Morbid
Stench
„Doom Metastasis”
Putrid Cult / Nuclear Winter Rec. 2026
Morbid Stench przedstawiać nikomu raczej nie trzeba.
Zespół niemal od samego początku gości pod skrzydłami rodzimej Putrid Cult, a
jeszcze wcześniej wydany został, na kasecie, przez Till You Fukkin Bleed, też
przecież naszą. Szybko pod swoje skrzydła przyjęła go także, również uznana,
Nuclear Winter Records. Nic w tym dziwnego, bo trio z Ameryki Środkowej jest
gwarantem określonego poziomu, poniżej którego nie schodzi także przy okazji
nowej, trzeciej już płyty. „Doom Metastasis” to kolejny, konsekwentny krok w
obranym przez chłopaków kierunku. Choć w sumie, co ja pierdolę? Przecież oni
nigdzie nie idą. Ich droga w zasadzie zakończyła się dokładnie tam, gdzie się
rozpoczęła, bo oni się nigdzie ruszać nie chcą, i nie zamierzają. Obrali sobie
z góry upatrzoną pozycję stylistyczną, i trzymają się jej sztywno niczym małpa
palmy. Jeśli przyjrzeć się nowym kompozycjom, i zacząć doszukiwać się w nich
czegoś, czego Morbid Stench wcześniej jeszcze nie zagrali, to wrócimy z takiej
wycieczki z koszem jak po grzybobraniu w kwietniu. Na dobrą sprawę to wszystko
już było, a jedyną różnicą między kolejnymi nagraniami są zdobiące je okładki.
Czy to znaczy, że Morbid Stench zżerają własny ogon? No i tutaj mam zagwozdkę,
bo w sumie… nie. Nie wiem jak oni to robią, ale są obecnie na rynku muzycznym
chyba najwierniejszymi kontynuatorami tradycji death / doom metalowych zapoczątkowanych
na początku lat dziewięćdziesiątych. I podczas gdy ówcześni pionierzy, pokroju
Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathema, z każdą kolejną płytą zaczynali
dryfować gdzieś na boki (niektórzy odpłynęli zresztą na zupełnie inne wody),
tak Morbid Stench nawet nie myślą o łagodzeniu swojej muzyki. Nie znajdziecie w
ich utworach damskich wokali, fragmentów akustycznych, rockowego słodzenia czy
klawiszowego smęcenia. Tutaj cały czas jest ten klasyczny ciężar, te ołowiane
riffy, wbijające w glebę harmonie, głęboki wokal i klimat śmierci. Niesamowitą
zaletą tego zespołu jest fakt, iż potrafią po prostu na bazie podobnych wzorców
budować ciekawe, i nadal brzmiące świeżo kompozycje. Nawet jeśli ktoś powie, że
są one poniekąd od szablonu, bo tempo się na „Doom Metastasis” praktycznie nie
zmienia, rytm też w większości pozostaje ten sam… Ale na tym kręgosłupie kłębią
się melodie, i to one robią różnicę. Podsumować zawartość „trójki” Morbid
Stench można zatem krótko. To kolejny album jednego z najlepszych obecnie na
scenie death / doomowych tworów, zawierający sześć piosenek, które pokochacie,
jeśli podobały wam się dwa poprzednie albumy. I chyba na tym zakończę, bo po co
się rozwodzić nad tym prostym faktem.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz