Lorn
„Searing Blood”
I, Voidhanger Records 2026
Ten
włoski, solowy projekt, za którym stoi niejaki Radok, muzykuje już parę lat, bo
od 1999 roku. Przez te prawie trzy dekady nie uzbierał jednak zbyt dużo nagrań,
ponieważ pomijając kilka splitów, demosa i epkę, to „Searing Blood” jest
dopiero czwartym, dużym krążkiem Lorn. No nic. Najnowsze jego dzieło to sześć
numerów wyrzeźbionych w black metalowej materii, które po części brzmią dość
znajomo. Dwa pierwsze utwory to taka wariacja na temat „Transilvanian Hunger”,
gdyż hipnotyczna jednostajność tremolo, falujące melodie i ich posępność, to
właśnie ta płyta, tyle że w nowym i nieco zmodyfikowanym wydaniu, a pomogło w
tym chociażby umieszczenie w nich klawiszy. Od trzeciego kawałka sytuacja się
zmienia, bo Lorn wkracza na tereny atmosferyczne, mieszając monotonne riffy z
klimatycznymi, syntezatorowymi pasażami, ambientowymi wyciszaczami oraz
przerywnikami na nieprzesterowanych strunach. Wszystko skonstruowane zostało na
chropowatych i zimnych gitarach, które skutecznie zagęściła dość ciężka jak na
ten gatunek, sekcja rytmiczna. Tuż za nimi umiejscowiły się wokalizy, które
tajemniczo szepczą i powarkują, przesłonięte przez resztę instrumentarium oraz
wysunięte do przodu parapety. Poza dwoma pierwszymi aranżacjami, które
przedstawiają upiorność wspomnianego albumu Norwegów w delikatnie odmienny
sposób, to reszta tego materiału to surowe i zarazem nastrojowe granie. W
mocniejszych momentach wyraźnie przypominające norweskie produkcje z lat
dziewięćdziesiątych zaś w tych bardziej melancholijnych, współczesne wykwity
spod znaku atmosferycznej diabelszczyzny, która nie stroni także od odjazdów w
rejony post black metalu. Proste kompozycje, które mieszają w sobie mroczne,
sentymentalne i metafizyczne ujęcie gatunku.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz