Miscreance
„Reminiscence”
Season of Mist 2026
Właśnie z nowym albumem wrócili
Włoscy specjaliści od technicznego thrashu z małą domieszką deta, czyli
Miscreance. Tym razem jest to dziewięć numerów w wymienionym wyżej gatunku,
które przede wszystkim czarują partiami solowymi oraz karkołomnymi
zapętleniami. To co wyczynia gitarzysta, który kreśli swoje solóweczki,
udowadnia, że z pewnością skalę pentatoniczną ma on w paluszku, a artykulację i
wyczucie rytmu we krwi. Podobnie rzecz ma się z wirtuozerskimi wygibasami,
które zapodają połamane i zakręcone akordy, bo kostkując i zapierdalając na
gryfie jeden z członków tej kapeli, niewątpliwie potrafi i to bardzo. Wokalista
także umie krzyknąć do mikrofonu i tym samym zaostrzyć ten materiał,
przypominając barwą głosu i manierą Martina Van Drunena. No i to tyle, ponieważ
reszta kompozycji, to typowe, nieco nużące galopady, trochę rytmicznych riffów
w średnim tempie i klika modernistycznych wstawek w towarzystwie dziwnych
wokaliz. Te pozostałe elementy w zestawieniu z technicznymi fikołkami, wypadają
niestety banalnie i wręcz nudzą swoją normalnością. Jako całość „Reminiscence”
jawi się jako płyta, która zmierza donikąd, poza technicznymi umiejętnościami
jej twórców, serwując przeciętne granie i muzyczne dłużyzny. Owszem, Włosi
starają się jak mogą, aby przełamywać swoje aranżacje i bawić nimi odbiorców,
ale nie do końca im to wychodzi, bo w każdym kawałku wpadają w nudne spirale, z
których z trudem momentami udaje im się wyjść. Wiele do życzenia pozostaje
również produkcja tego krążka, która jest oczywiście selektywna, lecz brakuje
jej mięsa, co spłaszczyło tony i spowodowało, że instrumenty brzmią nazbyt
plastikowo. Pewnie miało być ostro i siarczyście, a wyszło dość sztucznie. Cóż,
jeśli szukacie kolejnej kapeli, nawiązującej do Atheist, Pestilence czy Sadus i
nie przeszkadza wam kolejne oraz niezbyt porywające ich wcielenie to bierzcie.
Reszta może sobie odpuścić.
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz