niedziela, 23 sierpnia 2026

Recenzja Flowers of Rust “Crude Exhibitions of the Soul”

 

Flowers of Rust

“Crude Exhibitions of the Soul”

Apocalyptic Witchcraft 2026

Jestem przekonany, że logo F.O.R wpadło mi już kiedyś w oko, nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć, przy jakiej okazji. Słuchając drugiego albumu Amerykanów, utwierdzam się jednak w przekonaniu, iż jest to mój pierwszy kontakt z zespołem. W innym przypadku zdecydowanie zapamiętałbym ich muzykę. Z bardzo prostego powodu – to nie jest twórczość, jakiej pełno dookoła, twórczość jednowymiarowa czy pospolita. Panowie troszkę kombinują, a ja takich poszukiwaczy lubię. Oczywiście pod warunkiem, że ich wizje nadawane są na odbieranych przeze mnie falach. Co my tutaj zatem mamy… Pięć kompozycji oplecionych intro / outro. Brzmiących dość surowo, jak na ilość inspiracji zawartych w treści, ale to akurat w moim przypadku działa zdecydowanie in plus. Nadaje bowiem nagraniom większej autentyczności, i sprawia, że określenie „post”, którego w odniesieniu do „Crude Exhibitions of the Soul” trudno nie użyć, nie jest określeniem w znaczeniu negatywnym. Owym "postem" panowie nasączają natomiast, i sowicie ze sobą mieszają, takie gatunki jak sludge, black i doom metal, dorzucając do tego jeszcze kapkę awangardy. Co w tym przypadku istotne, nie są to kompozycje o odcieniu spontaniczności. Tutaj wszystko jest ze sobą dokładnie poukładane i posklejane, nawet jeśli poszczególne partie pochodzą z innych koszyków. Panowie zdecydowanie największy nacisk kładą na klimat swoich piosenek, dbając jednocześnie, by nie były one jednowymiarowe, by co chwilę coś się w nich działo, jak podczas dobrej sztuki teatralnej. Sporo tu zatem zmian tempa, przejść z fragmentów ostrych jak brzytwa (tu się kłania wspomniany black metal) w momenty wyciszające, post doomowe. Czuć jednocześnie, że muzycy doskonale czują, a nawet przeżywają to, co spod ich palców wychodzi. Przyszło mi przy okazji porównanie do polskiej Czerniny, albo kidsdrowninsilence. Może nie czysto pod względem muzycznym, ale właśnie łączenia ze sobą pewnego rodzaju kontrastów, i malowania nimi autorskiego obrazu. Ciekawą sprawą jest także to, że album ten z kawałka na kawałek zdaje się rozwijać, od prostego w swojej strukturze utworu tytułowego, po wieńczący część zasadniczą, najdłuższy „Mother Atrophy”. Całość trwa trzydzieści trzy minuty, zatem wchłania się szybko i prowokuje do podania kolejnej dawki. Dobry, ciekawy album, warto się zapoznać.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz