niedziela, 23 sierpnia 2026

Recenzja Wharflurch „Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”

 

Wharflurch

„Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”

Personal Records / Gurgling Gore / Dawnbreed Rec. (2026)

 


Florydzki duet Wharflurch dał się poznać światu za sprawą debiutanckiego „Psychedelic Realms Ov Hell wydanego pięć lat temu. Muzycy nie bali się eksplorować psychodelicznych obszarów muzyki pomimo przywiązania do deathmetalowej tradycji. Efekt finalny był intrygujący, nawet jeśli w swojej konstrukcji był schematyczny. Na pewno o schematyczności nie może być mowy przy okazji „” Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”. Panowie każdym aspekcie usprawnili swój warsztat coraz mocniej określając to co chcą grać. A chcą grać death metal – niebanalny, nie stroniący zarówno od prostych, wręcz troglodyckich motywów jak i od bardziej wysublimowanych i odrealnionych pejzaży. W tej muzycy nie brakuje przestrzeni i oddechu, ale przede wszystkim nie brakuje pomysłów. Głównym narzędziem do kreowania krajobrazów niestworzonych w przypadku Wharflurch jest wszelkiej maści elektronika, ale i w partiach gitar nie brakuje nawiązań do progrockowych czy nawet artrockowych klasów, którzy nie bali się subtelności i rozmarzonych akordów sześciu strun. Inspiracji w przypadku Wharflurch można przytaczać bardzo dużo, ale największą ich siłą jest umiejętność sklejenia tego w bardzo intrygującą i angażującą całość. W częściach składowych, zwłaszcza w tej części deathmetalowej nie jest to granie, które aspiruje do wybitności. Powiedziałbym nawet, że w tych najbardziej topornych i prostych fragmentach panowie gubią gdzieś dynamikę, muzyka robi się tępa i trochę nudna, ale to tylko jeden z wielu środków artystycznych, którymi dysponują. W bardziej zagmatwanych fragmentach panowie stawiają na czytelność, podpierając się niejednokrotnie bardziej melodyjnym fragmentem. Żaden to zarzut, ale odniesie szukałbym raczej nie w klasyce,a bardziej w nowszych zespołach, które z undergroundu jedną nogą próbują wyjść na szerszą wodę. Taki też potencjał słyszę w Wharflurch – tam są naprawdę ogromne pokłady kreatywności, przeważnie wykonane lepiej, rzadziej gorzej. Nie ukrywam, że zajęło mi chwilę, żeby się z do tego materiał przekonać, ale muzyka obroniła się sama – materiał wciągnął na tyle, że dał mi czas na oswojenie się z nim i poznanie smaczków skrywających się w tych dźwiękach. Ja szczerze polecam to wydawnictwo, zwłaszcza tym bardziej otwartym słuchaczom, którzy nie boją się muzycznych eksploracji.

                   Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz