Gadget
„Coerced”
De:Nihil Records (2026)
Już dawno zapomniałem o istnieniu takiego tworu jak Gadget. Szwedzcy grindowcy dali się wyraźnie poznać metalowemu światu 20 lat temu za sprawą dwóch strzałów w ryj w postaci „Remote” i „The Funeral March” robiąc przy tym sporo szumu wokół siebie. Potem był jakiś split, koncertówka, ale ich aktywność była tak mała, że nawet nie zauważyłem jak dekadę temu wypluli w świat trzeci, pełny album. Dowiedziałem się o tym przy okazji otrzymania promówki najnowszego wydawnictwa czyli Epki „Coerced”. Zaskoczenie tym większe, ponieważ nie byłem pewien czy to ten sam band (ale tak, to ten sam band). Oczekiwania moje więc były w tym przypadku żadne, bardziej dominowała ciekawość co Skandynawowie mogą mieć jeszcze do zaoferowania po tak długim niebycie scenicznym, tym bardziej, że nastąpiła zmiana wiosłowego, a obowiązki za mikrofonem przejęła kobieta. Nie słyszałem żadnego nagrania Gadget od czasów drugiego albumu, więc trudno mi się odnieść do czegokolwiek, ale „Coerced” jest swoistym, nowym otwarciem w twórczości Gadget. Masywny, nowoczesny deathgrind, który nie stroni od groovu, hc/punka, sludgu czy noisu. To nie jest typowe tour-de-force z nawałnicą dźwięków, to raczej brodzenie w dużej mierze po nowszym gruncie, ale brodzenie pewne, potwierdzające, że muzycy nie poruszają się po omacku na mniej znanych wodach. 13 minut tych nagrań jest nie tylko próbą eksploracji nowych obszarów, ale też ujęcia starych w bardziej współczesnym wydaniu. Trudno oceniać ten minialbum w kontekście artystycznego sukcesu, ale myślę, że jest on dobrym preludium i rozgrzewką przed przygotowaniem czegoś większego w przyszłości. Podskórnie czuję, że może to być ścieżka, którą obecnie kroczą takie zespoły jak Full of Hell, Primitive Man, czy po prostu artyści, którzy wpasowują się w profil takich labeli jak Relapse Records czy (nawet bardziej) Closed Casket Activities. Na pewno warto mieć ich na radarze, nawet jeśli „Coerced” to zaledwie mała zajawka.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz