niedziela, 24 maja 2026

Recenzja Hekatomb „Apokrypha Archives vol.1 & 2”

 

Hekatomb

„Apokrypha Archives vol.1 & 2”

Independent 2026

Wydany nieco ponad dwa lata temu debiutancki album Hekatomb „Kotosta” bardzo mocno mną pozamiatał, a chłopaki otworzyli nim z kopa drzwi do najwyższej klasy krajowego black metalu, i to z wyraźnymi aspiracjami na szybką podróż w kierunku czuba tabeli. Bardzo mocno zastanawiałem się zatem, jaki będzie kolejny krok zespołu, a przede wszystkim, czy podołają bardzo wysoko postawionym przeze mnie, wymaganiom. Kiedy zobaczyłem, że oto z początkiem maja ukazały się dwie EP-ki, pod wspólnym tytułem „Apokrypha Archives”, trwające łącznie ponad pięćdziesiąt minut, zastanawiałem się, dlaczego nagrania te nie zostały wydane jako drugi pełen album. Odpowiedź poznałem jak tylko płyty do mnie dotarły, a ja zapoznałem się z ich zawartością. Otóż obie części „Apokryficznych Archiwów” są od siebie, przynajmniej od względem muzycznym, zupełnie różne. Część pierwsza zawiera coś, czego nigdy nim się po zespole nie spodziewał. Są to trzy kompozycje, z których dwie pierwsze to… mroczny, wręcz apokaliptyczny ambient, z niewielkim dodatkiem industrial i dosłownie kilkoma akordami blackmetalowymi. Sam podkład tego, co przewija się w tle, jest hipnotycznie monotonny, wciągający niczym czarna dziura, niemalże odurzający. Doskonale pasuje to zresztą do konceptu i warstwy „tekstowej”. Celowo w cudzysłowie, bowiem nie mamy tu typowych wokali, a wycinki z filmów Marshalla Applewhite’a, oraz ostatniego kazania Jima Jones’a, przywódcy sekty Świątynia Ludu. Cały koncept spina się tu idealnie, bo zanurzając się w tych kompozycjach faktycznie można popaść w stan umysłu towarzyszący religijnemu obłędowi. Zresztą, jeśli o tym wspominam, to od razu napomknę, że po raz kolejny Hekatomb odpowiednio zadbali o oprawę graficzną swojego wydawnictwa. Tutaj nie ma elementów przypadkowych, jestem pełen podziwu. Trzeci numer na pierwszej EP-ce to cover, albo raczej interpretacja własna piosenki Davida Koresha „The Book of Daniel”. Zgadza się w niej w zasadzie wyłącznie tekst, śpiewany czystym głosem, bo muzycy czterominutowy utwór rozwinęli do minut niemal piętnastu. Jaką ma on uzależniającą moc, doświadczy każdy, kto go posłucha. Część druga „Apokryfów” to już klasyczny, surowy, kurewsko zimny black metal. Ponownie dostajemy trzy kompozycje, oparte na drugofalowych, najlepszych wzorcach z Darkthrone i Burzum na czele. Nawet nie tylko oparte, co dosłownie im dorównujące. Jedyna różnica między znanymi wszem i wobec kamieniami milowymi gatunku w postaci „Panzerfaust” czy „Aske” jest taka, że Hekatomb zabrali je ponad trzy dekady później. Pod względem jakości różnic nie zauważam, i mówię to będąc w pełni władz umysłowych (choć po doświadczeniach z „Vol.1” sam już do końca nie jestem niczego pewien). Nie tylko te utwory stanowią definicję surowego black metalu (tak surowo Hekatomb jeszcze nie grali), ale jak brzmią! Można się dosłownie posrać z radości. „Sunless Journey” to dowód, że aby skomponować zabójczy numer nie trzeba montować go z kilkunastu riffów, bo wystarczą góra trzy. „Borea’s Lament” z kolei, podszyty punkowym sznytem, mógłby być zagubionym kawałkiem Darkthrone z najlepszych lat. W najdłuższym, bo dziesięciominutowym „Prayer of the Silent Ones” przebija się z kolei nieśmiertelny duch Bathory. Jednocześnie, mino wspomnianej surowości, nie brak tu odrobiny „klimatu”. A jeśli zastanawiacie się, czy „Where Cold Winds Blow” to tytuł wyjęty „z dupy”, to wyjaśnię, że w trakcie „Vol.2” ów wiatr cały czas faktycznie słychać w tle (nie będę się zatem znów rozpisywał o spójności muzyki z tekstami i obrazem). Podsumowując zatem… Hekatomb zeszli na chwilę ze swojej głównej ścieżki, ale przy okazji wyznaczyli kolejne dwie. Obie niesamowicie mroczne i wypełnione po brzegi czystym złem. Nie wiem czy nie foruję wyroków zbyt wcześnie, ale według mnie „Apokrypha Archives” to najpoważniejszy kandydat do wydawnictwa roku w Polsce, i bardzo silny kandydat do czołówki podsumowań globalnych. Czuję się jak rozdeptany robak. Absolutnie fenomenalny materiał!

- jesusatan


https://hekatomb.bandcamp.com/music

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz