Coprolith
„Putrescence”
Me Saco Un Ojo/Rotted Life (2026)
Francuska
Kanada i death metal. Już to powinno być wystarczającą rekomendacją, żeby
sięgnąć po debiut pochodzącego z Toronto Coprolith. Zdziwi się jednak ten, kto
będzie tu szukał klasycznego, technicznego, intensywnego metalu śmierci, z
którym ta scena jest przeważnie kojarzona. „Putrescence” to death metal
skrojony idealnie pod panujące trendy, balansujący gdzieś na pograniczu z doom
metalem. Można w ciemno mówić „ale przecież takiego granie teraz pełno na
rynku” i nie będzie to w żadnym wypadku nadużyciem, ale niewiele jest
wydawnictw prezentujących taką jakość jak Kanadyjczycy. Ci kolesie przez 35
minut gniotą zwoje słuchacza nie oglądając się na nikogo, ich death/doom jest
tłusty, potężny, masywny, niosący za sobą piwniczny fetor, którego wielu
wydawnictwom teraz brakuje. Premierowy pełniak Coprolith jest jak owoc romansu
Mortiferum i Fetid, przemycający wyrafinowanie pierwszych i bezpośredniość
drugich. To jest właśnie ta estetyka, ta konwencja, te wibracje. Oryginalnością
może ci goście nie grzeszą, ale każdorazowe dalekie „Putrescence” kończyło się
pełnym okrążeniem i oblizywaniem uszu. Nie jest to granie tak europejskie (a w
zasadzie fińskie) jak to ma miejsce w Mortiferum, nie jest też tak
neandertalskie jak to co przed laty oferował Fetid, ale wszystkie te nazwy
łączy wspólny mianownik w postaci potężnego brzmienia i zatęchłego, namacalnie
odrażającego klimatu. Wykonawczo i realizatorsko tutaj nie ma się do czego
przyczepić, a jakość samej muzyki jest bardzo wysoka. Owszem, ta płyta niczego
nie zmieni i niczego świeżego nie wnosi do obecnie istniejącej sceny, ale
wszystkie nuty na „Putrescence” nakazują twierdzić, że Coprolith to nowa siła,
z którą już bardzo niedługo trzeba będzie się liczyć. Jest to album, który
powinien spodobać się nawet tym, którzy już trochę kręcą nosem na propozycje
wydawnicze w tej niszy w ostatnim czasie. Ja jestem bardzo zadowolony.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz