Baalzagoth
„No God No Savior”
Putrid Cult 2026
Cztery lata minęły od chwili, kiedy to na rynku
ukazał się debiutancki krążek Baalzagoth. Nie narobił co prawda wielkiego
zamieszania, ale jednak wyraźnie zaznaczył obecność nowego tworu na polskiej
scenie deathmetalowej. Po zmianie wydawcy, panowie wracają z krążkiem numer
dwa, o tytule bardzo wymownym. Nie od dziś bowiem wiadomo, że Pana Boszka to te
chłopaki niezbyt kochają, czemu dają wyraz w swoich, dość bezpośrednich
lirykach. Co przynosi nowy materiał? Poniekąd to samo, co poprzedni. Nie wiem
jak wy, ale ja się przełomowych zmian nie spodziewałem. Oczekiwałem natomiast
kolejnego, bardzo solidnego krążka, i taki faktycznie otrzymałem. Przede
wszystkim, co najistotniejsze, poziom muzyczny został utrzymany, a może nawet
nieco podniesiony. Jak wspomniałem, stylistycznie jest tu podobnie jak na
debiucie. „No God No Savior” to materiał bardzo… polski. Można w zasadzie
powiedzieć, że to granie z naszego rodzimego podwórka z drugiej połowy lat
dziewięćdziesiątych. Przemawia za tym nie tylko brzmienie, które wtedy zaczęło
przybierać nieco bardziej skomputeryzowaną, wyczyszczoną z tego pierwotnego
brudu formę, jednak nadal masywne i posiadające odpowiednie pierdolnięcie, jak
i sam sposób komponowania. Kto wsłucha się w riffy, usłyszy tu bardzo silne
nawiązania do Vader, Decapitated, Dies Irae czy Yattering. A to na pewno znaczy
jedno – riffów tutaj nikt nie udaje, nie wciska słuchaczowi kitu, że „oto
następuje moment wyczekiwania”, tylko tnie po strunach, może i dość prosto
(przez co chwilami wkradają się tu także wątki niemal blackmetalowe, jak choćby
w zaśpiewanym po naszemu „Codex Asmodei”), ale bardzo intensywnie. Podobnie
zresztą jak sekcja rytmiczna, bardzo wyraźna, chwilami nawet sprawiająca
wrażenie striggerowanej, za to nie wybijającej koślawych schematów, tylko
niejednokrotnie wtrącająca jakieś dodatki do podstawowego rytmu. A i gitarowych
solówek nie zabrakło. Do poziomu dostosowuje się także śpiewak, wypluwający
słowa może i o barwie klasycznej, ale za to w formie równie ofensywnej co sama
muzyka. Jest na tym krążku też kilka momentów zaskakujących. Jednym z nich jest
otwarcie „Excommunitatus ab Humanitate”. Przez kilka sekund dałbym się zabić,
że to cover Slayer (każdy kto posłucha, bankowo domyśli się, którego kawałka).
Inną, choć już mniej pozytywną wrzutką jest akustyczny „Auto-Da-Fe” w drugiej
połowie płyty. Nie wiem po co to komu, bo tylko wytrąca z rytmu. Mimo to, te
niemal czterdzieści minut to bardzo konkretny, stary death metal na odpowiednim
poziomie, którego słucha się bez ziewania, i który ma potencjał, by wielu
maniakom przypaść do gustu.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz