wtorek, 19 maja 2026

Recenzja Baalzagoth „No God No Savior”

 

Baalzagoth

„No God No Savior”

Putrid Cult 2026

Cztery lata minęły od chwili, kiedy to na rynku ukazał się debiutancki krążek Baalzagoth. Nie narobił co prawda wielkiego zamieszania, ale jednak wyraźnie zaznaczył obecność nowego tworu na polskiej scenie deathmetalowej. Po zmianie wydawcy, panowie wracają z krążkiem numer dwa, o tytule bardzo wymownym. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Pana Boszka to te chłopaki niezbyt kochają, czemu dają wyraz w swoich, dość bezpośrednich lirykach. Co przynosi nowy materiał? Poniekąd to samo, co poprzedni. Nie wiem jak wy, ale ja się przełomowych zmian nie spodziewałem. Oczekiwałem natomiast kolejnego, bardzo solidnego krążka, i taki faktycznie otrzymałem. Przede wszystkim, co najistotniejsze, poziom muzyczny został utrzymany, a może nawet nieco podniesiony. Jak wspomniałem, stylistycznie jest tu podobnie jak na debiucie. „No God No Savior” to materiał bardzo… polski. Można w zasadzie powiedzieć, że to granie z naszego rodzimego podwórka z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Przemawia za tym nie tylko brzmienie, które wtedy zaczęło przybierać nieco bardziej skomputeryzowaną, wyczyszczoną z tego pierwotnego brudu formę, jednak nadal masywne i posiadające odpowiednie pierdolnięcie, jak i sam sposób komponowania. Kto wsłucha się w riffy, usłyszy tu bardzo silne nawiązania do Vader, Decapitated, Dies Irae czy Yattering. A to na pewno znaczy jedno – riffów tutaj nikt nie udaje, nie wciska słuchaczowi kitu, że „oto następuje moment wyczekiwania”, tylko tnie po strunach, może i dość prosto (przez co chwilami wkradają się tu także wątki niemal blackmetalowe, jak choćby w zaśpiewanym po naszemu „Codex Asmodei”), ale bardzo intensywnie. Podobnie zresztą jak sekcja rytmiczna, bardzo wyraźna, chwilami nawet sprawiająca wrażenie striggerowanej, za to nie wybijającej koślawych schematów, tylko niejednokrotnie wtrącająca jakieś dodatki do podstawowego rytmu. A i gitarowych solówek nie zabrakło. Do poziomu dostosowuje się także śpiewak, wypluwający słowa może i o barwie klasycznej, ale za to w formie równie ofensywnej co sama muzyka. Jest na tym krążku też kilka momentów zaskakujących. Jednym z nich jest otwarcie „Excommunitatus ab Humanitate”. Przez kilka sekund dałbym się zabić, że to cover Slayer (każdy kto posłucha, bankowo domyśli się, którego kawałka). Inną, choć już mniej pozytywną wrzutką jest akustyczny „Auto-Da-Fe” w drugiej połowie płyty. Nie wiem po co to komu, bo tylko wytrąca z rytmu. Mimo to, te niemal czterdzieści minut to bardzo konkretny, stary death metal na odpowiednim poziomie, którego słucha się bez ziewania, i który ma potencjał, by wielu maniakom przypaść do gustu.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz