Chamber of Unlight
„Avernus”
Werewolf Rec. 2026
Debiutancki album Chamber of Unlight przedstawiałem
wam niespełna pięć lat temu. Pamiętam, że mimo swojej „wtórności” strasznie
przypadł mi do gustu i przesłuchałem go wielokrotnie, a potem jeszcze nie raz do
„Realm of the Night” wracałem. Coś czuję, że podobnie będzie z nowym materiałem
Finów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja młotka. Bo to jest
zajebisty, staroszkolny symfoniczny black metal zagrany z prawdziwą pasją i
wyczuciem. W zasadzie mamy tutaj wszystko to, co czyniło ten gatunek wielkim w
pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Chwytające za serce melodie
(bynajmniej nie przesłodzone, tylko pokryte północnym szronem), drapieżne
riffy, klawiszowe tła w klimacie Emperor, solidne, klasyczne wokale i, przede
wszystkim, ten niepowtarzalny, chłodny nastrój. W samej muzyce nie ma co
doszukiwać się czegokolwiek nowego. Z drugiej strony nie jest to też bezmyślne
kopiowanie. Panowie po prostu nasiąknęli klasyką na tyle, że pomysły rodzą im
się same, dzięki czemu otrzymujemy materiał godnych spadkobierców nauk mistrzów
wybitnych. Czuć w tych nagraniach klimat, który towarzyszył czasom największej
eskalacji rzeczonego odłamu, i mam tu na myśli okres wcześniejszy, zanim
prawdziwie czarny metal zaczął blaknąć niczym sprana koszulka. Na „Avernus”
jest jad, są nastrojowe momenty, przy których w oczach stają pokryte śniegiem
szczyty gór, są nawiązania do wspomnianych Norwegów (zdecydowanie najwięcej do
„In the Nightside Eclipse”). Nie ma natomiast tandety, i nie ma nudy, bo
materiał ten praktycznie sam się odpala ponownie gdy wybrzmi ostatnia nutka. I
w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo to jedna z tych płyt, o której nie
warto opowiadać, za to warto posłuchać. Co też czyńcie, zwłaszcza jeśli macie na
półce wymieniony w tekście album z niebieską okładką przedstawiającą zamek
wśród gór i lasów.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz