niedziela, 12 lipca 2026

Recenzja Malaflame „Operation Werewolf”

 

Malaflame

„Operation Werewolf”

Mara Prod. 2026

Zastanawiam się, ilu z was zna Malaflame. Zespół narodził się ponad dekadę temu, ma w swoim dorobku jedną dużą płytę i jakieś tam drobiazgi, a w składzie jego figurują persony związane między innymi z konkurującym do ścisłej światowej czołówki pod względem wydanych splitów Via Dolorosa, oraz naszym (nie)sławnym Graveland. Ja dotychczas nie znałem, ale właśnie poznałem, dzięki uprzejmości rodzimej Mara Productions. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo „Operation Werewolf” to… zajebista płyta. Stwierdzenie może i lakoniczne, ale według mnie adekwatne do muzyki, która również zawiera czyste zło, w skondensowanej, nierozwleczonej formie. Panowie grają black metal konkretny. Co mam na myśli? Że nie ma tutaj bawienia się w jakieś popierdułkowe melodyjki (nie mylić z „nie ma tu melodii”). Album otwiera intro w stylu dark techno. O ile się nie mylę, dokładnie tych samych sampli użył jakiś czas temu na którejś ze swoich płyt DeathEpoch, ale to tak na marginesie. Zaraz potem atakowani jesteśmy szybkim, przypominającym przez chwilę Zyklon B, agresywnym blastem, z czasem przechodzącym w rytmy bardziej punkowe. Jak by nie patrzył, albo jak nie słuchał, kłania się czysty oldskul. Z tym punkiem, to poza wszechobecnymi na krążku d-beatami, a także częstymi rytmami mającymi swoje korzenie w tymże gatunku, sporo tutaj totalnie anarchistycznego podejścia. Albo, innymi słowy, braku kija w dupie. Bo panowie grają black metal, temu nikt nie zaprzeczy. Ale jednocześnie potrafią robić to w sposób autorski, bez oglądanie się, czy dany patent będzie burzył konwenanse, czy też nie. Stąd też mamy tu kilka wyluzowanych akcentów wokalnych, czy też kompletnie odskakujący od formuły „Division Krieg Satana”, kawałek bardziej industrialny, podszytu elektroniką mocno… taneczną. Jak już o wokalach, to poza wkurwionym wrzaskiem, nierzadko do głosu dochodzą zawodzące chórki, jakieś quazi pijackie zaśpiewy, czy frazy w wyższych rejestrach rodem ze speed metalu. A, no i wspomnieć należy, że lirycznie jest tu po angielsku, ale i po ichniemu. Nie znam włoskiego, ale jak wyłapuję słowa-klucze, to wiem, że panowie katolstwo ostro pierdolą a Sztana szanują. Legancko. Poza wspomnianym punkiem, bardzo dużo tutaj agresywnych, nasterydowanych harmonii rodem z drugiej fali. Momentami troszkę pod Darkthrone (ale to na zasadzie zajawki), gdzie indziej pod Impaled Nazarene (zresztą we wspomnianym utworze pojawia się sławne „Sadhu Satana” wrzeszczane z taką intensywnością, jakby chłopaki chcieli świat podpalić). Można sobie porównywać do woli, bo „Operation Werewolf” to w sumie nic nowego. Nic nowego, ale mino to zagrane nieco inaczej. Taki black metal to ja uwielbiam, takie zespoły szanuje. Nie wiem czy nie jest to jedno z najlepszych wydawnictw Mara Productions w ich, niechudym przecież, katalogu. Wszystko mi się tu idealnie zazębia. Okładka, wspomniane teksty, bezkompromisowa muzyka, wyjebongo na trendy. Kto nie sprawdzi tego krążka ten pizda w korach. Tyle w temacie.

- jesusatan






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz