My Minds Mine
“Between Soothing
Consolation and Uncontrollable Madness” & “Scenes of the Complete
Annihilation of This Planet”
Selfmadegod Rec. 2026 (re-issue)
Nazwa My Minds Mine jest mi doskonale znana, nawet
jeśli nie jestem jakimś wielkim fanem grindcore’a. Z muzyką zresztą też kiedyś
się spotkałem, pewnikiem na jakimś spotkaniu towarzyskim przy napojach
wyskokowych. Wrażenia miałem pozytywne. Dziwnym nie jest. Bo raz, że procenty
mieszające się z krwią pobudzają zmysły, a dwa, albumy tych holenderskich
napierdalaczy do najdłuższych nie należą, więc takie krótkie wybuchy energii
totalnej są niczym przypływ adrenaliny. Wczoraj w mojej skrzynce odbiorczej
zameldowały się dwa materiały promocyjne ze stajni Pana Karola, oba dotyczące
wznowień rzeczonego bandu. Postanowiłem zatem odpalić piwo, i przysiąść do tych
wzruszających piosenek raz jeszcze. Jednocześnie, biorąc pod uwagę, że oba
albumy zespołu trwają łącznie coś koło trzydziestu sześciu minut, i nie różnią się stylistycznie, nie rozbijałem moich
odczuć na dwa osobne tematy, tylko zawarłem je we wspólnym nawiasie. Wynik moich
doznań jest jednoznaczny. Wiadomo jaki profil ma Samozwańczy Bóg. My Minds Mine
pasuje do niego idealnie, niczym kutas w pipkę. Chłopaki są bezpośrednimi
spadkobiercami wczesnego Napalm Death i zespołów podobnych. Ich kompozycje to
szybkie, albo raczej mega szybkie strzały na ryj. Zazwyczaj oparte na maksymalnym
blaście, wspartym równie wartkim riffowaniem, mającym w sobie tyleż melodii co
pierdnięcie pod kocem. Przy okazji tychże neandertalskich wybuchów wkurwu,
doświadczamy darcia ryja na potęgę. Na wskroś klasycznego, czyli wrzaski
obdzieranego ze skóry przeplatają się chwilami z głębszym, bardziej
deathmetalowym growlem. Oczywiście większość numerów jest bliźniaczo do siebie
podobnych, i pół królestwa oraz ręka księżniczki temu, kto rozpozna je po
siedmiu nutkach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż część z nich kończy się na
pięciu. Na szczęście reguła ta jest czasem przełamywana, i pojawiają się
bardziej zapamiętywalne riffy, cały czas na kształt Napalmów, ale tych o wiele
późniejszych. Tak sobie tego słucham, i troszkę to śmieszne, troszkę fajne, bo
takie sentymentalne. Ja się taką muzyką znudziłem dawno temu, ale od czasu do
czasu powrócić do niej warto. Choćby po to, by przypomnieć sobie stare dzieje,
tudzież sprawdzić, jak ów gatunek funkcjonował w latach późniejszych. A, jak
widać, funkcjonował równie konsekwentnie jak inne, które za powtarzanie
pierwowzorów szanuję w opór. Powiem zatem tak… Fani gatunku tymi wznowieniami
powinni być wpiekłowzięci, bo to doskonała kontynuacja pierwotnej mikstury na
najwyższym poziomie. No i domyślam się, że nakład poprzednich wydań się
wyprzedał, więc kto tych płyt na półce nie ma, będzie mógł je zdobyć za
relatywnie niewielkie pieniążki. Myślę, że warto nabyć, bo mimo wszystko mi się
ta retrospekcja bardzo podobała.
-
jesusatan


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz