piątek, 29 maja 2026

Recenzja Lorn „Searing Blood”

 

Lorn

„Searing Blood”

I, Voidhanger Records 2026

Ten włoski, solowy projekt, za którym stoi niejaki Radok, muzykuje już parę lat, bo od 1999 roku. Przez te prawie trzy dekady nie uzbierał jednak zbyt dużo nagrań, ponieważ pomijając kilka splitów, demosa i epkę, to „Searing Blood” jest dopiero czwartym, dużym krążkiem Lorn. No nic. Najnowsze jego dzieło to sześć numerów wyrzeźbionych w black metalowej materii, które po części brzmią dość znajomo. Dwa pierwsze utwory to taka wariacja na temat „Transilvanian Hunger”, gdyż hipnotyczna jednostajność tremolo, falujące melodie i ich posępność, to właśnie ta płyta, tyle że w nowym i nieco zmodyfikowanym wydaniu, a pomogło w tym chociażby umieszczenie w nich klawiszy. Od trzeciego kawałka sytuacja się zmienia, bo Lorn wkracza na tereny atmosferyczne, mieszając monotonne riffy z klimatycznymi, syntezatorowymi pasażami, ambientowymi wyciszaczami oraz przerywnikami na nieprzesterowanych strunach. Wszystko skonstruowane zostało na chropowatych i zimnych gitarach, które skutecznie zagęściła dość ciężka jak na ten gatunek, sekcja rytmiczna. Tuż za nimi umiejscowiły się wokalizy, które tajemniczo szepczą i powarkują, przesłonięte przez resztę instrumentarium oraz wysunięte do przodu parapety. Poza dwoma pierwszymi aranżacjami, które przedstawiają upiorność wspomnianego albumu Norwegów w delikatnie odmienny sposób, to reszta tego materiału to surowe i zarazem nastrojowe granie. W mocniejszych momentach wyraźnie przypominające norweskie produkcje z lat dziewięćdziesiątych zaś w tych bardziej melancholijnych, współczesne wykwity spod znaku atmosferycznej diabelszczyzny, która nie stroni także od odjazdów w rejony post black metalu. Proste kompozycje, które mieszają w sobie mroczne, sentymentalne i metafizyczne ujęcie gatunku.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz