Hekatomb
„Apokrypha
Archives vol.1 & 2”
Independent 2026
Wydany nieco ponad dwa lata temu debiutancki album
Hekatomb „Kotosta” bardzo mocno mną pozamiatał, a chłopaki otworzyli nim z kopa
drzwi do najwyższej klasy krajowego black metalu, i to z wyraźnymi aspiracjami
na szybką podróż w kierunku czuba tabeli. Bardzo mocno zastanawiałem się zatem,
jaki będzie kolejny krok zespołu, a przede wszystkim, czy podołają bardzo
wysoko postawionym przeze mnie, wymaganiom. Kiedy zobaczyłem, że oto z
początkiem maja ukazały się dwie EP-ki, pod wspólnym tytułem „Apokrypha
Archives”, trwające łącznie ponad pięćdziesiąt minut, zastanawiałem się,
dlaczego nagrania te nie zostały wydane jako drugi pełen album. Odpowiedź
poznałem jak tylko płyty do mnie dotarły, a ja zapoznałem się z ich
zawartością. Otóż obie części „Apokryficznych Archiwów” są od siebie,
przynajmniej od względem muzycznym, zupełnie różne. Część pierwsza zawiera coś,
czego nigdy nim się po zespole nie spodziewał. Są to trzy kompozycje, z których
dwie pierwsze to… mroczny, wręcz apokaliptyczny ambient, z niewielkim dodatkiem
industrial i dosłownie kilkoma akordami blackmetalowymi. Sam podkład tego, co
przewija się w tle, jest hipnotycznie monotonny, wciągający niczym czarna
dziura, niemalże odurzający. Doskonale pasuje to zresztą do konceptu i warstwy
„tekstowej”. Celowo w cudzysłowie, bowiem nie mamy tu typowych wokali, a
wycinki z filmów Marshalla Applewhite’a, oraz ostatniego kazania Jima Jones’a,
przywódcy sekty Świątynia Ludu. Cały koncept spina się tu idealnie, bo
zanurzając się w tych kompozycjach faktycznie można popaść w stan umysłu
towarzyszący religijnemu obłędowi. Zresztą, jeśli o tym wspominam, to od razu
napomknę, że po raz kolejny Hekatomb odpowiednio zadbali o oprawę graficzną
swojego wydawnictwa. Tutaj nie ma elementów przypadkowych, jestem pełen
podziwu. Trzeci numer na pierwszej EP-ce to cover, albo raczej interpretacja
własna piosenki Davida Koresha „The Book of Daniel”. Zgadza się w niej w
zasadzie wyłącznie tekst, śpiewany czystym głosem, bo muzycy czterominutowy
utwór rozwinęli do minut niemal piętnastu. Jaką ma on uzależniającą moc,
doświadczy każdy, kto go posłucha. Część druga „Apokryfów” to już klasyczny,
surowy, kurewsko zimny black metal. Ponownie dostajemy trzy kompozycje, oparte
na drugofalowych, najlepszych wzorcach z Darkthrone i Burzum na czele. Nawet
nie tylko oparte, co dosłownie im dorównujące. Jedyna różnica między znanymi
wszem i wobec kamieniami milowymi gatunku w postaci „Panzerfaust” czy „Aske” jest
taka, że Hekatomb zabrali je ponad trzy dekady później. Pod względem jakości
różnic nie zauważam, i mówię to będąc w pełni władz umysłowych (choć po
doświadczeniach z „Vol.1” sam już do końca nie jestem niczego pewien). Nie
tylko te utwory stanowią definicję surowego black metalu (tak surowo Hekatomb
jeszcze nie grali), ale jak brzmią! Można się dosłownie posrać z radości.
„Sunless Journey” to dowód, że aby skomponować zabójczy numer nie trzeba
montować go z kilkunastu riffów, bo wystarczą góra trzy. „Borea’s Lament” z
kolei, podszyty punkowym sznytem, mógłby być zagubionym kawałkiem Darkthrone z
najlepszych lat. W najdłuższym, bo dziesięciominutowym „Prayer of the Silent
Ones” przebija się z kolei nieśmiertelny duch Bathory. Jednocześnie, mino
wspomnianej surowości, nie brak tu odrobiny „klimatu”. A jeśli zastanawiacie
się, czy „Where Cold Winds Blow” to tytuł wyjęty „z dupy”, to wyjaśnię, że w
trakcie „Vol.2” ów wiatr cały czas faktycznie słychać w tle (nie będę się zatem
znów rozpisywał o spójności muzyki z tekstami i obrazem). Podsumowując zatem…
Hekatomb zeszli na chwilę ze swojej głównej ścieżki, ale przy okazji wyznaczyli
kolejne dwie. Obie niesamowicie mroczne i wypełnione po brzegi czystym złem.
Nie wiem czy nie foruję wyroków zbyt wcześnie, ale według mnie „Apokrypha
Archives” to najpoważniejszy kandydat do wydawnictwa roku w Polsce, i bardzo
silny kandydat do czołówki podsumowań globalnych. Czuję się jak rozdeptany
robak. Absolutnie fenomenalny materiał!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz