Astriferous
„Atavistic Unraveling”
Pulverised Records (2026)
Do tej
pory uważałem Astriferous za jeden z bardziej intrygujących, młodych bandów z
kręgu nowego, starego metalu śmierci. Choć nie był nigdy to zespół z
absolutnego topu to odnajdywałem w jego twórczości ten metafizyczny,
niedopowiedziany pierwiastek, który trochę budował aurę wokół tych klasycznie
deathmetalowych, osadzonych gdzieś na pograniczu Morbid Angel a Timeghoul
dźwięków. Tym bardziej bolesne i irytujące jest, gdy tego typu zespołu nagrywają
najbardziej oczywiste rzeczy, nie podejmują ryzyka, a finalnie wychodzi
spierdolina. „Atavistic Unraveling” może spierdoliną nie jest, ale srogim
rozczarowaniem owszem. Wszystkie elementy, które do tej pory uważałem za atuty
tej grupy zniknęły. Został jedynie szary, morbidowy, przeciętny do bólu i
pozbawiony iskry bożej death metal, którego na rynku pełno. Wszystkie
wyróżniki, które cechowały muzykę Kostarykańczyków zniknęły. Nie ma oniryzm,
nie ma niedopowiedzeń, nie ma tego podskórnego kosmosu, który gdzieś krążył i
na minialbumach i na debiucie. Ostał się jedynie death metal i to w tym bardzo
generycznym, wypłowiałym wydaniu. Owszem, doszukacie się tutaj inspiracji ekipą
Treya i kilkoma innymi kapelami z amerykańskiego podwórka, jest to nienagannie
zagrane, ale co z tego, skoro to w ogóle nie klika. Jest to zdecydowanie
najsłabsza propozycja o muzyków zaangażowanych w tak niebanalne projekty jak
Voidstar Nocturnal, Bloodsaked Necrovoid czy Corpse Garden należy oczekiwać
jakości. Tutaj chyba po raz pierwszy jej nie słyszę. „Atavstic Unraveling” to
album nudny, mdły i pozbawiony błysku. Nie pomaga też produkcja - pozbawiona
przestrzeni, płaska, nie oddychająca. Źle się tego słucha, serio. Szkoda, bo w
tym przypadku to nie tylko żółta, ale i czerwona lampka się świeci i jeśli
pójdą tą droga dalej to kolejny album może być ostatnim od Astriferous, który
przesłucham.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz