wtorek, 14 lipca 2026

Recenzja Besatt „Hellstorm”

 

Besatt

„Hellstorm”

Mara Productions 2026

Polski Besatt każdy zna i jego dyskografie pewnie też. Jeśli nie, to będzie mógł się zapoznać z ich trzecią płytą, która pierwotnie wydana była w 2002 roku. Teraz przybliża i przypomina ją Mara Productions. To tak jak ówcześnie, osiem kawałków black metalu, który kąsa dotkliwie. Surowe brzmienie, bezkompromisowe podejście do tworzenia riffów i totalna wściekłość. Zrodziło to diabelszczyznę, która odznacza się agresją i skrajną nieprzychylnością dla form życiowych. Wściekłe blasty, delikatnie nastrojowe chwytliwości i satanistyczne kołysanki na „Hellstorm” robią naprawdę dobrze, bo połączenie norweskich manier i polskiego bon-tonu zawsze było w cenie. Besatt już wtedy wiedzieli o co chodzi i wprowadzali wszystkie właściwe elementy do swojej muzyki, która tnie do kości, gdy trzeba upiornie pobuja, a i mrocznego romantyzmu dostarczy. Materiał ubrany w toporne, uwierające brzmienie, kaleczy uszy podobnie jak cięte akordy oraz zajadłe wokale. Oprócz diabolicznych galopad oferuję także mnóstwo zmian tempa, a te w średniej agogice wprowadzają pokaźną ilość mistycznej atmosfery, która czyni ten krążek jeszcze bardziej wymownym. Besatt dobitnie udowadnia czym jest black metal i jakie uczucia powinien nieść ze sobą. Podziemny i wypełniony ciemnością album, będący wyrazem kultu Szatana jak i samego gatunku. Pozbawiony udziwnień, już na początku XXI wieku nie bardzo wpisywał się w narastające w tamtych latach modernistyczne trendy., co czyni także dziś. Zupełnie nie poddając się zębom czasu, nie stracił na sile i przetrwał te 24 lata bez uszczerbku. Z jego antagonistycznego wydźwięku zionie autentycznością i piekielnym ogniem. Tym, którzy nie znają, polecam, bo innym nie muszę.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz