Archgoat
„Nightbringer, Lightbringer”
Debemur Morti Productions 2026
Mało coś ostatnio zaskoczeń, bo nowy Archgoat również nim nie jest. Finowie łupią jak na nich przystało, serwując smrodliwą papkę, którą uformowali w war metalowe kształty. Mieszają ją jak zwykle z rytualnymi, średnimi i wolnymi tempami, które wspomagane są przez subtelne syntezatory. Klawisze dobiegają jakby z oddali, podsycając ogień piekielny „Nightbringer, Lightbringer”, składającego się z jedenastu kawałków, z których sączy się smoła zmieszana z bluźnierstwem, ale nikogo przecież to nie zdziwi, ponieważ to w końcu Archgoat. Barbarzyńskie nawałnice, jadowite blasty i mnóstwo mistycyzmu o diabelskiej proweniencji. Panowie opanowali swoją sztukę do perfekcji, atakując jak zwykle z siłą znaczną. Gęsty i odstręczający szajs, który oprócz satanistycznego podmuchu, oferuje niezmierzone pokłady ceremonialnej atmosfery, a roztaczający ją trzej szafarze, zostali do tego namaszczeni przez samego Diabła. Jednakże to nie tylko toporne akordy tworzą ten materiał, bo Finowie do swych bestialskich i kultowych riffów dokładają sporo finezyjnej ornamentyki, którą trzeba wyłowić z kłębiących się tutaj dźwięków, ale jak już to się uda, to wyłania się wtedy wielowymiarowość kompozycji, początkowo jawiących się jako prosta i bezbożna napierdalanka. Do tego trzeba dodać sporo chwytliwości, które jak to u Archgoat nie są nachalne i dość sprytnie sprawiają, że ich muzyka oprócz antyreligijnych uniesień, gwarantuje również bezbolesny odbiór, nie umniejszając przy tym jej ciężaru gatunkowego. Co tu dużo pisać. Archgoat po raz kolejny oferuje swoim fanom miażdżący krążek, zaś antagonistom powiew gorącego powietrza, które spali ich na popiół. Finowie cały czas w formie.
shub niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz