Horrifier
„Revelations of Gore”
Personal Rec. 2026
Trzy i pół dekady temu, kiedy to w Norwegii
zapłonęły kościoły, a druga fala black metalu zaczęła infekować resztę
kontynentu, czy też nawet świata, w kraju tym praktycznie nikt nie grał metalu
śmierci. Oczywiście zdarzały się wyjątki pokroju bardzo dobrego Molested, ale
na dobrą sprawę wszystkie nowe kapele chciały wtedy bzyczeć pod Darkthrony,
Burzumy i inne Mayhemy. Z biegiem lat wszystko się nieco wyrównało, ale czegoś
w stylu „norweskiego death metalu” nigdy się nie doczekaliśmy. Pojawiło się za
to sporo zespołów hołdujących klasycznemu odłamowi gatunku, czy to
amerykańskiemu, czy tego zrodzonego na Starym Kontynencie. Horrifier powołany
do życia został zaledwie cztery lata temu, ale widać panowie nie próżnują, bo
„Revelations of Gore” jest ich drugim pełniakiem (a po drodze było jeszcze
demo, EP-ka i dwa splity). Materiał ten to intro plus osiem kompozycji
oldskulowego death metalu. Bardziej amerykańskiego, bo inspiracje Autopsy,
zwłaszcza, są tu nad wyraz słyszalne. Nie jest to jednak granie monotematyczne.
Osobiście słyszę w tych dźwiękach także sporo Pungent Stench, Repulsion, a
nawet odrobinę szwedzizny. Ciężko jednak tworzyć muzykę, która ma już kilka
dekad, bez odniesienia do filarów gatunku, Sztuką jest jednak poskładać stare
patenty w sposób choćby odrobinę autorski. Nie mówię, że Horrifier znaleźli
jakiś złoty środek. To nadal w głównej mierze odgrywanie znanych i lubianych
melodii, jednak poziom twórczy jest u Norwegów na zdecydowanie wysokim poziomie.
Bez wyścigów ze strusiem, bez niepotrzebnego technicznego kombinowania, bez
zbędnych mariaży z gatunkami podocznymi, czy bardziej odległymi, panowie
rzeźbią swoją cuchnącą grobem muzę z autentyczną pasją i znajomością tematu. Czuć
w tych nagraniach energię, szczerość i autentyczność, a sposób w jaki łączą się
tutaj patenty z lat dziewięćdziesiątych z odniesieniem do protoplastów gatunku
jest w tym przypadku wyjątkowo udany. Ponadto… brzmienie. Jak to śmierdzi
kompostownikiem, to aż by się chciał człowiek głęboko zaciągnąć i nie
wypuszczać do utraty przytomności. Ten cudownie chodzący w tle bas, te brudne
gitary i nieco rozklekotane beczki, no fantastyczne! Chłopaki wiekiem nie
dobili jeszcze do trzydziestki, ale metal śmierci najwyraźniej zainfekował ich
jeszcze w łonie matki, bo są nim przesiąknięci na wskroś. Takich płyt można
słuchać na zapętleniu, bo nigdy się nie znudzą. Kto łaknie cmentarnego
rozkładu, niech sięga po „Revelations of Gore” bez wahania. Odpowiednie
wrażenia gwarantowane.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz