sobota, 18 lipca 2026

Recenzja Chamber of Unlight „Avernus”v

 

Chamber of Unlight

„Avernus”

Werewolf Rec. 2026

Debiutancki album Chamber of Unlight przedstawiałem wam niespełna pięć lat temu. Pamiętam, że mimo swojej „wtórności” strasznie przypadł mi do gustu i przesłuchałem go wielokrotnie, a potem jeszcze nie raz do „Realm of the Night” wracałem. Coś czuję, że podobnie będzie z nowym materiałem Finów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja młotka. Bo to jest zajebisty, staroszkolny symfoniczny black metal zagrany z prawdziwą pasją i wyczuciem. W zasadzie mamy tutaj wszystko to, co czyniło ten gatunek wielkim w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Chwytające za serce melodie (bynajmniej nie przesłodzone, tylko pokryte północnym szronem), drapieżne riffy, klawiszowe tła w klimacie Emperor, solidne, klasyczne wokale i, przede wszystkim, ten niepowtarzalny, chłodny nastrój. W samej muzyce nie ma co doszukiwać się czegokolwiek nowego. Z drugiej strony nie jest to też bezmyślne kopiowanie. Panowie po prostu nasiąknęli klasyką na tyle, że pomysły rodzą im się same, dzięki czemu otrzymujemy materiał godnych spadkobierców nauk mistrzów wybitnych. Czuć w tych nagraniach klimat, który towarzyszył czasom największej eskalacji rzeczonego odłamu, i mam tu na myśli okres wcześniejszy, zanim prawdziwie czarny metal zaczął blaknąć niczym sprana koszulka. Na „Avernus” jest jad, są nastrojowe momenty, przy których w oczach stają pokryte śniegiem szczyty gór, są nawiązania do wspomnianych Norwegów (zdecydowanie najwięcej do „In the Nightside Eclipse”). Nie ma natomiast tandety, i nie ma nudy, bo materiał ten praktycznie sam się odpala ponownie gdy wybrzmi ostatnia nutka. I w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo to jedna z tych płyt, o której nie warto opowiadać, za to warto posłuchać. Co też czyńcie, zwłaszcza jeśli macie na półce wymieniony w tekście album z niebieską okładką przedstawiającą zamek wśród gór i lasów.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz