Reekmind
„Glints from the
Crematorium”
Night Terrors Rec. 2026
Piętnaście miesięcy po debiutanckim “Mired in the
Reek of Grief” powraca australijski Reekmind. Tym razem panowie przypominają o
sobie przy pomocy trzyotworowej EP-ki, zawierającej łącznie dwadzieścia pięć
minut muzyki. Ujmując rzecz precyzyjnie, są to dwie studyjne kompozycje, plus,
jako bonus, nagranie live, z tegoż jednak samego studio, zatem różnice w
dźwięku są minimalne. Jeśli lubicie taplać się w szlamie, to ta przystawka
idealnie wpasuje się w wasz gust. Panowie z Antypodów grają powoli, a chwilami
bardzo powoli. Zdecydowany nacisk (i w zasadzie jest to także słowo-klucz)
kładziony jest tutaj na masywność akordów i przytłaczający, grobowy klimat. To
taka idealna mieszanka śmierć-doom’u z naleciałościami sludge’owymi. Akcja
toczy się zatem niespiesznie, a same harmonie ulegają zapętleniu, przez co
możemy poczuć się jakby przejeżdżał po nas czołg. Miejscami następują tu też
chwilowe wyciszenia, przy których możemy złapać, no może nie cały, ale
przynajmniej pół oddechu. Wspomnianą duchotę potęguje na tych nagraniach
odpowiednio zamulone brzmienie oraz złowieszcze wokale. Melodii w tych
kompozycjach niewiele, a na pewno nie takich do ponucenia. Panowie głównie
mielą, systematycznie i sukcesywnie, poruszając się naprzód niczym stado
wypełzłych spod nagrobka zombiaków, częściowo zresztą niekompletnych w wyniki
kilkumiesięcznej pracy robali. W temacie oryginalności zbyt wiele powiedzieć tu
się Ne da. Ten materiał nie jest ani specjalnie wybitny, ani nowatorski. Ma
jednak coś, co mimo wszystko mi się podoba. Wspomniany gnilny nastrój, którym
to panowie nadrabiają wszelkie inne niedociągnięcia. Tak po prawdzie, pełniak
podobał mi się bardziej, bo „Glints from the Crematorium” brzmi jak odrzuty z tamtej
sesji, ale i tak lipy nie ma. Komu zatem z rozkładem po drodze, temu Reekmind.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz