Wharflurch
„Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”
Personal Records / Gurgling Gore / Dawnbreed Rec. (2026)
Florydzki
duet Wharflurch dał się poznać światu za sprawą debiutanckiego „Psychedelic
Realms Ov Hell wydanego pięć lat temu. Muzycy nie bali się eksplorować
psychodelicznych obszarów muzyki pomimo przywiązania do deathmetalowej
tradycji. Efekt finalny był intrygujący, nawet jeśli w swojej konstrukcji był
schematyczny. Na pewno o schematyczności nie może być mowy przy okazji „”
Mycodeath And Rebirth In The Outer Clusters”. Panowie każdym aspekcie
usprawnili swój warsztat coraz mocniej określając to co chcą grać. A chcą grać
death metal – niebanalny, nie stroniący zarówno od prostych, wręcz
troglodyckich motywów jak i od bardziej wysublimowanych i odrealnionych
pejzaży. W tej muzycy nie brakuje przestrzeni i oddechu, ale przede wszystkim
nie brakuje pomysłów. Głównym narzędziem do kreowania krajobrazów
niestworzonych w przypadku Wharflurch jest wszelkiej maści elektronika, ale i w
partiach gitar nie brakuje nawiązań do progrockowych czy nawet artrockowych
klasów, którzy nie bali się subtelności i rozmarzonych akordów sześciu strun.
Inspiracji w przypadku Wharflurch można przytaczać bardzo dużo, ale największą
ich siłą jest umiejętność sklejenia tego w bardzo intrygującą i angażującą
całość. W częściach składowych, zwłaszcza w tej części deathmetalowej nie jest
to granie, które aspiruje do wybitności. Powiedziałbym nawet, że w tych
najbardziej topornych i prostych fragmentach panowie gubią gdzieś dynamikę,
muzyka robi się tępa i trochę nudna, ale to tylko jeden z wielu środków
artystycznych, którymi dysponują. W bardziej zagmatwanych fragmentach panowie
stawiają na czytelność, podpierając się niejednokrotnie bardziej melodyjnym
fragmentem. Żaden to zarzut, ale odniesie szukałbym raczej nie w klasyce,a
bardziej w nowszych zespołach, które z undergroundu jedną nogą próbują wyjść na
szerszą wodę. Taki też potencjał słyszę w Wharflurch – tam są naprawdę ogromne
pokłady kreatywności, przeważnie wykonane lepiej, rzadziej gorzej. Nie ukrywam,
że zajęło mi chwilę, żeby się z do tego materiał przekonać, ale muzyka obroniła
się sama – materiał wciągnął na tyle, że dał mi czas na oswojenie się z nim i
poznanie smaczków skrywających się w tych dźwiękach. Ja szczerze polecam to
wydawnictwo, zwłaszcza tym bardziej otwartym słuchaczom, którzy nie boją się
muzycznych eksploracji.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz