwory krótkie instrumentalne przerywniki. Występuje tu bardzo bogate instrumentarium. Albo może inaczej, sporo fragmentów odgrywanych jest jedynie przez część całej „orkiestry”. Gitarowe tremolo gdzieniegdzie milkną, ustępując miejsca, na przykład, jedynie perkusji z akompaniamentem basu. Gdzie indziej rolę przewodnią przejmują klawiszowe pasaże, ambientowe wstawki, albo momenty akustyczne, a wszystkiemu towarzyszą bardzo nietypowe, bo głównie szeptane (śpiewane szeptem?) wokale. Sporo tu odniesień do black metalu z Islandii, Francji, ale także do twórczości Howls of Ebb czy Blut Aus Nord. Nie brakuje także elementów wykraczających daleko poza metalowe ramy. Dość ciekawym zabiegiem jest także nagłe urwanie końcówki w dwóch ostatnich kompozycjach. Brzmi to na tyle dziwnie (głównie dlatego, że zabieg ten się powtarza), że aż musiałem sprawdzić, czy aby moja promówka nie posiada błędów. Wszystkie stosowane przez Emptiness zabiegi tworzą bardzo kolorowy i bogaty obraz muzyczny, który ogląda się kawałek po kawałku, co chwilę znajdując na nim jakieś drobne, skrzętnie ukryte detale. Całość trwa niewiele ponad czterdzieści minut, i naprawdę zlatuje nim mrugniemy okiem. Ale wciąga na tyle, że zaraz się chce „Nowhere Speaks” włączyć ponownie. Fajna, dziwna i intrygująca płyta.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz