Louder
„Devil's Night”
Fighter Rec. 2026
Był już jakiś Venom
z Kolumbii? Nie? No to już jest. Oczywiście upraszczam, choć po włączeniu tej
płyty od razu skojarzenia miałem jednoznaczne. No ale po kolei. Panowie z
Madellin po raz pierwszy zaznaczyli swoją obecność na scenie za sprawą wydanej
rok temu demówki „Raw-Hell-Sal at Devil’s Crypt”, co wyraźnie sugeruje, iż były
to nagrania z próby, na setkę. Poza czterema utworami, które także znalazły się
na „Devil’s Night”, mieliśmy tam covery Razor oraz Violent Force. Debiutancki
album zawiera jeszcze cztery nowe numery, tym razem bez coveru. Chyba że za
takowe uznamy wszystkie umieszczone na tym płytągu piosenki, bo te nagrania to
jeden wielki hołd dla klasyków gatunku. Kolumbijczycy grają metal prawdziwy,
taki z krwi i kości. Gdybym chciał być maksymalnie prostolinijnym,
powiedziałbym, że ich radosna twórczość to wypadkowa między wspomnianym Venom, Motörhead
a Onslaught. Że jest to „twórczość radosna”? No kurwa! Tutaj każdy kawałek to
taneczny, koncertowy killer, przy którym maniakom grania z lat
osiemdziesiątych micha ucieszy się niczym Burkowi na widok kości. Perkusyjnie
jest tu prosto do bólu. W zasadzie można by nagrać kilka sampli, głównie na
d-beacie, a potem posklejać je komputerowo, i wszystko by się zgadzało. Linie
gitarowe są z kolei tak diabelnie chwytliwe, że przed oczami rysuje się obraz
dwóch stojących na scenie kolesi z wielkim uśmiechem na twarzy, oraz
stukającego swoje, przygarbionego perkusisty z rozwianymi od wiatraka włosami.
A jeśli dodam, że całość układanki uzupełniają teksty na wskroś „metalowe”,
klasyczne… No dla przykładu kilka tytułów: „Satan’s Bitch”,
„Hellish Rock’n’Roll”, „Heavy Metal Nights”, „Louder Than Hell”. Macie jeszcze pytania? Czy ten
album ma zatem jakieś wady? Cóż, jeśli za taką można uznać szablonowość i
powtarzalność, to tak. W zasadzie wszystkie kawałki na tej płycie są niemal
identyczne. Co prawda, trwa ona zaledwie pół godziny, więc jednorazowa dawka
jest niczym lodowata wódeczka na spragnione gardełko, ale przedawkowanie może
spowodować efekt tożsamy z przedawkowaniem ognistej wody właśnie. Zatem
posłuchać można, nawet kilka razy (niekoniecznie z rzędu), ale na pewno nie
jest to płyta, która na stałe zapisze się w annałach speed metalu. Jest za to
na pewno wartościowym hołdem dla klasyków starego grania. I mi to styka.
- jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz